czwartek, 29 listopada 2012

ostrość spojrzenia

Od kilku tygodni mam nowe okulary do czytania. Powinnam w zasadzie powiedzieć: mam okulary do czytania, bo poprzednio wyrobione leżały bezrobotne w futerale. Nie wiem do dziś czy miały źle dobraną korekcję czy też coś innego mi nie pasowało. Dość, że od dłuższego czasu męczyłam się czytając a o nawleczeniu igły za jednym podejściem w ogóle mogłam zapomnieć. Nawet robienie biżuterii czy drobnych napraw nie mówiąc już o malowaniu detali na porcelanie zaczynało mi sprawiać spory kłopot. Po corocznej wizycie i dobraniu nowych okularów dla Dzieciaków (dwoje z trojga to okularnicy) i ja zdecydowałam się na wizytę u okulisty. Po odebraniu okularów nagle świat detali i drobiazgów znowu jest dla mnie dostępny :) Natomiast czytanie odzyskało dawny urok. Ach jak dobrze!

W nocy skończyłam czytać pasjonującą książkę Kristin Hannah "Jedyna z archipelagu". Książka, którą kupiłam kiedyś na wyprzedaży z tzw. kosza, okazała się dla mnie zjawiskowa! Nie rozumiem dlaczego w koszach lądują naprawdę dobre pozycje, a promowane są często prawdziwe gnioty.
Książka, która jest anonsowana na okładce jako "optymistyczna powieść o miłości między matką i córką" okazała się być czymś zdecydowanie bogatszym  w treść i emocje niż anons. Ta powieść poruszyła mnie ogromnie. To fantastyczna historia zgubionej kiedyś, a nawet zabitej, ostatecznie wskrzeszonej a może po prostu odnalezionej (?) miłości. Nie tylko głównych bohaterek: córki i matki, ale kilku bohaterów z drugiego planu. Książka mądra, wzruszająca, poruszająca delikatne struny głęboko ukrytych doświadczeń.  Jest to uniwersalna opowieść o życiowej mądrości, doświadczaniu życia i miłości. Nie doszukiwałam się tutaj żadnych analogii do moich relacji z własną matką czy ze swoją córką. Ale płakałam jak bóbr od jakiejś setnej strony. Gorąco polecam.

To już kolejna pozycja traktująca o relacji matki i córki, córki i matki, która wpada mi w ręce. Nawet przed samą sobą nie ukrywam, że szukam takich książek. Jest coś niesamowitego, w relacji dwóch kobiet związanych więzami rodzinnymi. Kobiet, które wydawać by się mogło powinny umieć najlepiej się zrozumieć, ale między którymi bardzo często dochodzi do trudnych, niekiedy toksycznych a nawet niszczących ostatecznie relacji. Jest to prawdziwy fenomen!!

Moje relacje z własną matką są... zmienne. Myślę, że to najwłaściwsze określenie. Bywają całe miesiące, gdy często do siebie telefonujemy, mamy ze sobą pełne porozumienie, niekiedy jednak różnimy się bardzo i na jakiś czas musimy od siebie odpocząć. Wolałabym, ba, życzyłabym sobie nawet, żeby moja matka była mi najbliższą przyjaciółką. Niestety w niektórych kwestiach zupełnie się nie zgadzamy. Jednak muszę stwierdzić, że w pryncypiach czy w sytuacjach dramatycznych, stać nas obie na zrozumienie tej drugiej i zrezygnowanie nawet z części swojego punktu widzenia.

A propos fenomenu. Jak sięgam pamięcią, nie mam chyba wśród swoich znajomych żadnej dziewczyny, która miałaby ze swoją mamą "relację doskonałą". Może to po prostu niemożliwe? Nie mam pojęcia. Jednocześnie po takich lekturach ja ta wczorajsza, gdzie kwestia uciekającego czasu jest szczególnie istotna myślę sobie, że nie warto go tracić na drobne potyczki, ciche dni czy niedopowiedziane sprawy. Po odłożeniu książki, jeszcze nocą chciałam pojechać do mojej mamy. Niestety na takie spontaniczne gesty nie zawsze pozwala proza życia. Zostałam więc w domu, ale przy najbliższej okazji spotkam się z Mamą, żeby powiedzieć Jej jak bardzo ją kocham (nawet wtedy, gdy się nie zgadzamy :) ) Tymczasem zostaje telefon :)

Dzisiaj K. pojechała pekaesem do szkoły. Zameldowała się smsem jak dotarła na miejsce. Umieram z niepokoju, czy dzisiaj nie będzie niespodzianek i prosto po szkole wróci domu. Niestety nie sposób przewidzieć kiedy nagle zmienia plany i decyduje się na ucieczkę. Nie ma tutaj żadnego schematu. Nie sposób tego przewidzieć. Ostatnie dni są dość wyrównane. Jedyne huśtawki emocjonalne K. pojawiają się w kontekście kontaktów z nowym chłopakiem (tym u którego nocowała ostatnim razem), który jak się okazuje wykazuje zachowania niepokojąco podobne do zachowań mojego Dziecka,. Nie chcę tej znajomości dla Niej, ale muszę być bardzo delikatna i dyplomatyczna. Ostatnio K. zaczęła histeryzować, że jej chłopak jest w szpitalu, ma guz na sercu, nie może go tak zostawić. Prawie chciała już jechać do niego. Zaproponowałam, że porozmawiam z jego mamą. Zgodziła się. Okazało się, że to absolutna bzdura! Chłopak jest w domu. W rozmowie z jego matką dowiedziałam się, że notorycznie kłamie, ma kuratora za "sprawy narkotykowe", nie bardzo chce się uczyć (czytaj przyjąć za siebie jakąkolwiek odpowiedzialność, choć za pół roku kończy 18 lat), do tego jakiś czas temu psycholog stwierdził u niego pięcioletnie opóźnienie w rozwoju. Matka chłopaka dodała, że kłamstwa to jedno, lecz zachowania agresywne, tworzenie nieistniejących bytów z pisaniem do siebie listów włącznie to drugie. Zapytałam co zamierza w związku z tym. Stwierdziła, że może powinna udać się z synem do psychiatry. Przytaknęłam ze zrozumieniem (choć dziwię się, dlaczego psycholog stwierdzający choćby opóźnienie nie pokierował matki do specjalisty, choć to nieprawda, nie dziwię się, przecież sama przez to przechodziłam...).

Umieram ze strachu, że moje dziecko zawiera takie znajomości, lecz w praktyce jestem bezsilna. To co robimy, a na co K. zgodziła się bez większych oporów (wytłumaczyliśmy Jej, że chodzi o jej równowagę i elementarny spokój) to ograniczanie dostępu do telefonu. Do internetu w ogóle nie ma w domu dostępu (jedynie w szkole, w bibliotece, okazjonalnie). K. ma do dyspozycji telefon wtedy, kiedy jest w szkole (żebyśmy mieli z nią kontakt) oraz w soboty i niedziele od 18.00 - 20.00. Nie wiem czy to wystarczy, aby chronić ją przed intrygami chłopaka czy kontaktami z innymi indywiduami. Ale nie bardzo mamy pomysł jak inaczej możemy kontrolować, ograniczać czy wpływać na życie naszego Dziecka. Naprawdę są chwile, że moje życie nie wydaje mi się realne. Ale mimo to staramy się żyć normalnie. W miarę możliwości,.

W klinice czeka już do odebrania skierowanie do szpitala. Jak tylko samochód stanie na kołach pojadę po nie i zawiozę do szpitala. Nie wiadomo ile będziemy czekać w kolejce, Wierzę jednak, że uda się K. dostać do tej placówki zanim skończy 15 lat. Myślę, że zdecydowanie lepiej, żeby była w szpitalu z dziećmi a nie z dorosłymi. Nie pytajcie dlaczego tak myślę. Tak mi się po prostu wydaje.

Jutro Chłopcy mają Andrzejkowy wieczór w szkole. Nie wiem jeszcze jak, ale musimy jutro pojechać do Wawy. Z rozdzielnika wyszło, że przygotowuję część tej imprezy. Muszę dzisiaj upiec mini muffinki z wróżbami, a jutro zapakować je wraz garnuszkiem wypełnionym woskiem, szklaną misą i dwupalnikową kuchenką elektryczną (bagatela jakieś 6 kg). Jak to wszystko wyjdzie będzie cud!

wtorek, 27 listopada 2012

samochód u lekarza, dom bibliotekarza a niedziela kucharza :)

A więc chronologicznie: samochód się poddał. Miał prawo. Jest u lekarza i będzie miał zregenerowaną głowicę silnika, wszystkie uszczeleczki wprost w fabryki. Potem trafi na regulacje do gaziarza i będzie "jak nowy". To co już miało się ze starości zepsuć, mam nadzieję, że się zepsuło (alternator, rozrusznik), hamulce i gumy są nowe. Ach, żeby w przypadku człowieka było to takie proste! Tu sobie coś wymienić, ta, dokręcić  - i człowiek jak nowy i całkiem młody ;)

Przez to albo dzięki temu (punkt widzenia zależy od metryki i zobowiązań) dzieciaki zostały w domu a ja na ich straży. Właśnie zarządziłam godziny ciszy, to znaczy, chłopcy czytają, K. robi lekcje, ja trochę pracuję, popisuję z przyjaciółką (Asiulką) i uzupełniam wpis na blogu :) Słowem - jest fajnie!
K jest w dobrej formie. Teraz już mam 100% pewność, że połyka lekarstwa, bo dostaje je rozgniecione na łyżeczce. Widać, że Jej organizm już coraz lepiej dogaduje się z otrzymywaną dawką. Jest mniej senna, zdecydowanie bardziej kontaktowa i obecna. W takich chwilach wraca mi radość życia.
A przede mną magiel, do którego jak  zwykle zbieram się jak do jeża (już kiedyś o tym pisałam). Ale  jak się potem czuję... Bezcenne! W tej samej sportowej dyscyplinie, co magiel, w niedzielę - przed moim ulubionym ostatnio programem Masterchef (który już się skończył, lecz czekam na II edycję) - zrobiłam porządki w szafie Chłopców. Sporo ciuszków będę mogła zawieźć do Karoliny dla Bronka (jak to Karolinko czytasz, to się szykuj na duuużą torbę :) ). Wyraźnie u Chłopaków przejaśniało. Fajnie, choć w kategorii "spodnie" widać spory przerębel. Przekonałam się jednak już nie raz, że kupowanie im spodni w sklepie jest tyleż nieopłacalne co bardzo frustrujące. Najdalej po tygodniu, zwłaszcza u jednego (tutaj jest niekwestionowanym liderem) jest wielka dziura na kolanie (bądź na obu, w zależności od wytrzymałości materiału). Zatem najczęściej kupuję dla Chłopaków spodnie w szmateksach. Sprawdzają się dużo lepiej (jakby wcześniejsze użytkowanie w magiczny sposób "impregnowało" je na testy jakim potem poddawać je będą moi Chłopcy). Aaaa i jeszcze bym zapomniała. Przeprosiłam się z maszyną do szycia. Bo trzeba Wam wiedzieć, że magiel, porządki w szafie i szycie na maszynie - to trzy bardzo nie lubiane przeze mnie czynności domowe. Ale i to zrobiłam!!! Pocerowałam zebrane do naprawy części dzieciowej garderoby. Jak stwierdził Z. - "o to dobrze, maszyna przecież musi  się zamortyzować" (dowcipniś). Bo i faktycznie przed dwoma czy trzema laty kupiliśmy wreszcie maszynę do szycia właśnie przede wszystkim z zamiarem dokonywania poprawek krawieckich i ratowania dziecięcej garderoby. Poszalałam wówczas, bo kupiłam sobie maszynę najśliczniejszą jaką znalazłam. A że jestem patriotką lokalną ( ;) ), więc wybór był oczywisty: Łucznik - także przez sentyment, bo na Łuczniku uczyłam się szyć w domu, a poza tym sama jestem spod tego znaku ;)





Wiem, że mojej - mówiąc enigmatycznie - umiarkowanej sympatii dla maszyny do szycia i czynności szycia jako takiego zupełnie nie podziela choćby moja blogowa znajoma Olqa, która wyczarowuje nieprawdopodobne cudeńka na swojej. Ale ja jakoś nie czuję chemii z igłą i nitką, w przeciwieństwie do pędzla i farby. Zresztą ostatniego piątku, gdy zostałam w domu, by popracować w ciszy a jednocześnie odreagować mega trudny początek tygodnia, coś mnie w środku zakręciło i popełniłam to:



Jeśli więc nie zbraknie mi dzisiaj samozaparcia i wymagluję stertę, która się uzbierała, będę z siebie bardzo dumna!
W ogóle jakoś zebrało mi się na porządkowanie przestrzeni, która mnie otacza. Mam masę książek, o których miałam pisać w zakładce o książkach. Ale wkrótce to naprawię (najpierw jednak muszę odzyskać książki które "porozporzyczałam" tu i tam wraz z moimi ustnymi recenzjami)

Miałam także pisać co gotuję - a przecież gotuję cały czas! To też chcę naprawić i jak coś się fajnie uda, to podzielić się przepisem i udokumentować zdjęciem (a to już pewnie wpływ Masterchefa ;) i książki Basi Ritz ).  A propos: dzisiaj w planie faszerowane pieczarki.

Nie mam wątpliwości, że poważny wpływ na zmianę mojego nastawienia obecnie mają moje dwie Klientki. Nie wiedzą o tym, ale ich własny rozwój niesamowicie mnie uskrzydla. A to z kolei daje mi nie tylko wielką satysfakcję z pracy, ale zaraża entuzjazmem do działania.
Zatem do działania!

piątek, 23 listopada 2012

monitoring

Nasza codzienność zupełnie została zawładnięta przez chorobę Córki. Nieustannie jednak powtarzam sobie, że są jeszcze Chłopcy. Znalazłam gdzieś w sieci, szukając informacji na temat dwubiegunowości i wszystkich jej odcieni informację, że choroba taka nie dotyczy tylko chorej jednostki lecz całej rodziny. I to jest prawda. Obserwuję nieraz jakby z boku co się teraz z nami dzieje. Jak wygląda nasz standardowy dzień, weekend. Przyglądam się, bo niekiedy mam wrażenie, że to nie jest moje życie. Uczymy się siebie na nowo. Każdym nerwem odczuwamy nawzajem zmiany nastrojów, niepokoje. Jest bardzo trudno. Oboje jednak z Z. staramy się panować nad sobą, nawzajem przypominając, że nie mamy do czynienia ze złym, lecz z chorym dzieckiem.

W ostatni poniedziałek pojechaliśmy z Z.do Łodzi na cykliczne badania po Jego operacji. Jak już kiedyś pisałam, lubimy te nasze łódzkie wycieczki. Bo choć - a tym razem szczególnie - niepokoimy się wynikami badania - to czas ten spędzamy wyłącznie ze sobą. Po szpitalu zawsze idziemy na obiad do Łódzkiej Galerii, na kawę, przytulamy się, omawiamy różne sprawy i patrzymy sobie w oczy. Bardzo jest to nam potrzebne. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach.
Wracając, sprawdzałam czy Córka jedzie po szkole do domu (w domu czekała moja Mama z Chłopcami). Mogliśmy oczywiście zostawić ją w domu z babcią i braćmi, ale stwierdziliśmy, że szkoda by zarwała dzień szkoły, zwłaszcza, że ostatnio wykazywała sporą chęć do nauki, rzeczywiście uczęszczała do szkoły systematycznie, do tego od tygodnia była już na lekach od psychiatry. Uważaliśmy, że nie ma ryzyka. Może wracać sama. Tymczasem, oddaliła się w drugą stronę miasta, a o 17.20 zupełnie zniknęła z mojego monitoringu. Znalazła się we... środę. Dwie doby spędziła poza domem, w towarzystwie nowego kolegi, którego poznała oczywiście przez internet. Mimo, że w domu nie ma dostępu do mediów, bo nawet telefon (który zresztą dostała zaledwie przed tygodniem) zawsze zabieramy jej po szkole i oddajemy rano, to radzi sobie, korzystając z komputera w szkolnej bibliotece. Chłopak jest jeszcze niepełnoletni, ale okazało się, że ulokował K. na strychu domu, w którym mieszka i tylko donosił jej "paszę". Gdy następnej nocy ok. drugiej (!) przemykali do domu, wpadli na matkę chłopaka. Ponieważ była druga w nocy, nie pozwoliła mojej córce wyjść z domu i rano zawiadomiła policję. Odebrałam K. z Ursusa. Od razu zawiozłam do szkoły. Po południu wróciła z nami do domu.
Tym razem moja reakcja była zupełnie inna niż po poprzedniej ucieczce. Nie ma sensu bowiem wrzeszczeć, wyrażać pretensji czy oczekiwać racjonalnego wytłumaczenia działania K.. Ona działa w manii w takich chwilach i żadne racjonalne wytłumaczenie (typu: było mi źle, kocham go itp.) nie występuje. Rozmawialiśmy z matką chłopaka przez telefon, okazało się, że ma on kuratora (narkotyki), chodzi (a w zasadzie nie chodzi) do zawodowej szkoły kucharskiej, stwarza problemy wychowawcze. Zaplanowaliśmy nawet spotkanie w sobotę. Pewnie będziemy musieli je odwołać, podobnie jak spotkanie K. z jej terapeutką w sobotę, bo nasz samochód ledwo zipie. W poniedziałek wstawiamy go do warsztatu i robimy remont silnika. Mam nadzieję, że od środy będziemy normalnie funkcjonować mając sprawny samochód.

We wtorek mam odebrać od psychiatry K.skierowanie do szpitala. Niestety w tej sytuacji to jedyne rozsądne wyjście. Tylko w warunkach szpitalnych będzie można dobrze i bezpiecznie dobrać Jej leki. Bez takiej pomocy w ogóle nie wyobrażam sobie normalnego funkcjonowania!



niedziela, 4 listopada 2012

diagnoza

Borykając się z problemami wychowawczymi, jakie mamy z naszą Córką, zadawałam sobie ciągle pytanie: czego ma nas to nauczyć? po co to jest? Wychodzę bowiem z założenia, z którym się nigdy nie kryję i na moim blogu też niejednokrotnie deklarowałam, że uważam, iż "nic nie dzieje się bez przyczyny".

Dzisiaj mogę powiedzieć: chyba wiem.

O ileż bowiem łatwiej znieśliśmy postawioną diagnozę po tym, jak odchodziliśmy od zmysłów, że mamy złe dziecko, dziecko, które jest wyzute z uczuć, które nie reaguje na prośby, groźby, przykłady, lamenty.

Nasze dziecko nie jest złe. 
Nasze dziecko nie jest zdrowe. 

"Osobowość dwubiegunowa".
Werdykt przyjęliśmy z...  ulgą. W innych okolicznościach pewnie załamalibyśmy się. Znajomi - choć nie wszyscy - są zdumieni. Jak możecie przyjmować z ulgą taką wiadomość! Ano możemy. Dotąd rozpaczaliśmy. Nasza miłość rodzicielska była trwoniona, serca nam pękały, walczyliśmy z niereformowalną nastolatką. Dzisiaj nie walczymy. Musimy się Nią zaopiekować. I to napawa nas... otuchą i dodaje sił.

W obecnej bowiem chwili, gdy diagnoza została postawiona tak wcześnie (a nie w wieku dwudziestu czy trzydziestu lat, gdy chory może mieć już za sobą niejeden zniszczony związek, popalone mosty i ląduje w psychiatryku), jest bardzo duża nadzieja na dobre, satysfakcjonujące życie dla naszej Córki i naszej Rodziny. Oczywiście nowe wyzwania przed nami, ale nie zamierzamy się poddawać. Dodatkowo mobilizują nas Chłopcy, którym poświęcamy teraz szczególnie dużo uwagi po tym, jak ich siostra w pełni zawładnęła naszą uwagę, energię i wszystkie siły przez ostatni rok.
Od teraz już nic nie będzie takie samo. Będzie inne.

W przyszłym tygodniu, Córka ma mieć wprowadzony lek. Zamierzamy oswoić tę chorobę. Choć to niełatwe - nie ukrywać się przed światem z problemem. Zdaję sobie bowiem sprawę, że być może to moje nowe zadanie. Może właśnie w tym obszarze będę mogła pomagać innym rodzinom. Mówiąc o tym, wspierając się wzajemnie i walcząc o dobre życie dla naszych dzieci.

niedziela, 21 października 2012

Zezłociło się ale i zamgliło

Jesień rozpędzona na złoto. Co prawda dzisiaj już baaardzo jesiennie, szaruga i mgła przez cały dzień, choć miała ustąpić przed południem. Plany porządkowe w ogrodzie zostały odłożone na inny, bardziej suchy dzień (mam nadzieję, że jeszcze takie nastąpią). Z liśćmi do zgrabienia nie robię histerii, ale przed śniegami powinniśmy zwinąć pawilon nad stołem w ogrodzie. Przymierzałam się do niego dzisiaj kilka razy, ale wciąż był mokry, nie tylko od zewnątrz ale także od wewnątrz. W ubiegłym tygodniu miałam wyjazdowe, dwudniowe szkolenie, które było poważnym dla mnie wyzwaniem. Bałam się jak w pojedynkę, przez dwa dni zapanuję nad trzydziestoosobową grupą nie tylko od strony organizacyjnej i dyscypliny ale mojego niezbyt ostatnio mocnego głosu. Fakt, drugiego dnia wieczorem, po powrocie do domu miałam głos zachrypnięty, jakbym balowała przez dwa dni, jak moi kursanci :) Grupa natomiast okazała się bardzo fajna, zaangażowana i dość zdyscyplinowana. W związku z moją nieobecnością, ściągnęłam do nas moją mamę. Jest fajnie. Naprawdę. Już dawno nie żyliśmy razem w takiej harmonii. Wczoraj - dzięki obecności mamy - mogliśmy zrobić sobie z Z. romantyczny wypad. Pojechaliśmy do Pułtuska na długi spacer. Chodziliśmy sobie trzymając się za ręce, cali w promieniach słońca. Przez spacer nie wzięliśmy się za pawilon. Ale i tak, wiedząc, że dzisiaj z porządków byłby nici nie zmieniłabym wczorajszego dnia. No, może po powrocie wzięłabym się za zwinięcie plandeki, ale stało się inaczej.
W domu natomiast od początku roku szkolnego - co już widać było we wpisie z września - dużo się dzieje. Nie możemy właściwie dojść do równowagi, bo sprawa się jeszcze ciągnie. Tamtego dnia nasza córka nie tylko nie pojawiła się w szkole, ale w ogóle nie pojawiła się tej doby w ogóle. Zgłosiliśmy sprawę policji, dziecko zostało odnalezione, a człowiek (24 letni!), który wciąż utrzymuje z nią relacje ma prokuratorską sprawę o kontakty z nieletnią. Powiem tylko, że teraz w naszym kalendarzu: policja, prokuratura, sąd, psychoterapia, psychiatra, psycholog. Nie ma nad czym się rozpisywać. Jest ciężko. Wiem, że kiedyś to się skończy. Może znajdę w sobie siłę, żeby pewnego dnia to wszystko opisać, podzielić się doświadczeniami w formie poradnika albo beletrystyki. Na razie wszystko mnie boli w tym temacie.
Ale trzeba żyć dalej. Na szczęście sporo pracy nie pozwala mi oddawać się handrze. Dzisiaj zrobiłam "prawdziwy niedzielny obiad". Do obowiązkowego rosołu na niosce były zawijane zrazy, surówka z brukwi, ogórka, marchwi i jabłuszka oraz ziemniaki purre (ze śmietaną i masłem). Mniam :) Wszystkim smakowało.
Postaram się dyscyplinować także w kwestiach blogowych. W końcu to też kawałek mnie. Nastrój rzeczywiście momentami wytrąca mi pióro z dłoni (choć wirtualne) ale przecież nie ubiorę się w czarną suknię żałobnicy, opłakującej swoje utracone, wyidealizowane wyobrażenie rodzinnego życia. Zamierzam żyć dobrze i jak najbardziej pozytywnie. Przyznam nawet, ze złapałam się na głupim myśleniu, że być może nie wypada, żebym pisała o różnych mniej ważnych sprawach, skoro pod moim dachem rozgrywa się  rodzinny dramat. Trudno, taka moja karma ale nie chcę rezygnować z samej siebie.
Obserwuję co się dzieje z moją córką. Staram się na nowo wypracowywać między nami ścieżkę porozumienia. Niestety nikt nie jest w stanie powiedzieć co jest jeszcze "normą" buntu nastolatki a co już skręca w stronę patologii. Tego w szkołach ani na uniewrsytetach nie uczą. Może więc rzeczywiście kiedyś napiszę o tym jakiś swój poradnik. Do tego jednak czasu, muszę skupić się na mądrym postępowaniu. Choć cierpliwości momentami brakuje.

wtorek, 4 września 2012

i zaczęliśmy nowy rok szkolny

Wakacje minęły, walizki zostały rozpakowane, pranie młóci się w pralce, dzieciaki zostały wyekspediowane do szkoły a ja zasiadłam do swojego biurka, do swojej pracy, do bloga, do odpisywania na zaległe maile. Słowem zaczęła się orka... za którą przyznam wszyscy już się troszkę stęskniliśmy.
Koniec roku szkolnego i pierwsza połowa wakacji były bardzo wyczerpujące, przede wszystkim za sprawą mojej nastolatki, przez której wyskoki zupełnie odechciało mi się wszystkiego. Znajomi pytali: dlaczego nie piszesz nic na blogu? co się dzieje? itp. A ja naprawdę nie miałam ochoty pisać o niczym, co w porównaniu z "sajgonem", który mieliśmy w domu było tylko bzdetami.
Ale zrobiliśmy nowe otwarcie i z nowymi nadziejami zaczynamy.


Właśnie dostałam telefon ze szkoły córki. Nie pojawiła się w szkole!
Puszczam ten rozpoczęty i niedokończony post na blog. Na razie nie mam już ochoty pisać niczego o wakacjach. Wiem, że to zrozumiecie.

czwartek, 21 czerwca 2012

Rozkminy kibica ;)

Trochę powietrze ze mnie zeszło - co widać w blogowej absencji. Cóż, nie bez wpływu była nasza porażka na mistrzostwach w PN. Choć miło było patrzeć na całkiem dobrze grającą polską drużynę, to nie wystarczyło by przejść do ćwierćfinału. Od razu uspokajam: nic się nie zmieniło, nadal jestem okazjonalną kibicką, niemniej bardzo gorliwą ;) Dość popatrzeć na setki tysięcy rodaków fantastycznie dopingujących NASZYCH, przecież nie wszyscy oni to "rasowi" kibice, śledzący wszystkie piłkarskie potyczki. Ale w sportowych igrzyskach to właśnie jest piękne. Przyznam, że choć smutno, bo już nie gramy o medale, to noszę w sobie rodzaj dumy, że tak pięknie podejmujemy gości. Radością napawają mnie relacje obcych korespondentów, których komentarze przepełnione są entuzjazmem ale i zdziwieniem, zupełnie tak, jakby nasz kraj był dotąd nieodkrytym lądem! A i w tym jest sporo prawdy... Pamiętam, gdy kilka lat temu, znajoma opowiadała o gościu - koledze swego syna, który przyjechał do Polski w ramach szkolnej, polsko-francuskiej wymiany - który najpierw zaniemówił a potem dopytywał z niedowierzaniem, gdzie się znajduje, po wizycie w CH Arkadia. Powiedział przy tym, że relacje z Polski jakie zdarzało mu się słyszeć, widzieć lub czytać w ojczyźnie, często są opatrywane zdjęciami w rodzaju zarośnięty chłop, wąsata baba z chrustem, oboje siedzący na wozie drabiniastym ciągnionym przez chudą szkapę drogą wyłożoną kocimi łbami!! Cóż, nasz szczęście przyszedł czas weryfikacji tych fałszywych obrazów.

Drugą poważną przyczyną mojego czasowego wycofania, to kolejna fala "orki na ugorze" czyli niekończący się serial wychowawczy. Ręce momentami opadają, płakać się chce, ale serce matki jak widać jest nie do zarąbania (użyję tego eufemizmu). A toż to prolog dopiero! Chłopcy za dwa tygodnie kończą dziesięć lat. Pora więc przygotować się na sztukę w co najmniej paru aktach. Uff.

A na samochodzie powiewa biało-czerwona i już!

środa, 6 czerwca 2012

...rozkwit wkoło...

Jest pięknie, wreszcie słońce rozpieszcza, to co może kwitnie pięknie. W niedzielę poczucie obowiązku, żeby wreszcie dokończyć herbaciany zestaw dla mojej Przyjaciółki zmusiło mnie do wzięcia pędzla do ręki a dalej już rozkwitło.






Pomijając walory artystyczne moich poczynań, ja czuję się w rozkwicie :D





Do tego jeszcze ten ukwiecony krzak, który postanowiłam uwiecznić:




a więcej umieścić więcej na Cyfrowym Oku. Myślę, że nie tylko słońce, ale także perspektywa właśnie rozpoczynającego się długiego weekendu napawa mnie takim entuzjazmem. Do tego dzisiaj są przecież imieniny miesiąca :D

Choć nie jestem wielką fanką futbolu, a mówiąc szczerze kibic ożywa we mnie w chwilach chwały polskiej Reprezentacji w Jakimkolwieksporcie, lub właśnie podczas mistrzostw Europy czy Mundialu - to i mnie udzieliła się futbolowa euforia.



Wywiesiłam na tarasie biało-czerwoną a nawet umieściłam na samochodzie - co według Z. uchroniło go dzisiaj przed zapłaceniem mandatu ;) :"o widzę, że na mecz się Pan wybiera" - zauważył legitymujący policjant.

Słowem jest pięknie...

środa, 30 maja 2012

spieszę z wyjaśnieniami

Po parodniowej przerwie w publikacji moich pseudomądrości blogowych, zawsze, ale to zawsze, czuję się winna. Od razu postanawiam się tłumaczyć dlaczego mnie nie było, co robiłam itd. To chore przekonanie zakorzenione już w dzieciństwie, choć ogranicza mnie okropnie i z czego zdaję sobie sprawę, cudnie kwitnie w mojej podświadomości. Zatem aby wybrnąć jakoś z uśmiechem i przymrużonym  okiem powiem tylko, że: "działo się". I wiernych Podczytywaczy pragnę poinformować, że działo się, lecz nie na łazienkowym froncie. Front robót remontowo-budowlanych idzie swoim tempem, Z. w magiczny sposób, mimo rozpierduchy w samym sercu domu, pod koniec weekendu tak wszystko uprząta, że zupełnie normalnie da się żyć w ciągu tygodnia. Cały miniony tydzień był jakiś zwariowanie zajęty. Nic spektakularnego co prawda się nie zdarzyło, świat nie skłonił mnie do snucia filozoficznych rozważań, lecz kalendarz miałam zapełniony niemal do godziny. Za to już od ostatniego weekendu cała moja uwaga, energia, rozum i serce zajmował wtorek, który był wyjątkowo obciążony zarówno czasowo jak emocjonalnie. Na godzinę jedenastą umówiona była geodeta - biegła sądowa, która miała dokonywać swych czynności mierniczo-badawczych w terenie. Jej wizyta z kolei związana była z wizytą moich Rodziców, którzy jako właściciele posesji i domu, w którym mieszkamy chcąc czy nie chcąc wciągnięci są w koszmarny gruntowy spór z sąsiadami, który trwa już sezon II. (Jak dobry serial, prawda?). Ponieważ mój"Tatuś" nie należy do osób, w towarzystwie których czujemy się miło i swobodnie, więc perspektywa spędzenia z nim kilku godzin, napawała mnie, Z. i moją Mamę lekkim niepokojem (pozostańmy przy tym eufemizmie). Ostatecznie Tata nie dopiekł, jak potrafi (pierwsze zaskoczenie tego dnia ;)).  Za to Pani Geodeta... Początkowo daleka od otwartej komunikacji, głucha na wnioski o dokonanie dodatkowych pomiarów we wskazanych przez nas miejscach, została przeze mnie poinformowana , że"wobec tego niech zrobi jak uważa", bo i tak temat wadliwych pomiarów terenu jest obecnie przedmiotem badania przez policję gospodarczą. Wówczas biegła sądowa odzyskała jasność myślenia i udała się we wskazane miejsca, pochyliła głowę nad okazanymi przez nas mapami i zobowiązała się włączyć do swej opinii wszystkie wnioski i dokonane pomiary. Oczywiście sprawa znowu wróci do sądu, bowiem kolejna próba polubownego załatwienia sporu o granicę naszej posesji zakończyła się fiaskiem. Dość powiedzieć - aby nie zanudzać - że nasi sąsiedzi, którzy są pozbawionymi kultury, wyobraźni i moralnych zasad kreaturami oczekiwali, że połowę spornego obszaru rodzice im oddadzą tak, po prostu a za drugą zapłacą piętnastokrotnie wyższą kwotę niż cena, która wynika z realiów tego terenu. Propozycja dodatkowo kuriozalna, bowiem moi rodzice przed ponad dwiema dekadami już raz za ten teren zapłacili! Jak obrazowo pani geodeta temat przedstawiła, obie strony mają prawo uważać, że mają rację, bowiem przed wieloma laty "zostały popełnione błędy pomiarowe". I już!!. Przed nami więc kolejne wizyty w sądzie, który - w co wierzę - przyzna rację Rodzicom i uzna, że dokonało się zasiedzenie. Jak już geodeci pojechali, Rodzice zapakowali się do samochodu i ruszyli do siebie, ja w pośpiechu zbierałam się na Spotkanie Optymistyczne, które późnym popołudniem organizowałam w stolicy. To co przygotowałam sobie do ubrania okazało się o jeden w porywach dwa numery za małe (zaskoczenie numer dwa), więc gorączkowo szukałam czegoś innego. Jak już znalazłam się w samochodzie, stwierdziłam, że na pewno zdążę. Lecz tutaj kolejna niespodzianka (czytaj: zaskoczenie numer trzy): wszystkie możliwe i zupełnie nieprawdopodobne miejsca na mojej drodze były zakorkowane, więc wpadłam do biura z wywieszonym ozorem. Nie miałam już czasu na przygotowanie się i powtórzenie prezentacji, bo po pięciu minutach, zaczęli schodzić się Uczestnicy (ci nadgorliwie punktualni ;)). W takich momentach jak ten wczoraj, gdy czeka mnie jakieś wystąpienie a ja nie mam czasu na przygotowania, zawsze przypomina mi się jeden egzamin muzyczny, kiedy wpadłam zdyszana w chwili, gdy już po raz drugi (!! a to była sprawa krytyczna w mojej szkole) wyczytywano moje nazwisko. Zdyszana, z nierozgrzanymi dłońmi zagrałam swój najlepszy w życiu i najwyżej oceniony egzamin. Wczoraj też było dobrze :D

W drodze powrotnej musiałam odebrać Córkę od jej koleżanki i pędzić do domu, w którym już czekał na mnie Z. z którym z kolei mieliśmy pojechać do radnej złożyć podpis pod petycją. Zafiksowana na błyskawiczny powrót do domu nie zwróciłam uwagi na licznik kilometrów więc w drodze skończył mi się gaz (zaskoczenie numer cztery). Musiałam odbić z obwodnicy i zatankować. Ostatecznie dotarłam do domu nadspodziewanie szybko (zaskoczenie numer pięć) i ruszyliśmy z misją społeczną. Po powrocie do domu, gdy na zegarze dochodziła północ, ruchem sunącym dotarłam do sypialni i w mgnieniu oka zasnęłam z uśmiechem na ustach i optymizmem w sercu, mimo zwariowanego dnia i masy zaskoczeń ;)


niedziela, 20 maja 2012

widoki na nowe łazienki zza chmury wszędobylskiego pyłu

Weekend jest piękny, słoneczny, wokół zielono, kwiatki kwitną a wnętrze naszego domku pokrywa się coraz grubszą warstwą remontowego pyłu...

Wczorajsze zagonienie dzieci do odkurzania okazało się działaniem wyłącznie dla sportu - dzisiaj śladu już po tym nie ma. Ale za to ma być nowa łazienka! I to docelowo nie jedna :) Na pierwszy ogień idzie łazienka Chłopaków, ale to jeszcze trochę potrwa. Jak uporamy się z tym wyzwaniem, czeka nas rozebranie podłogi w dotychczasowej łazience, która po powiększeniu będzie damską łazienką. Ale ta operacja zaplanowana jest na resztę lata. Słowem  nasza epopeja remontowa jak Moda na Sukces ma imponującą ilość odcinków. Czasem żałuję, że nie prowadziłam bloga jak zaczynaliśmy nasz remont ponad sześć lat temu. Wprowadziliśmy się bowiem do domku letniskowego moich Rodziców i zakochaliśmy się w nim  po uszy. Zanim przyszła pierwsza zima musieliśmy przekopać linię wodociągową poniżej głębokości zamarzania, bowiem w marcu 2006 roku, gdy wprowadziliśmy się tutaj, wody w kranach niet. Wszystko w cholerę zamarzło. Pierwsze lato zatem przebiegło nam pracowicie (zresztą jak każde kolejne :) ). Trawa czy kwiatki były marzeniem. Na szczęście działka zadrzewiona wcześniej przez moich Rodziców nie przypominała klepiska. Po pierwszej zimie, już było wiadomo, że kolejnym etapem remontu będzie ocieplenie domu. Nasza chałupka nie była zdolna akumulować ciepła i zaraz po wygaśnięciu pieca, mróz wnikał przez nieocieplone ściany i nieszczelne okna. Po powrocie z Warszawy, w domu mieliśmy nawet i 8 stopni. Na szczęście już po pół godzinie do godziny, dawało się funkcjonować w miarę normalnie. I tak ostatnie sześć lat upływa nam na przeróbkach, remontach, udoskonaleniach. Choć nie da się zaprzeczyć, że jest dość uciążliwe i wyczerpujące fizycznie (przede wszystkim Z., który wszystko absolutnie (!) robi sam) to satysfakcję mamy ogromną i duma nas rozpiera. Jednak gdy jest etap szczególnie brudny, tak jak teraz,  moja natura najlepiej czująca się w porządku - cierpi. Staram się jednak nie widzieć tego co jest ciemną stroną remontu, bo nagroda zawsze jest ponad doświadczone niedogodności.  Gdy przypomnę sobie na przykład co się działo w domu gdy przebijaliśmy się do starej piwniczki na węgiel, przez 25 centymetrowe ściany fundamentu po to, żeby zorganizować tam pralnię (tutaj trochę zdjęć), która dzisiaj cieszy oko i zazdroszczą mi jej przyjaciółki ;) to wiem, że było warto :)

Natomiast dzisiaj moja Rodzina aktywna jest wielce, dzieciaki nosi na podwórko, co i raz wpadają na bardziej idiotyczne pomysły (ostatnio grały żwirem w palanta, za przeproszeniem, celując w nasz samochód...), Z. robi kilometry na trasie piętro - warsztat, a wszystko to odbywa się "po moich plecach", wszak na tranzycie właśnie byłam uprzejma zorganizować swoje odosobnienie, miejsce skupienia i twórczego odludzia. Wszystko dziś szlag wziął!
Niczego nie jestem w stanie koncepcyjnie ogarnąć. Wyszłam więc ze swojej norki, żeby uwiecznić to, co  obecny weekend dla mnie przyniósł.
W domu:

tu będzie wejście do łazienki chłopaków (dużych i małych :) )

kawałek Z. w łazience kobitek

po prawej widać dotychczasową łazienkę, która po połączeniu z dobudowaną częścią będzie damskim przybytkiem rokoszy kąpielowych

otóż i miejsce, gdzie stanie wanna - na którą już nie mogę się doczekać... nie powiem ile ;)


podpory wpierają wstawioną belkę stalową, dzięki której nie będzie pośrodku łazienki słupa konstrukcyjnego

obecny prysznic

kibelek, wokół którego teraz złożony został cały łazienkowy dobytek

zakurzona szafka z umywalką :( jak Z. skończy weekendowe budowy, będę mogła ogarnąć to, co z łazienki zostało na razie
I w ogrodzie:








więcej dzisiejszych widoczków na Cyfrowym oku

piątek, 18 maja 2012

Niespodziawana popularność kurzego tematu

Przeglądam sobie czasem statystyki mojego bloga. Nic tak dobrze człowiekowi nie robi, jak świadomość, że ktoś chce poświęcić swój czas i zajrzeć tutaj, dowiedzieć się co mam do powiedzenia a jeśli jeszcze do tego zaszczyca komentarzem, to jest po prostu bosko!

Ostatnio natomiast stwierdzam z zaskoczeniem, że największym zainteresowaniem Podczytywaczy  mojego bloga cieszy się Kurza stopa.



Z jednej strony trochę mnie to zdumiewa, bo nie sądziłam, że tak wielu ludziom "kura w duszy gra" ;) z drugiej strony nie dziwi już tak bardzo, że tak wiele osób docenia smak własnego jaja!

Z inspiracji Pana Marcina, zainteresowanego z żoną budową własnego, małego kurnika i woliery, zmobilizowałam się do zaprezentowania szczegółowego opisu budowy naszego kurnika. Szczegóły oczywiście na Kurzej stopie

środa, 16 maja 2012

fajnie jest!

No i to wprost uwielbiam! Siedzę sobie w suchym miejscu (nic nie kapie mi na głowę) choć na zewnątrz szaruga i leje. Pojadam sobie lody, wprost z pudełka, łyżką do zupy. Ach, jak mi dobrze. Czekam sobie spokojnie na Klientkę, kiwam palcem w bucie, czeka na mnie ciekawa książka i po prostu, na przekór aurze, żyć się chce!
Od razu uprzedzę Szanownych Podczytywaczy, że dealera zmieniać nie muszę! Po prostu samej z siebie jest mi tak błogo i szczęśliwie :)
Nawet dźwięki wiertarek, młotków i szorowanie papierem ściernym po ścianach nie są w stanie zmącić mojego spokoju.  Na korytarzu bowiem odbywa się generalny remont klatki schodowej, a budynek przedwojenny, więc staranność a nawet pietyzm są niezbędne. Aaaa. Jak fajnie jest!
No, chyba, że coś było w tych lodach?... Carte D'or Cheesecake with Raspberry Sauce. Mniam. Właśnie skończyłam.
No to do pracy, Rodacy!!

sobota, 12 maja 2012

droga przez mękę...

Od dłuższego czasu usiłuję zbudować swoją stronę www. Na przestrzeni ostatniego roku kilkakrotnie czułam przypływ nadludzkiej siły oraz nieposkromionej determinacji aby tego dokonać. SAMODZIELNIE. Co z tego, że stronę wykupiłam tam, gdzie oferowano "niezwykle przystępny program do samodzielnego tworzenia strony www". Co z tego, że powstają nowe serwisy typu "jedenijeden". W cholerę! Nie jestem w stanie tego ustrojstwa rozgryźć. Co ciekawsze, dekadę temu stworzyłam własną stronę www, samodzielnie, z nieznaczną pomocą Z. Tymczasem dzisiaj, czuję jakbym była głucha, niema i ślepa. Do tego nawet nie rozumiem używanej tam nomenklatury. Po prostu dochodzę do wniosku, że jestem debilem, bez szansy na funkcjonowanie w wirtualnej przestrzeni.
Imając się ostatniej nadziei ściągnęłam wersję testową Pajączka, programu w którym przed laty, z pewnymi trudnościami, ale jednak własnym wysiłkiem "wykreowałam" wirtualną obecność. Teraz nic! 

Znajome z czasów szkolnych, przedziwne uczucie furii i frustracji wypełniającej całe moje jestestwo jest i teraz moim udziałem. Tłumaczę sobie, że to dla ludzi, że w końcu to rozgryzę, pracuję ze sobą jak niezwykle cierpliwy coach z najtrudniejszym klientem. Na nic! W końcu się rozryczałam i postanowiłam poskarżyć na blogu. I właśnie to czynię!
Do tego ta moja okropna, uwierająca momentami ambicja, że sama, że poradzę sobie, że z pomocy nie skorzystam. Nie znoszę prosić o cokolwiek, nie znoszę być od kogokolwiek zależną. Wrrrrr. Chyba muszę nad tym popracować.

środa, 9 maja 2012

terapia maglem, czyli jak poskromiłam swoje rozmemłanie...

Nie jest to może jakieś nadzwyczajne odkrycie, lecz na mnie to działa zawsze! Jak już nie mogę wytrzymać sama ze sobą, czuję jak rozłażę się w szwach, rozglądam się po najbliższym otoczeniu i biorę za to, co najdłużej odkładałam.

Tym razem padło na górę rzeczy do wyprasowania/wymaglowania. Góra piętrzyła się już od kilku tygodni, a ściślej od ponad dwóch miesięcy, jak z wrodzonym sobie wdziękiem zauważył Z. Poskarżył się przy tym, że od pewnego czasu już nie ma co na siebie włożyć (biedactwo!) i musi z góry prania wyszarpywać czyste ubranie. "Szowinistyczna świnia!" - pomyślałam sobie, ale wyrzut sumienia zaczął mnie zjadać od środka. Minęło kilka dni... No dobrze, tydzień z okładem. W końcu wczoraj wzięłam byka za rogi.
Nie cierpię robić tego sama, w końcu jak magiel, to i poplotkować wypadałoby ;) A tu tylko Karmel mi służył swoim towarzystwem. Urocze to kocisko, ale przecież nie będę gadała z kotem! Zwykle udaje mi się wrobić w to moją mamę, jeśli jest akurat u nas, albo którąś z moich koleżanek. Jedyna na podorędziu koleżaneczka, Ania - najbliższa sąsiadka - na której towarzystwo szczerze liczyłam, wzięła się za prace remontowo-budowlane w swoim domu, a ponieważ owe prace wymknęły się spod kontroli, więc ugrzęzła w robocie i ani myślała o towarzyszeniu mi.
Został mi się ino magiel, kot, i Mount Everest ciuchów i pościeli. Nie dokończyłam wczoraj - dokończyłam dzisiaj. Rano nastawiłam kapuśniak, a w przerwach między kolejnymi partiami sprasowanej garderoby, wyskakiwałam do ogrodu i przestawiałam zraszacz. Ani się nie obejrzałam a minęły trzy godziny z okładem. Jednak kosz na bieliznę świeci pustym dnem a ogród jest podlany!!
 Nogi co prawda nie powiem gdzie mi wlazły, bo cały czas przy maglu trzeba stać, ale jak skończyłam, to od razu poczułam się znacznie mniej rozmemłana :)

W trakcie tego nudnego zajęcia, zawsze błogosławię w duchu sama siebie, za genialny pomysł, na który wpadłam kilka lat temu. To już chyba pięć lat minęło, jak wyczaiłam na Allegro magle. Jedno takie cudo nabyłam w drodze kupna. Okazało się, że jest to nadzwyczajne urządzenie, dzięki któremu prasowanie wszystkiego ( z wyłączeniem koszul i zapinanych damskich bluzek i sukienek - a tego praktycznie nie używamy, Z. do pracy nie musi chodzić w koszulach [hurra]) jest znacznie szybsze i zdrowsze dla łokcia niż machanie żelazkiem. Oczywiście na początku moja euforia i miłość do nowego ustrojstwa była tak wielka, że nie nadążałam z... praniem. Ale dość szybko mi przeszło, i teraz jak zbierze się pokaźna kupa (ups) to wyciągam magiel i urządzam łapankę na towarzystwo do maglowania.
Dzięki temu, że wreszcie uporałam się z górą prania, mogę pochwalić się najmłodszym wnętrzem, które Z. dla mnie zrobił. Pisałam o nim, ale dopiero dziś panujący w niej ład (;)) pozwolił na zaprezentowanie szerszej publiczności. Oto nasze pralnia:







Teraz jeszcze muszę dokończyć prezentację na jutrzejsze warsztaty a wieczorem mam Klientkę e-mentoringową. Wiem, że kładąc się dzisiaj spać, będę miała to przemiłe uczucie uporządkowania i spełnienia. Co prawda, wyprasowanie całego prania, nie jest zadaniem szczególnie ambitnym dla człowieka myślącego, ale i takie, odmóżdżające czynności, każda z nas musi robić, nawet jeśli ma nie wiadomo jak wielkie ambicję ;) Są oczywiście szczęściary, które mają babcie, mamy czy innego rodzaju złotorękie pomoce. Niemniej jednak zawsze, jak się tak skatuję jak dzisiaj to czuję się lepiej. Panujący zaś wokół ład - cudownie wpływa na wewnętrzną równowagę. Amen.

niedziela, 6 maja 2012

Tydzień w kratkę

Dziwny weekendo-tydzień majowy wreszcie zbliża się do końca. Oddycham z ulgą, bo to taki dziwaczny czas, ni to wakacje ni to czas pracy. Po tych dziewięciu dniach czuję się poważnie zdezorganizowana i zdezorientowana. Dzieciaki zostały ze mną w domu, Z. co drugi dzień jeździł do stolicy, do pracy. Życie w kratkę. Dla dzieci to na pewno fajny tydzień, bo totalna laba. Kilka razy zawiozłam je na basen, pierwszego maja zaliczyliśmy majówkowy piknik a pogoda spisała się na medal, więc całymi dniami można było siedzieć w ogrodzie (my), lub szaleć na rowerach (chłopcy).

Słowo nt. pierwszomajowego pikniku. Bardzo byłam z siebie zadowolona, że udało się zorganizować ten wypad. Z jednej strony chciałam, żeby nasze dzieciaki poczuły magię piknikowych wypraw, z drugiej, sami chcieliśmy z Z. oddać się przyjemności zapamiętanej z dzieciństwa: koca na trawie, wiklinowych koszyków pełnych termosów z posłodzoną (obowiązkowo!) herbatą, jajek na twardo, mielonki z puszki, ogóreczków konserwowych itp. itd. Zabrakło tylko kurczaka z rożna i ogórków małosolnych, które zapamiętaliśmy z Z. z naszych majówek.

Pojechaliśmy na drugą stronę Narwii, na Kurpie. Bardzo ładna to kraina. Zadziwia mnie zawsze różnica, jaką widać miedzy Mazowszem a Kurpiami. Tam niemal w każdym obejściu jest miły dla oka ład i porządek w przeciwieństwie do "fantazyjnego mazowieckiego nieporządku". Czyściutkie okna, śnieżnobiałe firaneczki, uporządkowane grządki i zagonki, pomalowane na biało kamyki, krawężniki i pnie drzewek owocowych (anstrahuję przy tym od dyskursu na ile jest to estetyczne, praktyczne, ładne czy tradycyjne, w każdym razie robi bardzo schludne wrażenie). Ludzie też jakby bardziej domyci...

Popatrzyliśmy sobie na nasz brzeg, z drugiej strony rzeki. Największym zaskoczeniem było to dla naszych Dzieciaków. Znalazły się tu, skąd z naszej perspektywy widać majaczące w oddali światełka gospodarstw naprzeciwko. Nigdy nie widzieli swojego domku z tej perspektywy. Fajne doświadczenie :)



Znaleźliśmy uroczą miejscówkę i wylegliśmy na łono :) Pogoda była "jak drut".



 Po jedzeniu, każdy rozłożył się na kocu a ja zafundowałam rodzince przedpołudniowe "poczytaj mi mamo". Ponieważ chłopcy mają bardzo głęboką dysleksję i póki co - a wierzę, że to się wkrótce zmieni - samodzielne czytanie jest dla nich istną męką, postanowiłam pomóc im w zaliczeniu trzecioklaśnych lektur. Zwłaszcza do tej, którą dokończyłam na pikniku, nigdy nie trzeba mnie dwa razy namawiać. "O psie, który jeździł koleją" - to kolejna za "Królewną Śnieżką" Marii Kruger ulubiona książka z dzieciństwa. Jak zawsze, i tym razem rozsmarkałam się na koniec, Z i K. też. Córcia i drugi Syn zachowali powagę i nie uronili łezki.

W piątek wpadła do nas Ania z córką. Pogadaliśmy sobie w ogrodzie, przy serach i butelce wina - inaugurując tym samym posiadywanki ogrodowe 2012.

Z kolei w sobotę przypomniałam sobie jak fajnie mieć odchowane dzieci. Robiłam za nianię, pomogłam Karolinie i Łukaszowi - naszym przyjaciołom mieszkającm opodal - w opiece nad ich średnią pociechą (najmłodsza jeszcze kołysze się pod maminym sercem). Półtoraroczny dżentelmen spod znaku Skorpiona, to prawdziwe wyzwanie. Miał świetny dzień, praktycznie cały czas doskonały humorek, wilczy apetyt i masę uroku - to ja i tak wróciłam do domu jak po pracy w kopalni :D Okazuje się, że jednak wychodzi się z wprawy, bo cóż to jest dziewięć godzin z jednym w porównaniu z 24h/dobę z dwoma podobnymi szkrabami... Ale to już było ponad osiem lat temu a i kondycja już nie ta. 

W przerwach życia towarzyskiego, łyknęłam większą część "Non-fiction" Domosławskiego. Ważna lektura, ale zawsze z trudem znoszę, gdy jakaś ważna postać okazuje się postacią bardziej mitologiczną niż realną...

Choć - muszę to przyznać uczciwie - majowy weekend był bardzo udany, to cieszę się, że już dobiegł końca. Wreszcie życie zacznie biec w przewidywalnym kierunku ;)

sobota, 5 maja 2012

Candy dla Olqi

Obyło się bez fanfar i dylematów wielkich a  
Bezapelacyjną zdobywczynią mojego pierwszego Słodaka jest Olqa!!!


 Czerwona miseczka wędruje do Oli (Olu podaj mi na priv namiary adresowe :) )
 
Olqa, poza spełnieniem "formalnych wymogów" słodkiego konkursu, jest także moją bloggową Przewodniczką. Pierwsze kroki w tym zaczarowanym, wirtualnym  świecie pełnym prawdziwych Indywidualności, ludzi arcyzdolnych i arcyciekawych zrobiłam przecież pod Jej okiem, zawracając głowę o szczegóły techniczne :) Nigdy nie wyczułam irytacji czy zniecierpliwienia - ale w końcu trafiłam na Specjalistkę w dziedzinie Efektywnego Funkcjonowania w Świecie Osobników Wiecznie o Coś Pytających, prawda Olu?


Trochę głupio się czuję w tej całej sytuacji (na palcach jednej ręki zliczam Osoby, które chcą moją miseczkę), bo mam wrażenie, że może strzeliłam ze swoim Candy jak przysłowiową "kulą w płot". Czy za wcześnie się z nim wychyliłam? Czy nie trafiłam w gusta? Pojęcia zielonego nie mam.
Nie poddaję się jednak, mimo,  że podobnie jak na moim blogu - gdzie Podczytywaczy nie brakuje (hura!) - to i na Allegro moje prace nie spotkały się z zainteresowaniem :( Ale jak w zdaniu poprzednim - nie poddaję się. Moim celem jest bowiem malować nie tylko dla własnej, ogromnej przyjemności, obdarowywać przyjaciół ale także sprzedawać produkcje rąk własnych.  

Coaching, pisanie i malowanki to mój wymarzony sposób na  życie, na realizację zawodową i zarabianie pieniędzy. Jakoś przez skórę czuję, że to swoista próba, na którą Los wystawia moją wytrwałość, determinację i cierpliwość. A ja właśnie, że przeczekam, a za jakiś czas będę z dumą pokazywać wnętrza z moimi kafelkami, miskami, cukierniczkami i paterami :D
 Nos do góry! - mówię sobie, wkrótce będzie mój czas :D Teraz gromadzę więcej prac, które zaproponuję galeriom w sieci a bardziej doświadczone rękodzielniczki podpytam jak najlepiej dotrzeć do szukających nietuzinkowych przedmiotów Klientów.

środa, 25 kwietnia 2012

Blog cierpliwy

Tak jak kiedyś mawiało się o papierze, że cierpliwy ogromnie, pewnie dzisiaj można tak powiedzieć o blogach. Blog cierpliwy bowiem jest! Można wypisywać w nim dowolne rzeczy, zniesie wszystko, niekiedy tylko odbije się to na liczbie czytających czy zniechęconych na przyszłość do konkretnego bloggera Czytelników.

A ja od szóstej rano dzisiejszego poranka biję się z myślami: pisać o tym czy nie pisać? A sprawa jest poważna. Zacznę specjalnie od - pewnie ostatecznie przydługiego - wprowadzenia.

Kiedy czyta się biografię osoby wibitnej, czy słyszy o jakimś nietuzinkowym człowieku, co to na przekór niesprzyjającym okolicznościom osiągnął w życiu to co zamierzał, spełnił swoje marzenia, zrealizował cel - mówimy "ach" i "och". Podziwiamy determinację a niekiedy i bezkompromisowość takiej osoby. Zazdrościmy nawet troszeczkę, że stać ją było na bunt wobec kanonów, brak zgody dla planów rodziców, widzących zupełnie inną przyszłośc dla swego dziecka. Takich przykładów wiele, w świecie kultury, nauki, mediów.
 
A co zrobić, gdy w domu jest młody, rozwijający się człowiek, dla którego chcemy oczywiście jak najlepiej, staramy się nie narzucać swojego punktu widzenia i nie próbujemy realizować w nim swoich niespełnionych ambicji, jedyne co robimy to przekazujemy uniwersalne prawdy, opiekujemy się i oczekujemy, że spełni swoje marzenia wychodząc "na ludzi"? Co zrobic, gdy nasze wysiłki wyraźne idą na marne? Mieć nadzieję! - sama sobie odpowiadam. Pomimo wszystko mieć nadzieję, że chwile, kiedy dopada nas zwątpienie, będa bladym wspomnieniem wówczas, gdy nasze dziecko będzie dorosłym, zrealizowanym, szczęśliwym człowiem.
I z tą nadzieją ostatnio u mnie krucho. Krucho w odniesieniu do naszej Córki.

Moja Córka ma czternaście lat. Starzy Podczytywacze wiedzą, że niezłe z niej "ziółko". Jest osóbką bardzo zdecydowaną, skrytą i chadzającą własnymi drogami. I tu pojawia się kolejny problem.
Mimo, że blog cierpliwy - to jak wiele mogę napisać o problemach jakie z Nią mamy? Kiedy kończy się rodzicielska troska i wołanie do świata o pomoc a zaczyna ekshibicjonizm czy nielojalność wobec własnego dziecka?

To właśnie te rozterki targają mną od wczesnego poranka.

Niestety nasze dziecko balansuje na granicy prawa. Momentami tę granicę przekracza, lecz póki co, ochrona rodziców jest wystarczająca. Problem jednak, że w swoje sprawki zaczyna wciągać młodsze rodzeństwo! I nie chodzi tu tylko o kolizje ale ich rodzaj. Robimy wszystko z Z., żeby nasze Dzeci otrzymywały właściwe wzorce. Nie jesteśmy purytanami, mamy otwarte podejście do świata, do drugiego człowieka, do jego wyborów życiowych. Ale pewne moralne kanony są dla nas oczywiste! Dla naszych dzieci pragniemy przyszłości dobrej, szacunku ludzi, realizacji itp. Tymczasem pod naszym dachem rośnie człowiek, dla którego praktycznie nie ma moralnych granic zarówno jesli chodzi o elementarną prawość czy uczciwość ale także intymność.
Córka ma Chłopaka. Poznali się w ubiegłe wakacje na obozie harcerskim. Przyjęliśmy ten news ze zrozumieniem. Oboje z Z. byliśmy w dzieciństwie bardzo kochliwi.|Ok. Czasy trochę inne dzisiaj, dzieciaki bardzo bezpośrednie, ale w porządku. Zresztą, nic złego w trzymaniu się za rączkę przecież nie ma. Problem tylko w tym, że Chłopak naszej Córki jest niesamowitym egocentrykiem. Wychowany samodzielnie przez mamę, otrzymawszy od niej ogrom bezwarunkowej miłości i opiekę oczekuje od reszty świata tego samego. Z właściwą nastolatkowi bezwzględnością żadą od otoczenia uwagi na wyłączność, liczenia się z jego potrzebami i oczekiwaniami. Nasze dziecko dało się wciągnąć bez reszty w ten toksyczny związek, pełen łez, urągania, zerwań i powrotów. Do tego brak moralnych hamulców naszego dziecka w połączeniu z ogromnym, negatywnym wpływem chłopaka i jej własnymi, nad wiek rozwiniętymi potrzebami jest zatrważający. Chwilami ogarnia mnie wątpliwość czy poradzę sobie z tym zjawiskiem? Czy zdołamy uchronić Córkę przed nią samą? Przecież nie da się być z nią 24h na dobę, w szkole, po szkole, u koleżanki, na spacerze, w nocy. Nie ma możliwości, żeby upilnować drugiego człowieka, jeśli on sam nie zamierza się choć trochę kontrolować.

Ktoś pomyśli: i po co ona o tym pisze? To jej sprawy. Niech sobie pójdzie z dzieckiem do psychologa czy innego specjalisty.
A ja mogę odpowiedzieć:
Piszę dlatego, że mam świadomość iż nie tylko ja zmagam się z podobnymi problemami. To przewrotność losu, że jako coach wspieram ludzi w rozwiązywaniu ich supełków, a sama, pod własnym dachem mam węzeł, z którym zmagamy się od lat. Ale właśnie dlatego o tym piszę. Moje własne życie gwarantuje mi, że nie odrealnię się od życia moich Klientów.

Za to refleksja, która chwilami się pojawia - to swoisty wstyd. Za dziecko? Za rodzicielską niemoc, nieudolność? Za co jeszcze? Lecz za chwilę to poczucie wstydu przeganiam. To przecież tylko utarte przekonanie, zaszczepione przez kulturę, w której żyjemy, otoczenie, które nas obserwuje!
Mam się wstydzić? Nic podobnego! - odpowiada zaraz coach we mnie.
I choć wiem przecież, że wstyd to ostatnie uczucie, które powinno mi towarzyszyć, to chwilami zdarza mi się o tym zapomnieć i wpadam w pułapkę milczenia. Ale ogarniam się, bo jest to myśl jałowa, niczego we mnie nie zbuduje, niczego dzięki temu nie załatwię, węzła nie rozwiążę.

U psychologów i ginekologa juz byłyśmy. Wszędzie słyszę, że to górna granica normy.
Nie siedzimy z założonymi rękami. Za nami kosultacje, setki przegadanych godzin, dziesiątki przykładów przedstawianych naszej Córce by zilustrować jej możliwe, smutne scenariusze na życie, jeśli nie zawróci z obecnej drogi.

Są chwile, kiedy otwarcie mówię sama sobie, nawet na głos:
jeśli zrobię wszystko co tylko przyjdzie mi do głowy, aby uchronić moje dziecko przed wypadnieciem z torów, jeśli ostrzegę przed każdym, dostrzeżonym przeze mnie niebezpieczeństwem, jesli podzielę się wszystkimi swoimi obawami a mimo to ona wybierze drogę gdzie w pewnym momencie tory się kończą, to muszę z pokorą przyjąć i taką prawdę. Ja jesten uczciwa wobec niej i wobec siebie. Ona swoje życie przeżyje sama!

Unikam na moim blogu takich osobistych wynurzeń, choć przecież blog to swoisty pamiętnik... Wolę pisac o listkach, miseczkach, pieskach i kurkach. Lecz w chwilach, gdy rozterki dnia ogarniają moje myśli bez reszty a ja biorę się z nimi za bary, wówczas ludzka, rodzicielska i zawodowa odpowiedzialność skłaniają mnie do dzielenia się także takimi przemyśleniami. A nóż, ktoś, kto to przeczyta, sam boryka się z podobnymi sprawami lub ma je za sobą i zechce podzielić się swoimi doświadczeniami. Wówczas korzyść będzie wielostronna! Wierzę bowiem nieustająco w nieprzecenialną wartość rozmowy, wymiany myśli nawet jeśli ma ona wirtualną formę.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Słodki smuteczek...

Ach kiedy będzie takie moje Candy, że liczba osób chętnych na nie i pozostawiających komentarze będzie tak imponująca jak u innych Bloggerek? Cóż, oczywiście uzbroję się w cierpliwość, wszak do końca jeszcze tydzień, ale jakoś tak mi się smutno zrobiło, bo nie wiem czy nie trafiłam z przedmiotem, czy wszyscy moi Podczytywacze wolą podczytywać tylko i nie zabawić się w losowanie...

Zachęcam gorąco - będzie mi ogromnie miło jeśli przy okazji Candy, będę mogła Was poznać.
A tak, nawet nie wiem kto tu do mnie zagląda... ;)


Jeśli udało mi się namówić do wzięcia udziału w losowaniu, to zapraszam na moje Candy.


Rodzinny weekend

Weekend był bardzo udany, ponieważ nawiedziły mnie moje dwie kuzynki, z którymi kontakt mamy rzadki ale zawsze bardzo serdeczny. Spędziliśmy sobotnie popołudnie i wieczór na wspominkach i pogaduszkach, zaś w niedzielę, dzięki temu, że się wreszcie rozpogodziło poszliśmy na spacer po okolicy.
Dzięki padającym ostatnio deszczom przyroda jakby zaczyna przyspieszać, listki na krzewach rosną niemal w oczach, ale na drzewach, zwłaszcza pierwszych ze swoim kwieciem śliwach jakoś niemrawo pojawiają się pączki. Z punktu widzenia plonów pewnie to dobrze, bo "zimni ogrodnicy" być może nie będą mieli szans zmrozić młodych zawiązków. Ale oczekiwanie na to wielkie wiosenne buum wydłuża się niemiłosiernie. Spróbowałam więc upolować trochę zieleni - czego dokumentacja poniżej, ale jednak bardzo tęskno do zielonej murawy i obsypanych liśćmi drzew.

Dzięki planom weekendowym kolejna przerwa w dostępie do sieci nie była aż tak dolegliwa (wrrr). Przyznam, że mając związane ręce w sytuacji, gdy korzystamy z jedynego na tym terenie sensownego providera jest mocno frustrujące. Mogę zżymać się tylko, że w święta wielkanocne i ostatni weekend łącznie z piątkiem i dzisiejszym przedpołudniem nie mieliśmy kontaktu ze światem i mieć nadzieję, że w dłuugi weekend będzie sieć. Staram się więc myśleć pozytywnie, tymczasem wrzucając trochę ZIELONEGO :)









Niestety na ziemi spustoszenie robią kury, które z kurnika notorycznie wypuszczane są przez psy, włamując się do woliery. Ciągle są bowiem przekonane, że kury dostają jakieś niebywały rarytasy, robią więc podkop dziobiące towarzystwo wypuszczają na wolność a wówczas spustoszeniom w ogrodzie nie ma końca. Niemniej jednak ta bida na zdjęciu poniżej, to robota naszego "bobasa". Borys odcina czubki tego co wyrośnie z ziemi. Już nie wiem czy Borysa czy kury winić za brak w tym roku krokusów, przebiśniegów i innych roślinek, które tak pięknie witały wiosnę :(


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Bulwers przy deszczowej pogodzie.

Pogoda nastraja wybitnie refleksyjnie. A skoro jestem w mieście, siedzę i czekam na spotkanie, mam sieć więc i różne myśli łażą mi łbie. Między innymi taka...

Chyba zacznę chodzić z aparatem fotograficznym. Nie tylko dlatego, że lubię robić zdjęcia, ale po to żeby dokumentować oryginalne zjawiska.

Co prawda mój kręgosłup już się buntuje, bo nie umiem ograniczyć codziennego bagażu. Zawsze jestem tak spakowana, jakbym spodziewała się nalotu bombowego, przedzierania przez busz czy wyprawy na inny kontynent. A i tak w ostatnim czasie znacznie ograniczyłam przedmioty, które zapełniają moją torbę! Próbowałam także metody na "małą torebeczkę". W efekcie w torebeczce mieścił się portfel z dokumentami, klucze do domu, klucze do samochodu, inhalator, chusteczki do nosa ale już na resztę rzeczy nie starczało  miejsca. Zatem notka, kalendarz, piórnik, kosmetyczkę, krem do rąk, okulary do czytania, okulary słoneczne upychałam w dodatkowe torby i wtedy dopiero wyglądałam jakbym wybierała się na wycieczkę :) Kiedyś nosiłam jeszcze plaster bez opatrunku, plastry z opatrunkiem, wodę utlenioną, agrafki (nieodzowne wyposażenie młodej mamy), małe opakowanie mokrych chusteczek, karteczki do notowania nawszelkiwypadek, taśmę domierzeniaczegokolwiek, małą poziomicę (spokojnie - w breloczku ;)) a do tego masę breloczków i wisiorków podpiętych do pęczka kluczy.

Obecnie swój bagaż ograniczam do naprawdęniezbędnychrzeczy. Ale i tak waży on od cholery1 Jak jeszcze wrzucę materiały dla Klientów, podręczniki angielskiego (którego uczę się już obecnie dla własnej przyjemności - jakie to miłe :) ) to żałuję, że nie spakowałam się w walizkę pokładową. Perspektywa wrzucenia jeszcze mojej kochanej lustrzanki przyprawia mnie o mdłości, a zdjęcia robione "małpką" - którą mogłabym pożyczyć od Córki - nie mają już tego waloru co ujęte "poważnym sprzętem".

Skąd pomysł na noszenie aparatu? Pora przejść do sedna po nieco długim wprowadzeniu :D
Otóż KWIATKI wszelkiego gatunku, jakie spotykam na świecie albo mnie zadziwiają, albo zniesmaczają albo wywołują niepohamowany śmiech. Niektóre ujęcia aż prosiłyby się by umieścić je na demotywatorach.

Przykłady? Proszę bardzo.
Gdy przejeżdżam świat - doskonałą perspektywę zyskuję zwłaszcza z okien autobusu - widzę wiele przypadków niepohamowanej inwencji inwestycyjnej właścicieli prywatnych domów. Gdy doszłam do trzydziestu paru przypadków pseudopięknych za to wykwintnie pokracznych "dworków polskich" na odcinku trzech kilometrów trasy ze stolicy na moją wieś - zrezygnowałam z liczenia a ręce mi opadły.
Co to za koszmarna moda?! Mam wrażenie, że jakieś 90% powstających domów to bardziej lub mniej przypominające kostki domki, ze spadzistym dachem z lukarenkami (większość to malutkie budyneczki, z poddaszem mieszkalnym chyba tylko dla Pigmeja)  i obowiązkowo z ganeczkiem z kolumienkami! 
Popatrzcie sami...
pochodzenie zdjęcia
Dworek Polski - Płońsk
plonsk.olx.pl
albo "dworek polski typu buda dla psa"...

pochodzenie zdjęcia: domoprojekt.pl  
pochodzenie zdjęcia twojprojekt.pl











Rekordziści idą na całość i fundują sobie takie ganeczki i z przodu i z tyłu domu. Nieważne przy tym, czy to pasuje, czy jest do czego przyczepić ganeczek, ważne że kolumienki są! Często te falliczne potworki odlewane są w tekturowych, gotowych szalunkach. Niekiedy inwestorzy nawet nie usuwają tej papierowej gilzy - nie wiem czy to ładne, czy pomysł się skończył czy o co chodzi? Ostatnio stwierdziłam, że chyba zacznę fotografować te "cudeńka". Choć mam świadomość, że nawet najcelniejsze wyśmianie podobnych praktyk, nie wpłynie na decyzje ludzi, którzy całe życie marzyli o własnym domku z kolumienkami. Choć z drugiej strony, przepuszczona przed kilkunastoma laty krytyka dekorowania ogrodów krasnalami chyba przyniosła jakieś efekty. Z tym, że o ile krasnala łatwo wywalić z obejścia o tyle pozbycie się kolumienek to już nie taka prosta sprawa. Nadzieja moja jedynie w tym, że domy-kostki z kopertowym dachem z lat pięćdziesiątych ub. wieku (mam wrażenie, że według jednego projektu z jakąś wdzięcznie brzmiącą nazwą składającą się pewnie z liter i cyfr) obecnie przerabiane są pod okiem obdarzonych inwencją architektów w naprawdę fajne domy, niekiedy bez śladów koszmarnego protoplasty. Może za jakiś czas, ktoś weźmie się za te brzydactwa i krajobraz zacznie się zmieniać.

Drugi przykład - z gatunków tych, które zupełnie mnie nie śmieszą, a nawet o zniesmaczeniu bym tu nie mówiła ale o ważącej krew w żyłach praktyce niektórych mężczyzn. Choć w ich przypadku używanie tego określenia jest co najmniej nie na miejscu. Mam na myśli osobników płci brzydszej, którzy idą sobie z pustymi rękami (pewnie dla lepszej równowagi) albo gadają przez telefon (przynajmniej jedna ręka jest zajęta a bywa, że i dwie, bo w drugiej jest kiep) albo siedzą w samochodzie na parkingu (i też czymś zajmują ręce - nawet nie chcę wiedzieć czym).
Podczas gdy ich kobiety drepczą za nimi z siatami i wywalonym do pasa językiem, albo trzymają dziecko w jednej ręce a drugą targają ciężkie pakunki.
Powiem o dwóch - ostatnio widzianych - szczególnie ohydnych przykładach tego zjawiska. Droga krajowa 61, samochód za samochodem, co jakiś czas TIR, który o mało nie wywraca pieszych (sama doświadczam tego, gdy muszę przejść kilkaset metrów wzdłuż drogi od - albo do - autobusu), a tu proszę idzie młody, dwudziestoparoletni tatuś, gada przez komórkę, a za nim drepcze dziewczynina z rocznym, najwyżej dwuletnim maluchem na jednej ręce i z pękatymi siatami w drugiej. Jadąc mogłam jedynie zakląć siarczyście, zwłaszcza, że akurat jechałam sama.

A drugi przykład. Idziemy z Z. z Biedronki, widzę przed nami kobitkę, która wywleka z kosza zakupy (toreb masa, zakupy ledwo zmieściły się z koszu - rzecz miała miejsce przed świętami!), torbę za torbą, następnie podaje synowi, mającemu "na oko" jakieś dziesięć, dwanaście lat torbę z kukurydzianymi chrupkami, sama biorąc wszystkie pozostałe zakupy i wyraźnie uginając się pod ich ciężarem. Mówię do Z.: i sam zobacz, jak tu się dziwić, że taki jak dorośnie, to swojej kobicie nie pomoże, jak już za młodu matka go wyręcza. Na co Z. mówi: nie zdziwiłbym się gdyby szła do jakiegoś samochodu, w których czeka na nią mąż. I patrzeć, rzeczywiście! W środku siedział, wyraźnie zdegustowany - pewnie długim oczekiwaniem - pan i władca. Ech, nawet nie wiadomo co w takiej sytuacji zrobić.Z ociąganiem wylazł z wozu i łaskawie otworzył bagażnik. Ludzkie panisko!

To tyle na razie przykładów ludzkiej głupoty i bezmyślności choć ze skrajnie różnych dwóch bajek. Deszcz ciągle pada, ale o szesnastej jestem umówiona na kawkę. Potem wsiądę sobie do autobusu i będę liczyć kolumienki i ganeczki.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Trzy dekady poszukiwań uwieńczone sukcesem!

Gdy miałam dwanaście, trzynaście lat i chodziłam do ogniska tanecznego w pobliskim Domu Kultury, niejaka Pani Suzin, opiekunka naszego zespołu postanowiła wystawić "Królewnę Śnieżkę". Hasło od razu zelektryzowało moją artystyczną duszyczkę, zwłaszcza, że była to moja ulubiona bajka z dzieciństwa. Była ukochaną książką, po którą zawsze sięgałam w chwilach, gdy okropnie dawało mi się we znaki moje jedynactwo. Najczęściej towarzyszyła mi ta książeczka, gdy byłam przeziębiona i musiałam leżeć w łóżku. Oczywiście libretto znałam na pamięć, ale mogłam w nieskończoność oglądać hipnotyzujące ilustracje Jana Marcina Szancera, które zdawały się poruszać. Słowem: była to dla mnie książka MAGICZNA.

Perspektywa wystawienia w ognisku mojej ukochanej bajki była jak los wygrany na loterii. Na hasło, czy ktoś mógłby przynieść książkę na zajęcia i pożyczyć Pani Suzin - byłam pierwsza! Książkę przyniosłam, przekazałam, w duchu żegnając się na jakiś czas z ukochaną lekturą. Ten czas okazał się bardzo długi... Swojej książeczki nigdy nie odzyskałam, Pani powiedziała, że gdzieś ją zawieruszyła i może kiedyś znajdzie, a może nie. Ja obraziłam się śmiertelnie, jak nigdy poprosiłam o pomoc mamę, która też niczego nie wskórała. Książeczka przepadła, a w moim sercu pozostał smutek, żal i brak zgody na nieuczciwość! Możecie mi nie wierzyć, bo choć nie jestem osobą mściwą czy szczególnie pamiętliwą (myślę, że w granicach normy) nie zapomniałam nigdy pogardy, jaka malowała się na twarzy Pani, kiedy nie tylko nie przeprosiła mnie ale próbowała wyśmiać, że taka duża dziewczynka, rozpaczać za jakąś tam książką! To ani nie była jakaś tam książka, ani nie był to powód do wyśmiewania dziecka. Oczywiście zawinęłam się na pięcie i tyle mnie w ognisku widzieli.

Szukałam bezskutecznie tej książeczki przez ostatnie trzydzieści lat. Zaglądałam do antykwariatów, przeszukiwałam allegro. W ostatni czwartek, gdy przechodziłam koło nieznanego mi antykwariatu, weszłam i ucięłam sobie przemiłą pogawędkę z właścicielem tego magicznego przybytku. Zresztą ludzie pracujący w antykwariatach - bo w księgarniach często spotykałam ludzi z przypadku - to specyficzny gatunek Ludzi. Ludzi ciekawych świata, oczytanych, przemiłych, otwartych, pomocnych... mogłabym mnożyć określenia.
 Jak zwykle - od trzydziestu lat - zagadnęłam o bajkę. Problem polegał jednak nie tylko na tym, że książeczka ta jest rzadkim zjawiskiem bibliofilskim, ale dodatkowo nie pamiętałam autora tejże. Wiedziałam tylko, że bajkę zilustrował Jan Marcin Szancer. Na marginesie: w ostatnich latach książki ilustrowane przez Szancera są bardzo cenione wśród zbieraczy, z jednej strony z uwagi na ich małą ilość na rynku z drugiej, ze względu na brak wznowień.
 Opisywałam: jasna, praktycznie biała, sztywna okładka. Dominująca pastelowa kolorystyka z odrobiną turkusu, w takim rozmiarze (tutaj w ruch szły ręce). No niestety, nie ma - odrzekł Pan Antykwariusz. Ja przytaknęłam bez zaskoczenia, wiedząc, że poszukuję igły w stogu siana. Ale poprosiłam, żeby dał mi znać jakby pojawiła się kiedyś - dałam swoją wizytówkę i jeszcze chwilę sobie pogawędziliśmy. Nawet sięgnęłam ręką w kierunku jednej z półek, dookreślając rozmiar mojej bajki - wskazując na książeczki w podobnym rozmiarze. I wyobraźcie sobie, Pan Antykwariusz podążając za moim wzrokiem i ręką, chwycił nagle za grzbiet jakiejś białej, miękkiej (!) okładki. I?!! TO ONA!!!! - wykrzyknęłam, a na mojej twarzy rozbłysło tysiąc słońc. Naprawdę to była moja książeczka! Cóż, wszystko się zgadzało poza okładką, która w moim egzemplarzu była sztywna, tutaj była w wersji broszurowej. BIORĘ!! wykrzyknęłam. Za 15 złotych moja ukochana książka wróciła do mnie. Umówiłam się jeszcze, że jak już się nią nacieszę to przekażę mu ją do introligatorskiego liftingu (małżonka Pana Antykwariusza jest introligatorem).


Tymczasem patrzę sobie na nią wzruszona i mam poczucie, że odzyskałam COŚ NIEZWYKLE WAŻNEGO - kawałek swojego dzieciństwa:D



W weekend postanowiłam pomalować dla przyjaciółki Karolinki cukierniczkę. Teraz włożyłam ją do pieca, ale gwoli kronikarskiej staranności sfotografowałam przedtem, żeby tutaj pokazać swoje ostatnie malowanko.