niedziela, 27 lutego 2011

Co można upchnąć w torebce? czyli nosze(ę) kalosze!

Tak, tak, proszę Pań. Otóż czytając jedno z moich ulubionych czasopism - "Sens" mianowicie - znalazłam stronkę rodem z gadżeciarskiej Stuff (to taka "gazetka", na której treść zasadniczo kobiety są odporne, natomiast na mężczyzn działa lepiej niż viagra - czy obiecywałam, że nie będzie wtrętów szowinistycznych?).
Otóż na osiemdziesiątej dziewiątej stronie marcowego Sensu rzecz o kaloszach, które można złożyć i wsadzić do torebki (do kopertówki raczej nie - choć być może to tylko kwestia determinacji). Kalosze kosztują "grosze", bo jedyne 399 zeteł, lecz cóż to jest dla każdej elegantki, która nie chce zniszczyć sobie pantofelków od Louboutina czy innej Prady...
Kaloszki są śliczne (obiektywnie) bowiem cytując za Sensem: "w tegorocznej kolekcji japońskiej marki Amaort, oprócz mocnych neonowych kolorów, znalazły się także subtelne odcienie - pastelowe i pudrowe" a co!


Na tej samej stronie jest jeszcze wzmianka o składanej łopacie, lecz ten "gadżet" niespecjalnie mnie podnieca  (czy jak mawia młodzież nie eksajtuje - pisownia durna, ale staram się przestrzegać ustawyoczystościjęzyka polskiego)
Za Sensem zaś przytoczę jeszcze bardzo sensowny i piękny cytat z Antoniego Czechowa:
"Bogaty - to nie ten, kto ma dużo pieniędzy, 
lecz ten, kto może sobie pozwolić na życie wśród uroków, jakie roztacza wczesna wiosna"


I tyle by było przy niedzieli.

sobota, 26 lutego 2011

Widoki lodem malowane

Podmurówka ogrodzenia zaprzyjaźnionej sąsiadki
Razem z Z. wyszliśmy w południe nad rzekę zobaczyć na ile już opadła woda.
Cztery dni temu było tak:
To poręcz naszych schodków nad rzeką

A dla porównania dzisiejszy pomiar wody - poręcz schodków okazała się doskonałym wodowskazem.

Zjawisko to niecodzienne, aby woda w Narwii była tak wysoka. "Najstarsi górale" pamiętają taką wodę (jeśli chodzi o ścisłość to jednak wyższą niż obecnie) w zimie 1979 roku, kiedy to po mokrym lecie 1978 roku (podobnym do ubiegłego lata) nastała śnieżna i mroźna zima stulecia. A po niej... duża powódź, która zrujnowała sporą część Pułtuska.
Właściwością Narwii jest to, że o ile letnie deszcze niespecjalnie zagrażają terenom położonym nad rzeką o tyle wiosenne roztopy - i owszem. Specyfika tego zjawiska polega między innymi na tym, że tereny nadnarwiańskie to w dużej części tereny podmokłe, gdzie rzeka nie jest nadmiernie uregulowana, a woda może swobodnie rozlewając się, na bieżąco wsiągać w grunt. Dlatego też - ubiegłoroczne powodzie, które spustoszyły południe Polski - nie były groźne dla naszych okolic, bowiem Narew - jako jedna z nielicznych rzek w Polsce - płynie z północnego wschodu na południe.Zatem lato 2010 "przeszliśmy" do domu suchą nogą. Inaczej rzecz ma się w tym roku. Luty przyniósł ogromny przybór wody. Nasze "przeddomcze" pochłonęła woda, a ruch kołowy został odcięty.

Droga do naszego domu, ale do pokonania amfibią
Nie dojeżdżamy na posesję samochodem i... cieszymy się jak wariaci, że mieszkamy tutaj a nie w bloku, w stolicy.










A oto efekty naszego dzisiejszego fotograficznego polowania (poza tym efektem jest jeszcze solidna febrączka - bo tak się kończy pokładanie na śniegu i lodzie celem złapania niepowtarzalnego kadru ;) febrączkę zaś leczymy Filnlandią...).

Twist - ukochany psi czworonóg - towarzyszący nam w dzisiejszym spacerze. To, co widać, to Pisząca ze swym pupilem, na zamarzniętej rzece (w rogu zdjęcia widać fragment naszego pomostu)
Na takich obrazkach najlepiej widać jak poważnie (już!) opadła woda.
A tutaj Pisząca nad głównym nurtem Narwii, opierająca się o wypiętrzoną krę!
Zadziwiający nurt w pobocznym kanałku rzeki - zjawisko, które rokrocznie nas zdumiewa - tutaj rzeka nigdy nie zamarza. Gorące źródła?...
Lodowe skrzydło motyla. Natura to niezwykła artystka!
Jak z bajki...
Lodowe stalaktyty i stalagmity
A tutaj - jak swierdziła nasza Córka - żyrandol z pałacu Królowej Śniegu

Łzy wyciśnięte przez... jajo

Widzę, że jaja stają się moim motywem przewodnim rzeczywistości. Dzisiaj mój Ślubny Mąż zrobił śniadanko. Nie jest to jakieś nadprzyrodzone zjawisko, w kuchni działamy naprzemiennie, co od początku miało poważny wpływ na jakość naszego pożycia;) Dzisiaj jednak, Z. zainspirowany jednym z demotywatorów zaserwował mi śniadanie, które doprowadziło mnie do łez. Łez ze szczęścia. Zresztą, widząc moją reakcję, Jemu też łzy zakręciły się w oczach. To wspaniałe, jak niewiele może zamienić dość pochmurny poranek w świat wypełniony słońcem! Ciekawa jestem, czy któraś z Was, potrafiłaby oprzeć się urokowi takiej chwili. Poniżej demotywator, który - jak okazało się w praniu - jest rzetelną instrukcją :)

piątek, 25 lutego 2011

Ale JAJA

Od kilku dni marzą mi się własne jaja i nie ma to nic wspólnego ze zmianą płci. Mieszkamy bowiem na wsi, a kupno wiejskiego jaja graniczy z cudem. Swoją drogą to smutne, że polska wieś tak się zmienia. Mam wątpliwości czy to dobry kierunek. Skoro moi sąsiedzi, posiadający zabudowania gospodarcze, pole i warunki kupują w markecie jaja, mleko, masło, mąkę czy warzywa i mięso to znaczy, że świat stoi na głowie.
Uznałam więc,  że dlaczego nie spróbować? Temat jest dla mnie absolutnie dziewiczy, lecz zamierzam zabrać się do niego profesjonalnie ;) a swoje zmagania z kurzym przedsięwzięciem opisywać na stronie KURZA STOPA na moim blogu. Jeśli ktoś podziela jajeczne zainteresowania - zapraszam do lektury.

Sny

Uwielbiam śnić. Wiem, wiem, śni się zawsze, lecz po przebudzeniu często nie pamięta, co się śniło. Ale pozostanę przy stwierdzeniu, że uwielbiam śnić, bo czasem nie śnię ;)
Otóż od miesiąca - w ramach mojego wracania do równowagi - łykam przed snem proszki. I od tego czasu regularnie śnię! Mój Mąż zaczął mi nawet trochę zazdrościć... Powiedziałam, że proszę bardzo, mogę poczęstować ;) Póki co jednak łykam sama - i... śnię. Ostatnio głównie dość pogodnie, relaksująco, choć bywają i takie, że budzę się w środku nocy z płaczem, tak jak wtedy, kiedy we śnie wygarnęłam swoim szefom wszystko co mi leży na wątrobie. Powiedziałabym nawet, że od tego momentu mój progres w odzyskiwaniu równowagi jakby przyspieszył. O tym przyspieszeniu świadczy nie tylko to, że w ogóle zaczęłam mieć chęć na spotkania z ludźmi, ale i to, że założyłam bloga i znowu otwieram się na życie. Wracając do meritum: cześć z moich snów - mam takie wrażenie - jest dość symboliczna, choć sens tych symboli, jest trudny do odgadnięcia. Już nie będę opowiadać o śnie z dwunogim koniem, noszącym pampersa (specjalnego dla koni!) w sklepie odzieżowym, w którym kupowałyśmy z córką jakieś ciuszki a ten koń miał być gratisem do drugiej sztuki zakupionej odzieży. Jak się obudziłam byłam nie tylko zdumiona, nieco zdezorientowana to oczywista absurdalność tego snu wpłynęła doskonale na mój nastrój.
Lecz dzisiaj sen nie był już tak odczapiony jak z koniem na dwóch nogach, bowiem śnił mi się mój kalendarz. Kalendarz, z którym się nie rozstaję (uwielbiam "analogowe" kalendarze, mimo, że przed rokiem otrzymałam od męża wymarzonego "palma" chcąc być pewnie nowoczesną bizneswomen ;) ).


Mój kalendarz, który będzie mi towarzyszył w 2011 roku to legendarny Moleskine w czarnej oprawie, w którym zakochałam się bez pamięci. Nie ukrywam, że nie bez znaczenia jest fakt, że kalendarz ma bogatą historię, bowiem zapiski w podobnych notesach robili między innymi: Guillame Apollinaire,  Jean Paul Sartre czy Pablo Picasso (o historii "moleskinów" poczytacie na stronie mojego ukochanego CZUŁEGO BARBARZYŃCY http://sklep.czulybarbarzynca.pl/plik,47,moleskiny-historia.html ., polecam także stronę http://www.flickr.com/photos/11418107@N02/galleries/72157621982067862/, gdzie znajdziecie CUDNE szkice pozostawione w innych Moleskinach. Między innymi:

Zatem wracając do mego snu: mój moleskine się... rozpruł i wszystkie kartki zaczęły z niego wylatywać. Bardzo się zmartwiłam, choć wiedziałam, że w ramach gwarancji otrzymam nowego. Ale już poczynione w moim notatki to jednak część mojej intymności i głowiłam się, czy przemęczyć się do końca roku z fruwającymi kartkami czy też wymienić w ramach gwarancji na nowy. Sądzę, że ten sen ma w sobie jakąś symbolikę, lecz nie umiem jej rozgryźć...

czwartek, 24 lutego 2011

A lekarz powiedział...

"Pani malowanie, pisanie bloga czy kuchenne eksperymenty to nic innego niż autoterapia. Bardzo dobrze, że znalazła pani taki sposób na rozliczenie się ze swoją frustracją i smutkiem spowodowanym relacjami w pracy. Powinna pani w maksymalnym stopniu, na tyle, na ile pozwala na to codzienność pozwolić sobie teraz na myślenie o sobie." 
 Tym samym otrzymałam rozgrzeszenie, bowiem przy moim podejściu do pracy, zależało mi, żeby uczciwie i jak najlepiej wykorzystać czas swojego dźwigania się z depresji by ponownie znaleźć się w równowadze.
Oczywiście swoim Klientom doradzam podobnie, trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że i tym razem powiedzenie "lekarzu lecz się sam" okazało się adekwatne :)

Podpieranie stołu skrzypcami

"Podpieranie stołu skrzypcami" - to określenie często używane przez jedną z moich coachingowych Klientek dla podkreślenia absurdalności jakiejś sytuacji i podejmowania nieadekwatnych w danych okolicznościach działań. Nie wiem czy jest Ona autorką tego powiedzenia, ale lubię je bardzo i najlepiej posłuży mi jako kanwa tego wątku, który będzie początkiem rozliczenia się z 2010 rokiem w pracy.
Muszę to wreszcie zrobić, bo mam wrażenie, że tkwię w miejscu, bo ta sprawa nie jest załatwiona.
12 miesięcy 2010 roku w pracy mówiąc najogólniej etatowej, to z jednej strony moje zaangażowanie dzięki miłości do zawodu, który uprawiam od 15 lat, dyspozycyjność i kreatywność a z drugiej opór materii, przejawiający się w tendencyjności ocen szefów, uśmiercanie ciekawych projektów u zarania, brak zgody na realizację tych, które na ich polecenie przygotowałam, wreszcie niesprawiedliwe oceny osób, których frustracja przejawiała się w bezpardonowych atakach werbalnych i wirtualnych.
Do rzeczy: zaczęło się od tego, że stanowczo odmówiłam działań niezgodnych z sumieniem, zawodową etyką czy wreszcie z prawem. Osoba bardzo wpływowa i napływowa, wkrótce po podjęciu pracy w firmie okazała się dużo bardziej chciwa na pieniądze i wpływy niż komukolwiek mogło przyjść do głowy. Ponieważ to mężczyzna to może powinnam użyć zwrotu "osobnik" a nie "osoba" zwłaszcza, że to rzadko występujące w przyrodzie - w co nadal wierzę :) - indywiduum. Osobnik skompromitowany na poprzednim stanowisku, działający ewidentnie na szkodę pracodawcy, lecz  być może nie na własną (...), dzięki wsparciu środowiskowemu, znalazł się w naszej firmie, tym samym spadając jak kot na cztery łapy. Obecnie piastowane przez niego stanowisko pozwala mu na jeszcze większą hucpę i zaspokajanie swojej chciwej natury. Cóż, na drodze do szczęścia stanęłam ja ze swoimi zasadami i niewyparzoną buzią. Walka nierówna, bowiem mój bezpośredni przełożony - jednocześnie capo di tutti capi w firmie - okazał się capi ale nie tutti, osobnik bowiem ma przemożny wpływ na jego decyzje. Tak więc sukcesywnie, starając się przeskakiwać ponad rzucanymi mi pod nogi kłodami, z każdym miesiącem czułam narastające napięcie i frustrację. Moja serdeczna znajoma zwie mnie wojownikiem. Zwykle tak jest, że nie poddaję się przeciwnościom, lecz mobbing jakiemu zostałam poddana ostatecznie sukcesywnie podkopywał moje zdrowie. W kwietniu nie pomagał już deprim czy calms. Trafiłam do lekarza, z zaburzeniami snu (zjawisko wcześniej zupełnie mi nie znane), z nadreaktywnością i stanami apatii przeplatanej epizodami złości graniczącej z furią. Jedynie dzięki coachingowi, który uprawiam z poświęceniem i niejako z powołania nie zwariowałam kompletnie. Fakt, że mogę pomagać ludziom odnaleźć ich drogę do celu jest jak odtrutka, jak powiew ożywczego powietrza.
Od wakacji - po rozmowie z szefem, gdy powiedział, że chce abym zniknęła z firmy do końca roku - każdy dzień w pracy już nie był kolejnym, który witałam z radością, do biura bowiem szłam jak skazaniec. Czułam się jak koń w kieracie. 
Jak się okazuje niezdrowo jest robić przerwy, gdy koń "leci z nóg". Oczywiście nie kryję sarkazmu, bowiem ostatnie dwa tygodnie 2010 roku, pierwszy urlop od dwóch lat spędziłam w domu, na rozkoszowaniu się rodziną, widokami za oknem i świątecznemu maratonowi kuchennemu (który nota bene ubóstwiam). I co? Drugiego stycznia około 16.00 zdałam sobie sprawę, że zaczyna spowijać mnie rodzaj przerażenia, obezwładniającego strachu i dojmującego smutku. Nazajutrz miałam pójść do pracy po urlopie. Przepłakana noc w ramionach mojego Męża sprawiła, że rano w lustrze nie poznałam siebie, bowiem z odbicia patrzyło na mnie zapuchnięte zombi. Poszłam do lekarza i okazało się, że daleko w tym stanie nie zajadę. Lekarz zdecydował o zwiększeniu leków antydepresyjnych i wprowadzeniu nasennych. Od kilku dni czuję, że zaczynam się prostować i wojownik odwija bandaże. Tak jak powiedziałam swojej znajomej: słuchaj wojownik, też ma prawo odpocząć, wylizać rany i pozwolić sobie na chwilę wytchnienia i rekonwalestencję. Choć zajęło mi to trochę czasu, dziś wiem, że moja pracy w firmie okazała się być podpieraniem stołu skrzypcami, ani to zdrowe dla instrumentu ani użyteczne dla stołu.

środa, 23 lutego 2011

Zdumiewający impuls

Nawet nie wiem jak to się stało. Googlałam kolejne hasło i dałam się ponieść impulsowi drepcząc link za linkiem aż dotarłam do Bloggera. Nie mam problemu z przelewaniem myśli na papier, nawet wirtualny lecz do tej pory myśl o własnym blogu była co najmniej niedorzeczna. Nie chcę bowiem obnażać się, udostępniać swojej prywatności - tak do tej pory postrzegałam blogi... Choć czytałam kilka naprawdę wartościowych, np. Marii Czubaszek czy Krystyny Jandy.
Dzisiaj jednak stwierdziłam: dlaczego nie spróbować? Ten rok obfituje zresztą w zdarzenia, na które do tej pory nie miałam odwagi lub brakowało możliwości (tzw. niesprzyjające okoliczności przyrody ;), że zacytuję za "klasykiem"). Odważyłam się przyznać do zawodowego wypalenia, zaplotłam 170 warkoczyków, zrobiłam tatuaż, postanowiłam założyć mini kurnik i mieć własne jajka, maluję kafle i nie tylko, mam w głowie pomysł na książkę, a projekt na nową mnie zawodowo właśnie się krystalizuje.
A więc kręć się kręć wrzeciono.