czwartek, 16 maja 2013

Dzisiaj trochę o wnętrzarskich inspiracjach

Od ładnych obrazków, zachwycająco urządzonych wnętrz i piękna w ogóle jestem po prostu uzależniona. I wie to każdy z moich znajomych i Przyjaciół.
 A w perspektywie przecież dwie łazienki do wykończenia więc i radary na poszukiwanie przeróżnych inspiracji działają na najwyższych obrotach. Co prawda jedną z łazienek - tzw. męską - będzie urządzał Z. ale na pewno nie wytrzymam i coś niecoś będę starała się wrzucić (chyba, że "dostanę po łapkach" od Z., jak ostatnio, kiedy o mały włos nie zostawił mnie z całym kompozycyjno-logistycznym bałaganem na głowie ;) ).
Dzisiaj kilka inspiracji, niekoniecznie łazienkowych, ale takich,, które zwróciły moją uwagę.
Te zdjęcia pochodzą ze stronki, na której umieszczono podpowiedzi dla właścicieli małych kuchni.

http://www.buzzfeed.com/twopoodles/lifehacks-for-your-tiny-kitchen

http://www.buzzfeed.com/twopoodles/lifehacks-for-your-tiny-kitchen

http://www.buzzfeed.com/twopoodles/lifehacks-for-your-tiny-kitchen

http://www.buzzfeed.com/twopoodles/lifehacks-for-your-tiny-kitchen

http://www.buzzfeed.com/twopoodles/lifehacks-for-your-tiny-kitchen

http://www.buzzfeed.com/twopoodles/lifehacks-for-your-tiny-kitchen

http://www.buzzfeed.com/twopoodles/lifehacks-for-your-tiny-kitchen

http://www.buzzfeed.com/twopoodles/lifehacks-for-your-tiny-kitchen

A ten wynalazek jest po prostu genialny!!

http://davisongoons.blogspot.com/2010/11/check-out-my-moves.html


http://davisongoons.blogspot.com/2010/11/check-out-my-moves.html

http://davisongoons.blogspot.com/2010/11/check-out-my-moves.html

http://davisongoons.blogspot.com/2010/11/check-out-my-moves.html

Jeśli zaś chodzi o łazienki, to zupełnie obezwładniły mnie te obrazki, pochodzące z firmowej strony na FB - będącej wizytówką sklepu A&A Bath, prowadzonego przez dwie Agnieszki: Suchorę i Turosieńską.















oraz łazienki projektu duetu A&A Bath zaprojektowane dla Masuria Arte:

A&A Bath

A&A Bath

A&A Bath

A&A Bath




środa, 8 maja 2013

zniewalające słonko i aż w murach siedzieć się nie chce

... a trzeba...

Weekend nie rozpieścił pogodą - co jak pisałam - dla mnie było korzystne. Za to teraz....!

Tymczasem szkolenie oddaliło się w bliżej nieokreśloną przyszłość. Praktycznie skończyłam przygotowanie podręcznika.. Organizator natomiast zaczął się trochę wygłupiać z negocjacjami finansowymi...Choć w pierwszej chwili szlag jasny mnie strzelił, po ochłonięciu i złapaniu dystansu stwierdziłam, że poradzę sobie i z taką przeciwnością. Podręcznika firma nie dostanie, uczestnicy będą musieli obejść się slajdami a ja z czystym sumieniem wykorzystam swoją pracę jeszcze przy innej szkoleniowej okazji.

... a tymczasem słońce rozświeciło się na dobre i nie daje pracować!
Grzecznie jednak siedzę na posterunku, ale duszą jestem na świeżym powietrzu...

Wczorajszy dzień spędziłam z Marią i było to bardzo miłe doświadczenie :D. Poczułam się trochę jak nastolatka. Obie niepoprawne politycznie, rozchachane (w zasadzie jak to słowo się pisze?), spontaniczne i zdecydowanie poza wszelkim szufladkowaniem. Ze śladami wczorajszego nastroju jechałam dzisiaj do pracy, co dodatkowo - oprócz słońca - wprawia mnie w wagarowy nastrój. 


Odliczamy rodzinnie ostatnie dni do wyjazdu K. W przyszły piątek dziecko rozpocznie swoją trzymiesięczną przygodę poza domem. Już rozpędzamy się w tęsknocie, ale wszyscy - z samą zainteresowaną włącznie - wierzymy, że dobrze Jej to zrobi. A czy zrobi? - okaże się pod koniec wakacji. Za to teraz ostatnie zakupy, ustalenia i decyzje. Co powinna ze sobą zabrać, co będziemy jej dowozić w weekendy, co jeszcze kupić itp. W portfelu noszę listę "mamo to są jeszcze niezbędne rzeczy do kupienia".

I jeszcze z innej beczki: jeden z podczytywaczy, zainspirowany naszym kurnikiem, wyposażony w moje szkice, swoją inwencję i materiały budowlane buduje własny kurnik! Już dostałam zgodę na publikację zdjęć tego dziełka, którego czuję się... jakby... matką chrzestną...? ;)
A nasz kurnik wciąż niezasiedlony z powodu... regulaminu uchwalonego w gminie, zakazującego hodowania zwierząt w domostwach nie posiadających statusu gospodarstwa rolnego!!! Mam nadzieję, że w końcu mieszkańcy się skrzykną i uda się obalić ten głupi zapis. W wielu bowiem przydomowych ogrodach ludzie hodują po kilka kurek, króliki czy trzymają mleczną kozę, mogąc tylko w ten sposób, zapewnić swoim alergicznym dzieciom pełnowartościową, świeżą i ekologiczną żywność.

środa, 1 maja 2013

Pracowity długi weekend, otwarcie sezonu grillowego i plany kurnika dla chętnych :)

Nawet kapryśna w końcu pogoda, która jest w trakcie tego długowyczekiwanego po zimie weekendu majowego nie specjalnie mi przeszkadza.
Mam sporo pracy nad przygotowywanym właśnie szkoleniem. Siedzę więc przy komputerze i nic mnie z domu nie wyciąga :)



Zrobiłam też rachunek sumienia i odpowiedziałam wreszcie na prośby kurnikowych podczytywaczy :) W Kurzej stopie już zeskanowane plany kurnika!






A dzisiaj gratka: otwieramy sezon grillowy! I
I TO NIE U NAS!!!

choć raz to my gdzieś jedziemy :)

Zamarynowałam wczoraj kurze skrzydełka, uda i wieprzowe goloneczki, zrobię jeszcze bakłażany na przystawkę, wsiądziemy w naszą srebrną strzałę i hajda!

Jakie to miłe, że tym razem to nie na mojej głowie będzie organizacja kolacji. Uwielbiam podejmować gości, przepadam za przygotowywaniem dla nich przysmaków, ale czasem marzyło mi się, żeby kogoś innego o organizację bolała głowa - nie nas. I stało się! Bardzo się cieszę na to wyjście. Zwłaszcza, że od jutra będę mogła mocniej przysiąść fałdów przy koncepcyjnej pracy.


środa, 17 kwietnia 2013

Jest samochodzik, autko, jeździdełko, srebrna strzałka!!!!!!!

W poniedziałek - zgodnie z moim wieszczeniem z połowy marca - kupiliśmy autko! Kiedy przed świętami powiedziałam Z., ze obstawiam, iż samochód kupimy nie wcześniej niż 15 kwietnia - omal nie zabił mnie wzrokiem. I co? Miałam rację.

Doczekaliśmy się jeździdełka w dobrym stanie, ze wszystkim czego rozpuszczona, nowoczesna kobieta potrzebuje: pięcioro drzwi, klimatyzacja i wspomaganie. Reszta to wartości dodatkowe: diesel, elektryczne bariery (szyby, lusterka, radio z CD). Jesteśmy zachwyceni, rozanieleni i żyć się chce!! 



Teraz postawimy nasz stary samochodzik na koła i od dobrobytu poprzewraca nam się w głowach. Będziemy jeździć strzałką, chyba, że ja będę miała dodatkowe zobowiązania w stolicy i będziemy wtedy jeździć w dwa. Ale mam nadzieje, że choć oba samochodziki mają swoje lata, to nie zepsują się jednocześnie. A to oznacza, że może już nie dotknie nas PKS-owy kryzys.

Natomiast jestem bardzo dumna z moich dzieciaków. Ponieważ w piątek muszę jeszcze coś załatwić w naszych stronach, więc Rodzinka pojedzie PKS-em do Warszawy. I wiecie co? Chłopcy ucieszyli się jakbym obiecała nie wiadomo jaką nagrodę. To jest bardzo fajne u dzieci, to, co dla dorosłych jest uciążliwością, dla nich może być wielką frajdą.

Muszę się jednak podzielić opowieścią o wczorajszym dniu.
Ano po zakupie trzeba samochodzik przerejestrować, opłacić podatek, ubezpieczyć itp. Latałam więc cały dzień jak kot z pęcherzem i wszystko organizowałam, robiąc w międzyczasie zakupy.
W urzędzie komunikacyjnym zameldowałam się już dziesięć minut po ósmej (przez dziesięć minut rozbrajałam stare tablice). Nauczona doświadczeniem sprzed kilku lat, wiedziałam, że około dziesiątej walą juz tłumy interesantów, sądziłam więc, że uwinę się szybko z formalnościami. Wchodzę - pusto. Myślę jak miło! Super. Jestem genialna. I wchodzę...

- A na którą godzinę była pani umówiona? - pyta mnie jedna z szóstki siedzących za kontuarem urzędniczek.
- Przepraszam? - trochę głupio odpowiadam pytaniem na pytanie, jestem zupełnie zaskoczona.
- Pytam czy zapisała się Pani?

O przenajświętsza matko, myślę sobie, to teraz trzeba się zapisywać do urzędu jak do lekarza? -pomyślałam

- No nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą - a to obowiązują jakieś zapisy, żeby samochód zarejestrować? 
- Oczywiście proszę Pani! Już od prawie trzech lat jest ten obowiązek! - wygłosiła tonem pełnym oburzenia urzędniczka, a urzędnicza brać płci obojga w liczbie sztuk 5 zgodnie mruknęła, nie wiem czy z dezaprobatą dla mnie czy z potrzeby poparcia koleżanki.
- Ha - mówię - no to mamy problem, bo ja wzięłam dzisiaj wolny dzień z pracy, żeby to załatwić, o konieczności zapisywania się w tym celu pierwsze słyszę - a jak wczoraj rozmawiałam z urzędniczką pytając o formalności (jeden kupujący, dwóch rejestrujących czy da się to robić itp.) nawet się nie zająknęła na ten temat - dodałam w myślach.
- To będzie pani musiała dłuuugo czekać - chyba dosłyszałam cień satysfakcji w głosie, zwłaszcza przy "uuuu". Koleżanka, która obsługuje beznumerkowców właśnie idzie do archiwum. To może potrwać...
- No to poczekam. Mam książkę. Poczytam sobie.

I zatopiłam się w lekturze. Beznumerkowcy pewnie tak robią ;)
Po godzinie, kiedy pojawił się w międzyczasie jeden (!!) interesant, zakładam, że obsługiwany przez jedną a nie sześć osób - wsadziłam głowę do pokoju i...

- Chciałam uroczyście poinformować - zawiesiłam głos, uzyskując uważne spojrzenie wszystkich - że siedzę już od godziny i już mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć:  s k r u s z a ł a m - i uśmiechnęłam się bananem (tj.od szóstki do szóstki).
- Ale koleżanka nie wróciła jeszcze z archiwum. Musi pani czekać i pilnować sobie kolejki przed innymi beznumerkowymi - pragmatyczna odpowiedź urzędniczki ściągnęła mnie na ziemię.
- Aha - przytaknęłam - a czy mogę się dowiedzieć jakim to przepisem, ustawą czy innym edyktem została wprowadzona ta numerkowa rewolucja? Zobaczyłam bowiem na korytarzu informację, że "celem zapisania się do wydziału komunikacji ble ble ble, należy wypełnić druk coś tam coś tam łamane przez inne coś tam. To jakaś ustawa wprowadziła, tak?- udaję głupka, a mam w tym wprawę :)

- Nie proszę pani, to jest zarządzenie pana starosty.

Słowo daję powiedziała: "pana starosty"!!!

Odpadłam. Myślę sobie kolejny raz ileż prawdy jest w powiedzeniu Z.. Pół biedy jak mamy do czynienia ze "zwykłą idiotą", znacznie gorzej, gdy mamy do czynienia z "pracowitą idiotą". Nasz starosta jak widać ma silne racjonalizatorskie potrzeby, tylko szkoda, że realizuje je za społeczne pieniądze. Sześć bezczynnych urzędników przez godzinę i kwitnący w poczekalni interesant - bo nie ma numerka.
Panie, ludzie, gdzie my żyjemy!!!

środa, 10 kwietnia 2013

Szósty tydzień bez auta

I lekko nie jest. Na szczęście pogoda się poprawia. O tyle o ile. Ale jest lepiej. W śniegu brodzimy już "tylko" na naszych bagnach, ale jak wychodzimy bliżej cywilizacji, to błoto już obsycha i niedługo możnaby przejść w miarę suchą nogą.

Ilustracją naszych obecnych nastrojów jest ten oto rysuneczek:

źródło: internet

Nie ustajemy w wysiłkach i szukamy nowego wehikułu. Już nam niedobrze od ciągłego wertowania ofert, a mnie dodatkowo rzygać się chce, bo oglądam, te której wydają się "dla nas".
Najpierw studiujemy opis i fotki, potem ustalam wszystko telefonicznie ze sprzedającym (bo kupujemy "na babkę" czyli ja dzwonię i oglądam), potem jadę obejrzeć cudo i DUPA! Jak w reklamie serca i rozumu (to zresztą moi idole! :) )

W moim przypadku i serce i rozum są zgodne, chodzą za rączkę, żadne się nie wyrywa. To co widzą bowiem moje oczy to często jakiś pieprzony matrix. Widzę co innego niż miałam zobaczyć. Serce mnie więc boli, a rozum głupieje do reszty.

A ileż to cudaków mam okazję przy tej okazji zapoznać - zobaczyć - spotkać się,  (polecę Smarzowskim - przy "smarzowskim" edytor mi się zbuntował jak napisałam przez "ż" - widać człowiek znany ;) - jak twierdzą znawcy... bo jak edytor koryguje Twoje nazwisko, znaczy znany jesteś).

Oto jeden przykładzik.

Nie jest reprezentatywny, bo to zbieranina różnych typów ludzkich (i typków).

Wczorajszy cudak (jedne z czterech cudaków z dnia wczorajszego): umawiam się z młodym gościem (a co!), który sprzedaje samochód siostry. Dojeżdżam pociągiem do Sochaczewa (!!! czy to nie jest przejaw ogromnej determinacji?!!! się pytam?), gościa nie ma. A umówiłam się na konkretną godzinę (wrrr). Dzwonię. Już jadę do Pani - odpowiada - będę za pięć minut, no, za pięć, tak myślę, no właściwie już dojeżdżam. Dobra myślę. Już tu jestem to czekam. Co mam nie czekać. Wiem jakiego auta wypatrywać, a zimno jak cholera. Postanawiam więc wejść do jakiegoś pobliskiego punktu gastronomicznego czy innego sklepu. Wybieram ten z pieczywem. Przynajmniej nie będę śmierdziała frytkami. Czekam. W końcu jedzie. Wychodzę, podchodzę i... widzę w aucie jakiegoś starego dziadygę. Myślę: pomyliłam się. Ale nie gość "uprzejmie" pokazuje mi gestem żebym wsiadła. Hm, uprzejmie... Do tej pory jak sprzedający podjeżdżali to wysiadali, witali się, uprzejmie i jak należy. Buc siedzi nabzdyczony za kółkiem. Dobra wsiadam, jedziemy. Mówię, że spodziewałam się kogoś innego, syna chyba. 
- Tak - odpowiada i mówi jak to dzieci musi wyręczać.
Pytam czy mogę obejrzeć samochód.  
- Tak - pada krótka odpowiedź.
Jedziemy.
Wjeżdżamy na parking nomen omen (?) składnicy złomu.  
- Pani sobie ogląda - "zachęca" sprzedający. Choć tu wszystko widać - dodaje wyraźnie niezadowolony. Nie wiem co ma na myśli. Wychodzimy z samochodu. Jest trochę zdziwiony, że chcę zajrzeć pod maskę. Czasem myślę sobie, że kupowanie "na babkę" wkurza mnie i dotyka mojego chłopięcego jednak nieco ego ;)
Dobra patrzę, oglądam, obchodzę samochód - a gość za mną. Krok w krok! Widzę jakąś zaprawkę, wyciągam rękę, żeby pomacać.  
Tutaj nic nie było - informuje buc.
Widzę tu zaprawkę - odpowiadam. Trudno nie zobaczyć, jak widać ślad pędzla - dodaję w myślach. Swoją drogą złoty metalik to niewdzięczny do zaprawek kolor. A samochodzik złocieńki.   
Ale to bez znaczenia, nic tu nie ma - wyrywa mnie z moich rozmyślań.

Oglądam dalej, macam progi czy nie ma burchli.  
- Czego Pani szuka? - pada pytanie. Odpowiadam, że sprawdzam, czy lakier jest gładki.  
- No chyba widać! nie trzeba macać.

Pokazuję mu wgnieciony lekko błotnik, drzwi, próg i obtarty zderzak.  
- Jak przygoda była? - pytam.  
- Nie było żadnej przygody! - kwituje stanowczo sprzedawca.  
- Widzę przecież proszę pana, że coś tu było. A w myślach już mnie trzęsie na kontakt z tym szowinistycznym samcem.
- Ale nie jest zrobione, to chyba widzi Pani, że nie było. Nie malowałem, bo trzebaby cały samochód malować Taki kolor. Nic nie było, widzi przecież!

No widzi, widzę znaczy, że w coś kobitka (znaczy córka jego)  przyfranzoliła, faktycznie nie zdefasonowała samochodziku poważnie, ale rdza może się na tym rozwinąć. Potem jeszcze pro forma oglądam dalej wskazuję burchelki, zaprawki i drobne felerki.
- Pani się decyduje, chce czy nie chce?
- A przejedziemy się? - pytam.

Chcę sprawdzić, czy ten samochodzik, podobnie jak oglądany przez mnie trzy godziny wcześniej, także bez wspomagania, prowadzi się tak samo ciężko. Kurde! Nie prowadzi się!. Widać rozbestwiłam się w kręceniu kierownicą jednym paluszkiem.
Kiedy dzwonię do Z. i odchodzę na stronę, że złożyć raport, gość lezie za mną. Totalna inwigilacja. Ani sobie pomacać auta nie mogę, ani swobodnie pogadać z własnym mężem. Do tego każde moje zdanie cenzuruje. Jak mówię Z. o uszkodzeniu na błotniku, zderzaku i drzwiach, to mnie przekrzykuje, że to bez znaczenia, jak mówię naprawdę prawie szeptem jakieś techniczne spostrzeżenia, to prawie na plecy mi włazi i dodaje swoje komentarze. Potem zapytałam Z. czy słyszał buraka w tle. Słyszał. Koszmar.

Jeszcze coś tam zagajam (chyba zaczynam odgrywać się na gościu) Sprawia wrażenie, że się spieszy. Ja nie, więc co mi tam:
- a może porozmawiamy o cenie? rzucam dla sportu.
- Tu nie ma o czym rozmawiać! - kwituje buc. Cenę pani zna, samochód obejrzała. 

Chyba widzi, że mój entuzjazm jest żaden. Moja propozycja ostatecznie rozsierdza gościa, że ma ochotę zostawić mnie na złomowisku. Uprzejmie proszę o podwiezienie ponownie na dworzec.
Podwozi nieuprzejmie.

A ja zostaję w Sochaczewie i oglądam kolejne dwa samochody. Lekko zdzieloną z przodu i z tyłu yariskę. Pokazuję komisowcowi nowe reflektory, wymienioną przednią szybę (nieoryginalna), pokazuję nierówno złożony zadek i przód samochodu. Patrzy na mnie jak na zjawisko nadprzyrodzone. 

- Oj niejedną przygodę miał ten samochodzik? - pytam reotrycznie
- No, może - pada odpowiedź
- To dlaczego piszecie w ogłoszeniu, ze "bezwypadek" (cytat)?
- Bo wypadku nie miał - sprzedający jest przynajmniej konsekwentny.

- Ach tak? To te strzały z przodu i z tyłu, to nie wypadki?
- No nie, stłuczki raczej.
- Czyli stłuczki to nie wypadki?
- Nie - pada zdecydowana odpowiedź.


Proszę więc żeby mnie oświecił. Dowiaduję się, że wypadek to wtedy, kiedy dach powyginany, samochód owija się na drzewie, lub pomarszczy się podłoga.
Jak widać podróże i spotkania z ludźmi kształcą. Do tej pory myślałam, że jak samochód owija się na drzewie, lub zmienia poważnie aerodynamikę to idzie do kasacji. A to nie tak. Taki samochód się naprawia "po wypadku" wtedy już nie jest "bezwypadkiem" A jak jest uczestnikiem karambolu, dostaje w mordę albo w dupę - to stłuczka. Ludzie, panie, trzymajcie mnie!

wtorek, 2 kwietnia 2013

święta, święta no i już!

Wielkanoc to święta, na które czekam z utęsknieniem.  

Święta wiosenne, pełne nadziei, zieleni, słońca i energii.

Tymczasem tegoroczne, w zimowej szacie nastrajały mnie nieco odmiennie.


u nas lampki...

...są przez cały rok :)


Bukszpan w ogrodzie jakiś taki niemrawy, za oknem zadymka, w domu też jakoś tak trochę apatycznie. Okna nie umyte - bo i nie było jak. Bleee

W kuchni nie szalałam, bo wena mnie opuściła. To co machnęłam w czwartek wystarczyło na cały świąteczny czas. I dobrze. Bo po pierwsze nie jesteśmy świątecznie, po polsku przeżarci, tylko smacznie najedzeni i nic się nie zmarnuje.







  









Ryba po grecku i faszerowane jajka znikały w ustach, żur wypełnił aromatem cały dom, a kaczuszka z buraczkami.... palce lizać. A ciasta upiekłam dopiero w... niedzielę późnym popołudniem. A co! Jak aura przestawiła tradycję do góry nogami, to ja tylko utrzymywałam się w konwencji.

K. - przykładem ubiegłego roku pięknie udekorowała jaja.







Było miło, choć śnieżnie i tak jakoś dziwnie bez choinki ;) Zresztą ostatnia wigilia bez odrobiny bieli za oknem z kolei też była jakaś taka dziwna i niedorobiona. Chyba za bardzo narzekaliśmy, więc w rewanżu dostaliśmy białą Wielkanoc. Jak żyję takiej nie pamiętam.


Uwielbiamy spędzać święta i każdą wolną chwilę w swoim małym rodzinnym kółeczku, ale tym razem czegoś mi brakowało... Uziemienie na dobre w naszym śnieżnym zaciszu, bez alternatywy (nadal brak auta), chyba spotęgowało to wrażenie. Próbowałam się rozkoszować naszą samotnią, ale nie było do końca fajnie, choć nastrój poprawialiśmy sobie na wiele różnych sposobów:
- "szukaniem zajączka" (dzieci),
-  pałaszowaniem słodyczy (dzieci),
- dobrym filmem (my),
- lampką wermutu z sokiem cytrynowym (ja) :))

Dlatego też dopiero w niedzielę, zdyscyplinowana trochę wyrzutami sumienia zrobiłam dwie tarty serowe: jedną z orzechami, drugą z pomarańczami.




To zdecydowanie poprawiło humorki mojej Rodzince (ja nie jedząca słodyczy praktycznie nie wypowiadam się, mi nastrój się poprawił, bo odpuściły wyrzuty sumienia).

No i tak dobrnęliśmy do wtorku. 

Z. pojechał do pracy godzinę za późno choć obudzony jak należy przez budzik w MOIM telefonie, (który to był uprzejmy samodzielnie zaktualizować sobie godzinę). Jednak zerknąłszy na pozostałe zegarki w domu Z. uznał, że czasu ma jak drzewa w lesie i pracowicie wypełnił tę "dodatkową" godzinę różnymi różnościami. Dopiero tuż przed wyjściem z domu dotarło do Niego, że coś jest nie tak...
... lecz dzięki jakiemuś poczciwinie, który zabrał go z przystanku PKS-u osobówką (nie chcąc niczego w zamian ;) ) nadrobił trochę stracony czas i w efekcie spóźnił się do pracy tylko (!) pół godziny. A ja olśnienia doznałam rano. Lepiej późno niż za późno :) Zwłaszcza, że ostatni dzień ferii i siedzę z Dzieciakami na posterunku.
A od jutra ostatnie odliczanie zimowych dni, bo przecież "JUŻ" za dwa tygodnie ma być wiosna!! :))


wtorek, 19 marca 2013

oaza spokoju

Tytułowa oaza spokoju, to..... ja.  Tak, tak :)
 "Pani to prawdziwa oaza spokoju" - powiedziała mi wczoraj podczas spotkania Uczestniczka Programu (o czym tutaj pisałam) i dodała jeszcze jak świetnie na nią wpływam, jak kojący jest kontakt ze mną itd. Moje oczy otwierały się coraz szerzej wraz z każdym wypowiadanym przez kobitkę słowem. Przyjrzałam się uważniej wypowiadającej tej słowa, czy rozmawia ze mną, czy ma jakieś omamy, czy może gorzej się poczuła itd.
Nic z tych rzeczy! 
Na mój pytający wzrok i szeroko otwarte ze zdumienia oczy powiedziała: "tak, tak pani Kasiu".  Znaczy potwierdziła. A moją retoryczną podpowiedź, że powinna zapytać moje dzieci, czy mamusia jest oazą spokoju, odpowiedziała, że na pewno tak jest, przecież wie co mówi :)

Ha!! znaczy udaje mi się dobrze kryć swój paskudny charakter - przynajmniej w pracy!! Ha!!

A tak na poważnie: bardzo lubię tę pracę. Konieczność niesienia pomocy tym ludziom rzeczywiście wpływa na mnie jakoś tak łagodząco, nawet powiedziałabym uszlachetniająco :)
No to tyle z rzeczy oczywistych :D

A na samochodowym froncie: rzeczoznawca stwierdził, ubezpieczyciel potwierdził a kasa ma wypłacić. Za odszkodowanie kupimy (obecnie usilnie szukamy) jakieś małe jeździdełko, a naszą Ave będziemy powolutku naprawiać. Dostaliśmy bowiem odszkodowanie a wrak (jakoś ciężko mi tak mówić o naszym samochodziku, chyba trochę za bardzo zaangażowałam się uczuciowo w kupę blachy) będziemy powolutku naprawiać. Znamy go bardzo dobrze, wiemy co wymieniliśmy na nowe (a ostatnio sporo nas nasz samochodzik kosztował), więc być może będzie warto naprawić to co strawiły płomienie a resztą jeszcze jakiś czas jeździć. Jak się dobrze wszystko poukłada, to będzie malutki samochód na sytuacje, gdy nasza główna kareta odmówi współpracy. Tak czy owak ostatecznie - jak mówiła Zielona Ekspansja - być może w tej sytuacji pojawią się plusy, obok niewątpliwych minusów.

 A minusy biorą się w zasadzie z jednego powodu. To że około dwa kiloski mamy w jedną stronę z domu na przestanek - nie tylko mnie (a naprawdę już to czuję) ale i Chłopakom (i tym małym i dużemu) wychodzą na zdrowie (K. cały czas u moich rodziców). Wszystko jednak byłoby ok. gdyby nie ta cholerna pogoda. Dzisiaj zadzwoniłam do Justynki z urodzinowymi życzeniami. Jak odśpiewałam sto lat, postanowiłam się upewnić, czy urodziła się w zimie, czy wiosną, wszak do tej pory zawsze centralne obchody Jej urodzin odbywały się wiosną!

Zatem niespiesznie zmierzamy do świąt wielkanocnych, Chłopcy w domu, bo szkolne życie sparaliżowały rekolekcje. Na zmianę z Z. siedzimy z nimi w domu. Jak siedzę ja - odrabiamy szkolne zaległości. Jak siedzi Z. nowa łazienka powolutku nabiera kształtów. Wspomnę więc raz jeszcze Zieloną - miałaś rację :)

wtorek, 12 marca 2013

i jeszcze raz o deszczu...

... specjalnie na prośbę Z. umieszczam ten oto obrazek:

źródło: internet


Taaaak.
A w kwestiach zasadniczych:
1. B. zdobył drużynowo srebro!!!! Ależ jestem dumna z mojego Synka. A Ty Kochanie (to do Z.) głupio się nie pytaj (to do komentarza Z. pod ostatnim postem), bo nasz Syn po Tobie odziedziczył zrośnięte u stóp palce nr 3 i 4. Nie znam poza Wami dwoma i Twoimi Dziećmi z pierwszego podejścia podobnych mutantów (za przeproszeniem ;) )
2. K. dostaje kota u dziadków, cóż wcale mnie to nie bawi. Bardzo mi jej szkoda, bo widzę, że nic się nie zmieniło od czasu kiedy ja musiałam przeżyć z nimi swoje koszmarne dzieciństwo. Aż mi się dłonie w pięści zaciskają! Zdaje się, że znowu się skompletujemy, choć czasu na lekcje zostanie wówczas nic :(
3. Pan rzeczoznawca był ale się oficjalnie nie wyjajił. Coś bąknął w warsztacie, gdzie stoi nasze auto, że może szkoda całkowita... a jak sprawdziłam ile dostaniemy (w zaprzyjaźnionym, konkurencyjnym TU), to się okazało, że starczy na waciki. Może dostać ok. 70% kwoty, na jaką ubezpieczyliśmy nasz samochód.
4.  Do Wawy jednak jeździmy pekałesem i jest ok, choć godzina do wstawania iście pogańska (o 5.30 zamykamy chatę i gnamy na przystanek), a o 20-ej padamy na ryje.
5. Czarna dupa trochę jest ale tańczymy :)

poniedziałek, 11 marca 2013

co tam panie słychać czyli jak Z. walczy ze złym humorem a ja zostałam korepetytorką...



Zaczął się kolejny tydzień, tydzień zagadek i niewiadomych zdarzeń. Czekamy na pana rzeczoznawcę, potem pan likwidator pochyli się nad dokumentacją i opinią pana rzeczoznawcy i „już” będzie można zacząć naprawę samochodu.

Dzisiaj około południa Z. odda pożyczony przez TU samochód. Ładny jest i jeździ lecz nie jest… nasz. Od południa zaczynamy nowy bezsamochodowy rozdział naszego życia. Jadąc do wypożyczalni Z. podrzuci jeszcze bagaże K. do moich rodziców, bo od dzisiaj K. będzie stacjonowała u nich właśnie. Doświadczenie będzie ciekawe, bo o ile w ferie K. była już u nich tak długo o tyle obecnie, chodząc do szkoły trochę inaczej będzie (powinna) wykorzystywać czas. Wreszcie moja mam będzie mogła wykazać się… Co i raz powtarza bowiem, że za mało pilnujemy K. w nauce. Taaak…  No to zobaczymy jak to wyjdzie mojej mamie.


Z. aby rozgonić frustrację i zły nastrój wziął się za mityczny projekt: „męska łazienka”. Przed samochodową klęską kupił trochę materiałów (płyty OSB, KG, wkręty i inne profile) i teraz to wszystko „wyrabia”. Cieszę się, bo rzeczywiście bardzo go to uspokaja (wiem jak to jest, też chętnie bym się fizycznie skatowała lub artystycznie wyeksploatowała) tymczasem siedzę z chłopakami nad lekcjami, zwłaszcza nad angielskim. Okazało się, że jednak coś przeoczyliśmy (moja mama na pewno by triumfowała ;) ) bo okazało się, że chłopcy w ogóle olali sobie ten przedmiot. W swojej naiwności byłam przekonana, że rzeczywiście pracują tylko na lekcjach, tymczasem ćwiczenia do robienia w domu leżały odłogiem. Mea culpa i nie będę się usprawiedliwiała. Dałam ciała i tyle. Matma, polski – tego pilnowaliśmy. Teraz więc przyszedł czas na większą pracę. Moje wieloletnie uczenie się angielskiego przynajmniej teraz się zwraca ;) Okazuje się, że całkiem nieźle idzie mi praca z Chłopakami - wychodzi na to, że udzielam korepetycji (hihihi). Chwytają fajnie, mają przy tym całkiem dobrą zabawę. A i efekty już się pojawiły w postaci dobrych ocen. Praca z dziećmi przynosi satysfakcję – to prawda, ale nie jest to to, co chciałabym robić. A już obce dzieci uczyć? Oj nie. Nie lubię tego, ale kocham swoje dzieciaki ponad życie i to dodaje mi sił. Zobaczymy jak to będzie, zwłaszcza, że widzę wyraźnie - przynajmniej u B. - że wzrosła u niego motywacja. Magia dobrej oceny działa!

Tymczasem dzisiaj wrócimy późno (przed nami kilka środków lokomocji a potem per pedes ok. 2 km). Zrobimy pewnie tylko bieżące lekcje, zwłaszcza, że jutro B. ma zawody, na które sam się zgłosił :) Niby nic dziwnego skoro jest w klasie sportowej, lecz klasa ma profil pływacki a nasz młodszy bliźniak weźmie udział w zawodach gimnastycznych. Jego trener (jeden z nauczycieli WF w naszej szkole) aż gwizdnął, zapytany przez Z. czy B. „ma warunki”?. Faktycznie moje najmłodsze dziecię od najmłodszych lat wyglądał jak mały Arnie. Nie wiem po kim ma taką zajebistą budowę, ale faktycznie jest pięknie umięśniony i harmonijnie zbudowany. No więc przekonamy się co uda mu się wygimnastykować na jutrzejszych zawodach, choć trochę obawiam się tego sportu. Niektórzy mawiają, że każdy sport wykonywany wyczynowo jest… szkodliwy, bo i kontuzjogenny i wynaturzający. Ale do zawodowstwa – póki co – daleko a fun dziecko ma. Oby tylko sobie niczego nie połamał.

Od środy – na co naciska Z. – Chłopcy zapewne zostaną w domu. Cholerna zima wróciła (a w zasadzie jeszcze się nie wyniosła) i faktycznie droga do i z PKSu jest dość uciążliwa i bardzo długotrwała. Większy może okazać się pożytek, gdy dzieciaki zostaną w domu, będą miały „indywidualne nauczanie”, normalnie będą kłaść się spać i wstawać i nie przeziębią się – o co nie trudno w tej iście zimowej aurze.

Wiadomość z ostatniej chwili: pan rzeczoznawca już zmierza :)

czwartek, 7 marca 2013

taniec w deszczu

Do napisania jednak tego posta skłonił mnie ten oto obrazek....
żródło: facebook

... który tylko utwierdził mnie w moich rozkminach.

Coraz spokojniej bowiem podchodzę do różnych zakrętów, które napotykam po drodze, w drodze na drodze. Nie uda się burzy przewidzieć i często nie uda się jej uniknąć. Ale umiejętność spokojnego przyjęcia przeciwności a w niektórych sytuacjach odnalezienie w nich głębszego sensu, coraz częściej mi się udaje. Co prawda ostatnia niespodziewajka losu trochę nas zaskoczyła, ale ponieważ zdarza się statystycznemu obywatelowi niezwykle rzadko - powinniśmy chyba czuć się wyróżnieni?

Tego jeszcze w naszej rodzinie oraz u znajomych bliższych oraz dalszych nie było! 

... Samochód nam się zapalił. Żywym ogniem z najprawdziwszymi płomieniami i śmierdzącym niemiłosiernie dymem!

Nie wiem tylko, czy ze wstydu (był okropnie brudny, wszak pogoda skutecznie odżegnywała mnie przed myciem wehikułu) czy też z innego powodu. Po prostu wziął się i zapalił. Teraz czeka na rzeczoznawcę, który ma go obejrzeć. W zależności od ruchawości za przeproszeniem (po staropolsku) czy lepiej może powiedzieć ruchliwości owego speca zależy tempo naprawy  - bo chyba niestety warto będzie ją zrobić.  Potem pewnie zacznie się "urocza" rajza po warsztatach i lakiernikach.
... a przecież gdyby tak nasz samochodzik był uprzejmy zapalić się mnie a nie Z., tobym go pewnie nie ugasiła, a że zapalił się pod pracą Z. to z kolegą, na cztery ręce i dwie gaśnice pożar ugasili. W pierwszej wersji sprawa byłaby jasna, samochodzik udałby się do krainy szczęśliwych samochodów a my z odszkodowaniem w ręku kupilibyśmy coś innego. Ale wyszła opcja nr dwa i przed nami kilkanaście dni tańca w deszczu.
A potem się zobaczy.
Ech

środa, 20 lutego 2013

...uwielbiam Cię Olqa...

... jestem Twoją fanką...
Przytulisko pod Wiązami


instrukcja użytkowania: należy czytać z komentarzami (TYLKO DLA DZIEWCZYN ;) ).

zima głupia...

 Dzisiaj usłyszałam w radio taki skand: "hu hu ha, hu hu ha, nasza zima głupia" Genialne!

Śnieg napiernicza od poniedziałku wieczorem. Wokół znowu biało, ale jeździ się tragicznie! Dzisiaj z ogromnym trudem dojechałam do drogi krajowej. Mimo, że znowu zostawiamy samochód na górze, to i po płaskim już prawie nie da się jechać. Jeśli gmina nie odśnieży drogi dzisiaj w ciągu dnia, nie wiem czy podjadę po południu w pobliże naszej skarpy :(

Mam już naprawdę dość zimy. A właściwie uciążliwości z nią związanych. Bo tak w ogóle to jest pięknie :)

Od ubiegłego piątku Bliźniaki zdekompletowane. B. poległ na infekcję zapalenieoskrzelopodobną, a Z. siedzi z nim w domu na posterunku. Nie przeszkadzało to oczywiście mojemu obłożnie choremu Synowi szaleć w piątek tak, że wylądowaliśmy w szpitalu na izbie przyjęć z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu.

Co prawda na własną prośbę zabrałam dziecko na obserwację do domu (bo miał pojechać na trzy dni do szpitala w Ciechanowie!) ale gówniarz tego zupełnie nie docenił ;)

Oczywiście cały weekend upłynął nam na upominaniu go, żeby leżał, nie szalał, nie roił się po całym domu. Wrrrr. A miałam takie dobre intencje. Nie chciałam, żeby charczącego dziesięciolatka umieszczono w izolatce. Uważałam bowiem, że już sam pobyt w szpitalu byłby poważną traumą, a pozostawanie w odosobnieniu tylko pogłębiłoby to uczucie. Nie mówiąc już o tym, że w czwartek wieczorem postawiłam B. bańki, więc obawiałam się, że nikt nie dopilnuje go, aby leżał i się nie przeziębił. Na intencjach się skończyło bowiem w domu też w łóżku leżał niespecjalnie pilnie. Trzeba by było B. przytwierdzić na stałe do łóżka, żeby z niego bez potrzeby nie wstawał :( Ale chyba każdy z nas taki był w dzieciństwie. Dzisiaj jak mogę poleżeć i pochorować w łóżku, to żadną siłą nikt mnie z niego nie poderwie ;)
 
Na szczęście już dodatkowych kontuzji sobie ani rodzeństwu nie zafundował ale za to tatusia doprowadził parę razy do szewskiej pasji. Od jutra ja przejmuję kontrolę na chorym. Co prawda trochę popodróżujemy, bowiem mam umówioną wizytę w sprawie omówienia badań psychologicznych K.i nie chcę tego przekładać, ale jeszcze do szkoły nie pójdzie. Chcę go zatrzymać w domu do końca tygodnia. Mam nadzieję, że nic się z tego już nie rozwinie, choć nie podaliśmy antybiotyku, pilotowani przez lekarza. Na czas mojej wizyty w poradni, B. będzie pod opieką Babci. Współczuję Jej już dzisiaj.
Natomiast małżonek pozostający na dyżurze z chorym dzieckiem, przedstawia dodatkową wartość :) Wczoraj Z. wykonał na koniec dnia pyszne drożdżowe ciasto, które właśnie sobie zjadłam do kawy w pracy. Mniam.

PS. K. pięknie oddaje po południu telefon. Dzisiaj rano przyłapałam ją, że nosi dodatkowo stary, rozpadający się telefon, którego faktycznie używa... Nie sądziła, że na niego się natknę, więc nie czyściła poczty (jak ma to miejsce w telefonie "oficjalnym") a tam ciekawostki... Wychodzi mi na to, że moje dziecko ma nową "zabawę" i wysyła sms-y z pogróżkami. Pytana do kogo? Odpowiada: do nikogo. Słowem: znowu się nabrałam. A już myślałam, że będzie fajnie. A jak jest? BEZ ZMIAN :(
Przypomniałam jej tylko rano zeznania, na jakie została wezwana przez policję dwa tygodnie temu (w drugim tygodniu ferii). Tym razem już nie było miło na posterunku. W marcu najprawdopodobniej odbędzie się sprawa w Sądzie. Kurator wstrzymał procedowanie ze względu na zaplanowane badania psychologiczne. Wyniki badań jestem obowiązana dostarczyć do Sądu.
Najgorsze w tym jest to, że do mojej córki nie dociera, że fajnie już było...