Po Świętach...
![]() |
źródło: facebook |
...a ja nawet nie próbuję być systematyczna z moimi wpisami. Moje życie
bowiem jest tak wypełnione i pędzi, że
gdy na chwilę się zatrzymam i pojawia się jakaś refleksja – to dzielę się nią z
tym, kto „pod ręką”. A że chwilowo nikogo obok, to pisze sobie…
Pięknie dni nam nastały.
SŁOŃCE, dzięki któremu chce się żyć, tworzyć, marzyć i
kochać.
Święta – jakiekolwiek
– to zawsze czas, kiedy można zwolnić tempo. Kolejne święta (podobnie było
bożonarodzeniowymi) udaje mi się wyrwać
z powszechnego nurtu histerycznych przygotowań. Nie znaczy to, że mam w
pogardzie jakiekolwiek przygotowania. O nie! Dom wysprzątany został. Oczywiście.
Choć przyznam, że mogłam - dzięki wizycie Przyjaciół tydzień przed świętami - rozłożyć
siły. Już wówczas bowiem przeprowadziłam większość działań porządkowych w domu
i o(za)grodzie. Zrobiło się jasno, wiosennie i optymistycznie. Przed samymi
świętami „przeleciałam” już tylko te okna, które kocury zdążyły osmarkać nosami
a pies wypaciać łapami, starłam kurze a dzieciaki odkurzyły chałupę.
Ostatecznie w piątek i sobotę wykonałam zadania kulinarne, ograniczając liczbę
i ilość potraw do naszych możliwości poddawanych weryfikacji przez ostatnie
lata. Był więc tylko żur i kaczka w jabłkach i pomarańczach z buraczkami oraz zapiekanymi ziemniakami ze
świeżym oregano, rozmarynem i czosnkiem. Były dwie sałatki: śledziowa i
jarzynowa. Był sernik z wiórkami kokosowymi i coś, co okazało się istną
ambrozją, z czego przepisem zmierzyłam się pierwszy raz życiu: PASCHA. Boski
smak, wzbogacony rozkosznie chrupiącymi migdałami i włoskimi orzechami obranymi
ze skórki. Mniam.
Niespodziewanie też, prawie spontanicznie, pierwszy dzień
świąt spędzili z nami moi byli teściowie. Jak widać mając nawet dwóch
synów z nowymi synowymi, święta można spędzić z byłą synową :)
Było fantastycznie, rodzinnie i po prostu dobrze.
Pozostając w błogim świątecznym rozkołysaniu, zakończyliśmy obchody
świąteczne wypadem w poniedziałkowy wieczór na występ Piotra Bałtroczyka, który niezmiennie
będąc entuzjastą i propagatorem życia z procentami za pan brat – o dziwo –
zaprezentował naprawdę świeże anegdoty i gestorelacje. Co prawda trochę
zabrakło może Vaneski i Dorianka, ale było fajnie :) Tym bardziej fajnie, że zostawiając pierwszy raz w życiu Chłopców samych w domu, wszystko - łącznie z Dziećmi i zwierzętami - zastaliśmy w idealnym zdrowiu i porządku.
Wtorek – mimo, że w planie przeleżany i rozleniwiony –
zakończył się dodatkowymi działaniami porządkowymi. Z. zdemontował niepotrzebne
już dawno anteny, które straszyły swoimi szkieletami, dzięki czemu będę mogła –
wykorzystując pozyskany materiał – cieszyć się masztem na flagę, którego od
jakiegoś czasu silnie pożądam. Czy to przypływ uczuć patriotycznych, czy inna
forma choroby – nie wiem. Chcę mieć maszt i kropka.
Przed nami kolejny długi weekend!!! A tymczasem w pracy ciężko
zrobić cokolwiek, bo na wiele osób padł pogrom i inne zarazy. Chorzy. Dziwne, że akurat
między świętami i weekendem… Hm. Ale może nie powinnam być złośliwa, bo jeśli
naprawdę odchorowują świąteczne obżarstwo albo inne ścierwo ich toczy…?
W naszych planach pracowity weekend. Jeśli pogoda pozwoli,
zaaranżujemy przytulniej kącik grillowy, wszak w najbliższych dniach może
okazać się mocno eksploatowany. W długi weekend spodziewamy się Tych i Owych.
Niechaj wpadają u nas zawsze dobra kawa i jedzenie!
A jak starczy jeszcze
czasu, zaszyję się gdzieś w kąciku z moim Kindelkiem (a propos: jak mówiłam,
tak zrobiłam; poprzedni oddałam Z. a kupiłam paperwhite’a :D ....natomiast Amazon... nadal nie wywiązał się… premii niet).