Tytułowa oaza spokoju, to..... ja. Tak, tak :)
"Pani to prawdziwa oaza spokoju" - powiedziała mi wczoraj podczas spotkania Uczestniczka Programu (o czym tutaj pisałam) i dodała jeszcze jak świetnie na nią wpływam, jak kojący jest kontakt ze mną itd. Moje oczy otwierały się coraz szerzej wraz z każdym wypowiadanym przez kobitkę słowem. Przyjrzałam się uważniej wypowiadającej tej słowa, czy rozmawia ze mną, czy ma jakieś omamy, czy może gorzej się poczuła itd.
Nic z tych rzeczy!
Na mój pytający wzrok i szeroko otwarte ze zdumienia oczy powiedziała: "tak, tak pani Kasiu". Znaczy potwierdziła. A moją retoryczną podpowiedź, że powinna zapytać moje dzieci, czy mamusia jest oazą spokoju, odpowiedziała, że na pewno tak jest, przecież wie co mówi :)
Ha!! znaczy udaje mi się dobrze kryć swój paskudny charakter - przynajmniej w pracy!! Ha!!
A tak na poważnie: bardzo lubię tę pracę. Konieczność niesienia pomocy tym ludziom rzeczywiście wpływa na mnie jakoś tak łagodząco, nawet powiedziałabym uszlachetniająco :)
No to tyle z rzeczy oczywistych :D
A na samochodowym froncie: rzeczoznawca stwierdził, ubezpieczyciel potwierdził a kasa ma wypłacić. Za odszkodowanie kupimy (obecnie usilnie szukamy) jakieś małe jeździdełko, a naszą Ave będziemy powolutku naprawiać. Dostaliśmy bowiem odszkodowanie a wrak (jakoś ciężko mi tak mówić o naszym samochodziku, chyba trochę za bardzo zaangażowałam się uczuciowo w kupę blachy) będziemy powolutku naprawiać. Znamy go bardzo dobrze, wiemy co wymieniliśmy na nowe (a ostatnio sporo nas nasz samochodzik kosztował), więc być może będzie warto naprawić to co strawiły płomienie a resztą jeszcze jakiś czas jeździć. Jak się dobrze wszystko poukłada, to będzie malutki samochód na sytuacje, gdy nasza główna kareta odmówi współpracy. Tak czy owak ostatecznie - jak mówiła Zielona Ekspansja - być może w tej sytuacji pojawią się plusy, obok niewątpliwych minusów.
A minusy biorą się w zasadzie z jednego powodu. To że około dwa kiloski mamy w jedną stronę z domu na przestanek - nie tylko mnie (a naprawdę już to czuję) ale i Chłopakom (i tym małym i dużemu) wychodzą na zdrowie (K. cały czas u moich rodziców). Wszystko jednak byłoby ok. gdyby nie ta cholerna pogoda. Dzisiaj zadzwoniłam do Justynki z urodzinowymi życzeniami. Jak odśpiewałam sto lat, postanowiłam się upewnić, czy urodziła się w zimie, czy wiosną, wszak do tej pory zawsze centralne obchody Jej urodzin odbywały się wiosną!
Zatem niespiesznie zmierzamy do świąt wielkanocnych, Chłopcy w domu, bo szkolne życie sparaliżowały rekolekcje. Na zmianę z Z. siedzimy z nimi w domu. Jak siedzę ja - odrabiamy szkolne zaległości. Jak siedzi Z. nowa łazienka powolutku nabiera kształtów. Wspomnę więc raz jeszcze Zieloną - miałaś rację :)
Moje spojrzenie na to co wokół mnie i wewnątrz mnie się dzieje, co uważam za istotne i warte komentarza czy wspomnienia
wtorek, 19 marca 2013
wtorek, 12 marca 2013
i jeszcze raz o deszczu...
... specjalnie na prośbę Z. umieszczam ten oto obrazek:
Taaaak.
A w kwestiach zasadniczych:
1. B. zdobył drużynowo srebro!!!! Ależ jestem dumna z mojego Synka. A Ty Kochanie (to do Z.) głupio się nie pytaj (to do komentarza Z. pod ostatnim postem), bo nasz Syn po Tobie odziedziczył zrośnięte u stóp palce nr 3 i 4. Nie znam poza Wami dwoma i Twoimi Dziećmi z pierwszego podejścia podobnych mutantów (za przeproszeniem ;) )
2. K. dostaje kota u dziadków, cóż wcale mnie to nie bawi. Bardzo mi jej szkoda, bo widzę, że nic się nie zmieniło od czasu kiedy ja musiałam przeżyć z nimi swoje koszmarne dzieciństwo. Aż mi się dłonie w pięści zaciskają! Zdaje się, że znowu się skompletujemy, choć czasu na lekcje zostanie wówczas nic :(
3. Pan rzeczoznawca był ale się oficjalnie nie wyjajił. Coś bąknął w warsztacie, gdzie stoi nasze auto, że może szkoda całkowita... a jak sprawdziłam ile dostaniemy (w zaprzyjaźnionym, konkurencyjnym TU), to się okazało, że starczy na waciki. Może dostać ok. 70% kwoty, na jaką ubezpieczyliśmy nasz samochód.
4. Do Wawy jednak jeździmy pekałesem i jest ok, choć godzina do wstawania iście pogańska (o 5.30 zamykamy chatę i gnamy na przystanek), a o 20-ej padamy na ryje.
5. Czarna dupa trochę jest ale tańczymy :)
![]() | ||
| źródło: internet |
Taaaak.
A w kwestiach zasadniczych:
1. B. zdobył drużynowo srebro!!!! Ależ jestem dumna z mojego Synka. A Ty Kochanie (to do Z.) głupio się nie pytaj (to do komentarza Z. pod ostatnim postem), bo nasz Syn po Tobie odziedziczył zrośnięte u stóp palce nr 3 i 4. Nie znam poza Wami dwoma i Twoimi Dziećmi z pierwszego podejścia podobnych mutantów (za przeproszeniem ;) )
2. K. dostaje kota u dziadków, cóż wcale mnie to nie bawi. Bardzo mi jej szkoda, bo widzę, że nic się nie zmieniło od czasu kiedy ja musiałam przeżyć z nimi swoje koszmarne dzieciństwo. Aż mi się dłonie w pięści zaciskają! Zdaje się, że znowu się skompletujemy, choć czasu na lekcje zostanie wówczas nic :(
3. Pan rzeczoznawca był ale się oficjalnie nie wyjajił. Coś bąknął w warsztacie, gdzie stoi nasze auto, że może szkoda całkowita... a jak sprawdziłam ile dostaniemy (w zaprzyjaźnionym, konkurencyjnym TU), to się okazało, że starczy na waciki. Może dostać ok. 70% kwoty, na jaką ubezpieczyliśmy nasz samochód.
4. Do Wawy jednak jeździmy pekałesem i jest ok, choć godzina do wstawania iście pogańska (o 5.30 zamykamy chatę i gnamy na przystanek), a o 20-ej padamy na ryje.
5. Czarna dupa trochę jest ale tańczymy :)
poniedziałek, 11 marca 2013
co tam panie słychać czyli jak Z. walczy ze złym humorem a ja zostałam korepetytorką...
Zaczął się kolejny tydzień, tydzień zagadek i niewiadomych
zdarzeń. Czekamy na pana rzeczoznawcę, potem pan likwidator pochyli się nad
dokumentacją i opinią pana rzeczoznawcy i „już” będzie można zacząć naprawę
samochodu.
Dzisiaj około południa Z. odda pożyczony przez TU samochód.
Ładny jest i jeździ lecz nie jest… nasz. Od południa zaczynamy nowy
bezsamochodowy rozdział naszego życia. Jadąc do wypożyczalni Z. podrzuci
jeszcze bagaże K. do moich rodziców, bo od dzisiaj K. będzie stacjonowała u
nich właśnie. Doświadczenie będzie ciekawe, bo o ile w ferie K. była już u nich
tak długo o tyle obecnie, chodząc do szkoły trochę inaczej będzie (powinna)
wykorzystywać czas. Wreszcie moja mam będzie mogła wykazać się… Co i raz
powtarza bowiem, że za mało pilnujemy K. w nauce. Taaak… No to zobaczymy jak to wyjdzie mojej mamie.
Z. aby rozgonić frustrację i zły nastrój wziął się za
mityczny projekt: „męska łazienka”. Przed samochodową klęską kupił trochę
materiałów (płyty OSB, KG, wkręty i inne profile) i teraz to wszystko „wyrabia”.
Cieszę się, bo rzeczywiście bardzo go to uspokaja (wiem jak to jest, też chętnie bym
się fizycznie skatowała lub artystycznie wyeksploatowała) tymczasem
siedzę z chłopakami nad lekcjami, zwłaszcza nad angielskim. Okazało się, że jednak coś przeoczyliśmy
(moja mama na pewno by triumfowała ;) ) bo okazało się, że chłopcy w ogóle
olali sobie ten przedmiot. W swojej naiwności byłam przekonana, że rzeczywiście
pracują tylko na lekcjach, tymczasem ćwiczenia do robienia w domu leżały
odłogiem. Mea culpa i nie będę się usprawiedliwiała. Dałam ciała i tyle. Matma,
polski – tego pilnowaliśmy. Teraz więc przyszedł czas na większą pracę. Moje
wieloletnie uczenie się angielskiego przynajmniej teraz się zwraca ;)
Okazuje się, że całkiem nieźle idzie mi praca z Chłopakami - wychodzi na to, że udzielam korepetycji (hihihi). Chwytają fajnie,
mają przy tym całkiem dobrą zabawę. A i efekty już się pojawiły w postaci
dobrych ocen. Praca z dziećmi przynosi satysfakcję – to prawda, ale nie jest to
to, co chciałabym robić. A już obce dzieci uczyć? Oj nie. Nie lubię tego, ale kocham swoje dzieciaki ponad życie i to dodaje
mi sił. Zobaczymy jak to będzie, zwłaszcza, że widzę wyraźnie - przynajmniej u B. -
że wzrosła u niego motywacja. Magia dobrej oceny działa!
Tymczasem dzisiaj wrócimy późno (przed nami kilka środków
lokomocji a potem per pedes ok. 2 km). Zrobimy pewnie tylko bieżące lekcje,
zwłaszcza, że jutro B. ma zawody, na które sam się zgłosił :)
Niby nic dziwnego skoro jest w klasie sportowej, lecz klasa ma profil pływacki
a nasz młodszy bliźniak weźmie udział w zawodach gimnastycznych. Jego trener
(jeden z nauczycieli WF w naszej szkole) aż gwizdnął, zapytany przez Z. czy B. „ma
warunki”?. Faktycznie moje najmłodsze dziecię od najmłodszych lat wyglądał jak
mały Arnie. Nie wiem po kim ma taką zajebistą budowę, ale faktycznie jest
pięknie umięśniony i harmonijnie zbudowany. No więc przekonamy się co uda mu
się wygimnastykować na jutrzejszych zawodach, choć trochę obawiam się tego
sportu. Niektórzy mawiają, że każdy sport wykonywany wyczynowo jest… szkodliwy,
bo i kontuzjogenny i wynaturzający. Ale do zawodowstwa – póki co – daleko a fun
dziecko ma. Oby tylko sobie niczego nie połamał.
Od środy – na co naciska Z. – Chłopcy zapewne zostaną w
domu. Cholerna zima wróciła (a w zasadzie jeszcze się nie wyniosła) i faktycznie droga do i z PKSu jest dość uciążliwa
i bardzo długotrwała. Większy może okazać się pożytek, gdy dzieciaki zostaną w
domu, będą miały „indywidualne nauczanie”, normalnie będą kłaść się spać i
wstawać i nie przeziębią się – o co nie trudno w tej iście zimowej aurze.
Wiadomość z ostatniej chwili: pan rzeczoznawca już zmierza :)
czwartek, 7 marca 2013
taniec w deszczu
Do napisania jednak tego posta skłonił mnie ten oto obrazek....
... który tylko utwierdził mnie w moich rozkminach.
Coraz spokojniej bowiem podchodzę do różnych zakrętów, które napotykam po drodze, w drodze na drodze. Nie uda się burzy przewidzieć i często nie uda się jej uniknąć. Ale umiejętność spokojnego przyjęcia przeciwności a w niektórych sytuacjach odnalezienie w nich głębszego sensu, coraz częściej mi się udaje. Co prawda ostatnia niespodziewajka losu trochę nas zaskoczyła, ale ponieważ zdarza się statystycznemu obywatelowi niezwykle rzadko - powinniśmy chyba czuć się wyróżnieni?
Tego jeszcze w naszej rodzinie oraz u znajomych bliższych oraz dalszych nie było!
... Samochód nam się zapalił. Żywym ogniem z najprawdziwszymi płomieniami i śmierdzącym niemiłosiernie dymem!
Nie wiem tylko, czy ze wstydu (był okropnie brudny, wszak pogoda skutecznie odżegnywała mnie przed myciem wehikułu) czy też z innego powodu. Po prostu wziął się i zapalił. Teraz czeka na rzeczoznawcę, który ma go obejrzeć. W zależności od ruchawości za przeproszeniem (po staropolsku) czy lepiej może powiedzieć ruchliwości owego speca zależy tempo naprawy - bo chyba niestety warto będzie ją zrobić. Potem pewnie zacznie się "urocza" rajza po warsztatach i lakiernikach.
... a przecież gdyby tak nasz samochodzik był uprzejmy zapalić się mnie a nie Z., tobym go pewnie nie ugasiła, a że zapalił się pod pracą Z. to z kolegą, na cztery ręce i dwie gaśnice pożar ugasili. W pierwszej wersji sprawa byłaby jasna, samochodzik udałby się do krainy szczęśliwych samochodów a my z odszkodowaniem w ręku kupilibyśmy coś innego. Ale wyszła opcja nr dwa i przed nami kilkanaście dni tańca w deszczu.
A potem się zobaczy.
Ech
![]() |
| żródło: facebook |
... który tylko utwierdził mnie w moich rozkminach.
Coraz spokojniej bowiem podchodzę do różnych zakrętów, które napotykam po drodze, w drodze na drodze. Nie uda się burzy przewidzieć i często nie uda się jej uniknąć. Ale umiejętność spokojnego przyjęcia przeciwności a w niektórych sytuacjach odnalezienie w nich głębszego sensu, coraz częściej mi się udaje. Co prawda ostatnia niespodziewajka losu trochę nas zaskoczyła, ale ponieważ zdarza się statystycznemu obywatelowi niezwykle rzadko - powinniśmy chyba czuć się wyróżnieni?
Tego jeszcze w naszej rodzinie oraz u znajomych bliższych oraz dalszych nie było!
... Samochód nam się zapalił. Żywym ogniem z najprawdziwszymi płomieniami i śmierdzącym niemiłosiernie dymem!
Nie wiem tylko, czy ze wstydu (był okropnie brudny, wszak pogoda skutecznie odżegnywała mnie przed myciem wehikułu) czy też z innego powodu. Po prostu wziął się i zapalił. Teraz czeka na rzeczoznawcę, który ma go obejrzeć. W zależności od ruchawości za przeproszeniem (po staropolsku) czy lepiej może powiedzieć ruchliwości owego speca zależy tempo naprawy - bo chyba niestety warto będzie ją zrobić. Potem pewnie zacznie się "urocza" rajza po warsztatach i lakiernikach.
... a przecież gdyby tak nasz samochodzik był uprzejmy zapalić się mnie a nie Z., tobym go pewnie nie ugasiła, a że zapalił się pod pracą Z. to z kolegą, na cztery ręce i dwie gaśnice pożar ugasili. W pierwszej wersji sprawa byłaby jasna, samochodzik udałby się do krainy szczęśliwych samochodów a my z odszkodowaniem w ręku kupilibyśmy coś innego. Ale wyszła opcja nr dwa i przed nami kilkanaście dni tańca w deszczu.
A potem się zobaczy.
Ech
środa, 20 lutego 2013
...uwielbiam Cię Olqa...
... jestem Twoją fanką...
Przytulisko pod Wiązami
instrukcja użytkowania: należy czytać z komentarzami (TYLKO DLA DZIEWCZYN ;) ).
Przytulisko pod Wiązami
instrukcja użytkowania: należy czytać z komentarzami (TYLKO DLA DZIEWCZYN ;) ).
zima głupia...
Dzisiaj usłyszałam w radio taki skand: "hu hu ha, hu hu ha, nasza zima głupia" Genialne!
Śnieg napiernicza od poniedziałku wieczorem. Wokół znowu biało, ale jeździ się tragicznie! Dzisiaj z ogromnym trudem dojechałam do drogi krajowej. Mimo, że znowu zostawiamy samochód na górze, to i po płaskim już prawie nie da się jechać. Jeśli gmina nie odśnieży drogi dzisiaj w ciągu dnia, nie wiem czy podjadę po południu w pobliże naszej skarpy :(
Mam już naprawdę dość zimy. A właściwie uciążliwości z nią związanych. Bo tak w ogóle to jest pięknie :)
Od ubiegłego piątku Bliźniaki zdekompletowane. B. poległ na infekcję zapalenieoskrzelopodobną, a Z. siedzi z nim w domu na posterunku. Nie przeszkadzało to oczywiście mojemu obłożnie choremu Synowi szaleć w piątek tak, że wylądowaliśmy w szpitalu na izbie przyjęć z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu.
Co prawda na własną prośbę zabrałam dziecko na obserwację do domu (bo miał pojechać na trzy dni do szpitala w Ciechanowie!) ale gówniarz tego zupełnie nie docenił ;)
Oczywiście cały weekend upłynął nam na upominaniu go, żeby leżał, nie szalał, nie roił się po całym domu. Wrrrr. A miałam takie dobre intencje. Nie chciałam, żeby charczącego dziesięciolatka umieszczono w izolatce. Uważałam bowiem, że już sam pobyt w szpitalu byłby poważną traumą, a pozostawanie w odosobnieniu tylko pogłębiłoby to uczucie. Nie mówiąc już o tym, że w czwartek wieczorem postawiłam B. bańki, więc obawiałam się, że nikt nie dopilnuje go, aby leżał i się nie przeziębił. Na intencjach się skończyło bowiem w domu też w łóżku leżał niespecjalnie pilnie. Trzeba by było B. przytwierdzić na stałe do łóżka, żeby z niego bez potrzeby nie wstawał :( Ale chyba każdy z nas taki był w dzieciństwie. Dzisiaj jak mogę poleżeć i pochorować w łóżku, to żadną siłą nikt mnie z niego nie poderwie ;)
Na szczęście już dodatkowych kontuzji sobie ani rodzeństwu nie zafundował ale za to tatusia doprowadził parę razy do szewskiej pasji. Od jutra ja przejmuję kontrolę na chorym. Co prawda trochę popodróżujemy, bowiem mam umówioną wizytę w sprawie omówienia badań psychologicznych K.i nie chcę tego przekładać, ale jeszcze do szkoły nie pójdzie. Chcę go zatrzymać w domu do końca tygodnia. Mam nadzieję, że nic się z tego już nie rozwinie, choć nie podaliśmy antybiotyku, pilotowani przez lekarza. Na czas mojej wizyty w poradni, B. będzie pod opieką Babci. Współczuję Jej już dzisiaj.
Natomiast małżonek pozostający na dyżurze z chorym dzieckiem, przedstawia dodatkową wartość :) Wczoraj Z. wykonał na koniec dnia pyszne drożdżowe ciasto, które właśnie sobie zjadłam do kawy w pracy. Mniam.
PS. K. pięknie oddaje po południu telefon. Dzisiaj rano przyłapałam ją, że nosi dodatkowo stary, rozpadający się telefon, którego faktycznie używa... Nie sądziła, że na niego się natknę, więc nie czyściła poczty (jak ma to miejsce w telefonie "oficjalnym") a tam ciekawostki... Wychodzi mi na to, że moje dziecko ma nową "zabawę" i wysyła sms-y z pogróżkami. Pytana do kogo? Odpowiada: do nikogo. Słowem: znowu się nabrałam. A już myślałam, że będzie fajnie. A jak jest? BEZ ZMIAN :(
Przypomniałam jej tylko rano zeznania, na jakie została wezwana przez policję dwa tygodnie temu (w drugim tygodniu ferii). Tym razem już nie było miło na posterunku. W marcu najprawdopodobniej odbędzie się sprawa w Sądzie. Kurator wstrzymał procedowanie ze względu na zaplanowane badania psychologiczne. Wyniki badań jestem obowiązana dostarczyć do Sądu.
Najgorsze w tym jest to, że do mojej córki nie dociera, że fajnie już było...
Śnieg napiernicza od poniedziałku wieczorem. Wokół znowu biało, ale jeździ się tragicznie! Dzisiaj z ogromnym trudem dojechałam do drogi krajowej. Mimo, że znowu zostawiamy samochód na górze, to i po płaskim już prawie nie da się jechać. Jeśli gmina nie odśnieży drogi dzisiaj w ciągu dnia, nie wiem czy podjadę po południu w pobliże naszej skarpy :(
Mam już naprawdę dość zimy. A właściwie uciążliwości z nią związanych. Bo tak w ogóle to jest pięknie :)
Od ubiegłego piątku Bliźniaki zdekompletowane. B. poległ na infekcję zapalenieoskrzelopodobną, a Z. siedzi z nim w domu na posterunku. Nie przeszkadzało to oczywiście mojemu obłożnie choremu Synowi szaleć w piątek tak, że wylądowaliśmy w szpitalu na izbie przyjęć z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu.
Co prawda na własną prośbę zabrałam dziecko na obserwację do domu (bo miał pojechać na trzy dni do szpitala w Ciechanowie!) ale gówniarz tego zupełnie nie docenił ;)
Oczywiście cały weekend upłynął nam na upominaniu go, żeby leżał, nie szalał, nie roił się po całym domu. Wrrrr. A miałam takie dobre intencje. Nie chciałam, żeby charczącego dziesięciolatka umieszczono w izolatce. Uważałam bowiem, że już sam pobyt w szpitalu byłby poważną traumą, a pozostawanie w odosobnieniu tylko pogłębiłoby to uczucie. Nie mówiąc już o tym, że w czwartek wieczorem postawiłam B. bańki, więc obawiałam się, że nikt nie dopilnuje go, aby leżał i się nie przeziębił. Na intencjach się skończyło bowiem w domu też w łóżku leżał niespecjalnie pilnie. Trzeba by było B. przytwierdzić na stałe do łóżka, żeby z niego bez potrzeby nie wstawał :( Ale chyba każdy z nas taki był w dzieciństwie. Dzisiaj jak mogę poleżeć i pochorować w łóżku, to żadną siłą nikt mnie z niego nie poderwie ;)
Na szczęście już dodatkowych kontuzji sobie ani rodzeństwu nie zafundował ale za to tatusia doprowadził parę razy do szewskiej pasji. Od jutra ja przejmuję kontrolę na chorym. Co prawda trochę popodróżujemy, bowiem mam umówioną wizytę w sprawie omówienia badań psychologicznych K.i nie chcę tego przekładać, ale jeszcze do szkoły nie pójdzie. Chcę go zatrzymać w domu do końca tygodnia. Mam nadzieję, że nic się z tego już nie rozwinie, choć nie podaliśmy antybiotyku, pilotowani przez lekarza. Na czas mojej wizyty w poradni, B. będzie pod opieką Babci. Współczuję Jej już dzisiaj.
Natomiast małżonek pozostający na dyżurze z chorym dzieckiem, przedstawia dodatkową wartość :) Wczoraj Z. wykonał na koniec dnia pyszne drożdżowe ciasto, które właśnie sobie zjadłam do kawy w pracy. Mniam.
PS. K. pięknie oddaje po południu telefon. Dzisiaj rano przyłapałam ją, że nosi dodatkowo stary, rozpadający się telefon, którego faktycznie używa... Nie sądziła, że na niego się natknę, więc nie czyściła poczty (jak ma to miejsce w telefonie "oficjalnym") a tam ciekawostki... Wychodzi mi na to, że moje dziecko ma nową "zabawę" i wysyła sms-y z pogróżkami. Pytana do kogo? Odpowiada: do nikogo. Słowem: znowu się nabrałam. A już myślałam, że będzie fajnie. A jak jest? BEZ ZMIAN :(
Przypomniałam jej tylko rano zeznania, na jakie została wezwana przez policję dwa tygodnie temu (w drugim tygodniu ferii). Tym razem już nie było miło na posterunku. W marcu najprawdopodobniej odbędzie się sprawa w Sądzie. Kurator wstrzymał procedowanie ze względu na zaplanowane badania psychologiczne. Wyniki badań jestem obowiązana dostarczyć do Sądu.
Najgorsze w tym jest to, że do mojej córki nie dociera, że fajnie już było...
sobota, 9 lutego 2013
bałwan jaki jest - każdy widzi
i jak wczoraj wieszczyłam - po powrocie do domu zastałam przed bramą gigantycznego bałwana!
A oto kilka ujęć oddających skalę śniegowego luda:
A to nasz czarny bałwanek. Poli szalejącej w śniegu po pewnym czasie robią się tak ciężkie śnieżno-lodowe korale, że ledwo się porusza. Ale nie zniechęca jej to do harców w najmniejszym stopniu!
A taras zasypało nam przez jedną noc o tak:
![]() |
| a oto i on! |
A oto kilka ujęć oddających skalę śniegowego luda:
![]() |
| ostatecznie wyszło nieco ponad dwa metry (Z. po dźwiganiu bałwanowego tułowia oraz łba - dzisiaj ledwo się rusza :( - lecz poświęcenie dla dzieci nie zna przecież granic...) |
![]() |
| widoczek z tarasu |
![]() |
| drugi z tarasu |
A to już osobisty tor saneczkowy, który Chłopcy zrobili sobie w ogrodzie, a w zasadzie zainicjowali w ogrodzie, bo po rozpędzeniu wypadali poza posesję :)
A to nasz czarny bałwanek. Poli szalejącej w śniegu po pewnym czasie robią się tak ciężkie śnieżno-lodowe korale, że ledwo się porusza. Ale nie zniechęca jej to do harców w najmniejszym stopniu!
![]() |
| Pola |
![]() |
| Pola "okoralowiona" |
piątek, 8 lutego 2013
Ferie, śnieg, pączki i kultura
Choć ferie dotyczą Dzieci, tym razem jednak i dla nas ten czas jest inny niż codzienność, gdy dzieciaki chodzą do szkoły. Pierwszy tydzień K. spędziła u mojej Mamy. Odpoczęła od nas, my od niej. Wróciła stęskniona i troszkę wynudzona - lecz to akurat na własne życzenie (złamała ustalone na ferie zasady już pierwszego dnia...). Niemniej bardzo ładnie zachowywała się u Mamy, pomogła posprzątać mieszkania, robiła z Mamą zakupy, czytała i nawet sporo się pouczyła. Drugi tydzień wyglądał już inaczej. We wtorek i czwartek K. miała zaplanowane badania psychologiczne. Zarówno we wtorek jak i w czwartek byłyśmy wolne już o 10.00 i postanowiłyśmy się odchamić.
Wzięłyśmy naprawdę "gruby wiór". Ponieważ poradnia mieści się vis a vis Muzeum Pawiaka, więc mimo, że we wtorek odbiłyśmy się od zamkniętych drzwi - poszłyśmy tam w wczoraj (w czwartki wstęp wolny!). Wrażenie wstrząsające! Głębokie przeżycie dla nas obu.
Ja od lat, odwiedzając rodzinę, która mieszka opodal tego muzeum, miałam setki okazji by je odwiedzić. Nie miałam odwagi. K. mnie namówiła - i dobrze. Ale gdy chciała pójść za ciosem i odwiedzić (zresztą jest to możliwe w ramach jednego biletu - gwoli informacji dla zainteresowanych) Muzeum w Al. Szucha (siedziba Gestapo w czasie II w.ś.) - nie dałam rady.
Natomiast we wtorek, kiedy to nie udało nam się wejść na "Pawiak", pojechałyśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego, którego - wstyd się przyznać - jeszcze nie odwiedziłam ani razu. Tutaj też okazało się, że Muzeum jest nieczynne. Z kronikarskiej więc dokładności poinformuję, że Muzeum Pawiak zamknięte jest w poniedziałki i wtorki, zaś MPW jest zamknięte tylko we wtorki.
Na szczęście nasza piękna stolica oferuje dziesiątki kulturalnych przybytków, poszłyśmy więc do... Muzeum Narodowego.
A tam niespodzianka: we wtorki jest wstęp wolny. Zwiedziłyśmy "tylko" galerię Malarstwa Polskiego.
Po prawie trzech godzinach, nogi miałyśmy nie powiem gdzie a w brzuchach burczało nam tak głośno, że gdyby nie nadciągające grupy odwiedzających wypełniających sale, pewnie to burczenie niosłoby się echem po całej galerii. W planie jednak miałyśmy obiadek.
Poszłyśmy do Zapiecka na pyyyyszne pierogi.
Wczoraj około dwunastej nastąpiło "przekazanie" K. drugiemu zestawowi Dziadków, gdzie spędzi resztę ferii do niedzieli.
Natomiast Chłopcy pierwszy tydzień spędzili w mieście, na akcji "Zima w mieście", w swojej szkole. Poszaleli na łyżwach, poszli do kina (a przy obecnych cenach biletów to naprawdę poważne odciążenie budżetu domowego), wybawili się z kolegami. Gdy w Warszawie po śniegu nie pozostało już nawet wspomnienie - u nas nadal było na czym zjeżdżać na sankach :)
A wczoraj - zanim spadło kolejne 15 cm puchu - oblodzone zjazdy wyglądały jak prawdziwe tory saneczkowe, a Chłopcy rozwijali na nich naprawdę imponujące prędkości! Dzisiaj wszystko utonęło w bieli - lecz dzięki temu, że śnieg jest mokry i lepki, spodziewam się, że po powrocie do domu zastanę przed bramą gigantycznego bałwana! :)
Od środy Z. jest w domu i robi za niańkę, więc wszyscy mamy poczucie, że czas zwolnił, że naprawdę odpoczywamy. Bardzo było to nam wszystkim potrzebne.
Od poniedziałku zaczynamy drugi semestr, dnia przybywa coraz szybciej, co i raz słychać w krzakach wesołe ćwierkanie, zatem do wiosny to już ostatnia prosta :) Bardzo lubię ten moment. Bo ferie zimowe, nawet jeśli do marca trzyma jeszcze mrozek i pada śnieg, oznaczają że zima jest już za nami.
Rano, gdy szłam do samochodu (auto zostawiamy na górze, bo nie byłoby sposoby podjechać na skarpę) świat wyglądał tak pięknie, że "banan" nie schodził mi z twarzy. Żałowałam, że nie mam ze sobą aparatu. Widoki były naprawdę zachwycające, cisza wokół i symboliczny mrozek. Wymarzona pogoda na spacer.
Poranek wyglądał jak u Chełmońskiego na zimowych plenerach...
... czy u Rafała Malczewskiego
Wzięłyśmy naprawdę "gruby wiór". Ponieważ poradnia mieści się vis a vis Muzeum Pawiaka, więc mimo, że we wtorek odbiłyśmy się od zamkniętych drzwi - poszłyśmy tam w wczoraj (w czwartki wstęp wolny!). Wrażenie wstrząsające! Głębokie przeżycie dla nas obu.
![]() |
| źródło: internet |
Ja od lat, odwiedzając rodzinę, która mieszka opodal tego muzeum, miałam setki okazji by je odwiedzić. Nie miałam odwagi. K. mnie namówiła - i dobrze. Ale gdy chciała pójść za ciosem i odwiedzić (zresztą jest to możliwe w ramach jednego biletu - gwoli informacji dla zainteresowanych) Muzeum w Al. Szucha (siedziba Gestapo w czasie II w.ś.) - nie dałam rady.
Natomiast we wtorek, kiedy to nie udało nam się wejść na "Pawiak", pojechałyśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego, którego - wstyd się przyznać - jeszcze nie odwiedziłam ani razu. Tutaj też okazało się, że Muzeum jest nieczynne. Z kronikarskiej więc dokładności poinformuję, że Muzeum Pawiak zamknięte jest w poniedziałki i wtorki, zaś MPW jest zamknięte tylko we wtorki.
Na szczęście nasza piękna stolica oferuje dziesiątki kulturalnych przybytków, poszłyśmy więc do... Muzeum Narodowego.
![]() |
| źródło: internet |
A tam niespodzianka: we wtorki jest wstęp wolny. Zwiedziłyśmy "tylko" galerię Malarstwa Polskiego.
![]() |
| Jan Matejko "Bitwa pod Grunwaldem" - już po renowacji dzieła źródło: internet |
Po prawie trzech godzinach, nogi miałyśmy nie powiem gdzie a w brzuchach burczało nam tak głośno, że gdyby nie nadciągające grupy odwiedzających wypełniających sale, pewnie to burczenie niosłoby się echem po całej galerii. W planie jednak miałyśmy obiadek.
Poszłyśmy do Zapiecka na pyyyyszne pierogi.
![]() |
| źródło: internet |
Wczoraj około dwunastej nastąpiło "przekazanie" K. drugiemu zestawowi Dziadków, gdzie spędzi resztę ferii do niedzieli.
Natomiast Chłopcy pierwszy tydzień spędzili w mieście, na akcji "Zima w mieście", w swojej szkole. Poszaleli na łyżwach, poszli do kina (a przy obecnych cenach biletów to naprawdę poważne odciążenie budżetu domowego), wybawili się z kolegami. Gdy w Warszawie po śniegu nie pozostało już nawet wspomnienie - u nas nadal było na czym zjeżdżać na sankach :)
A wczoraj - zanim spadło kolejne 15 cm puchu - oblodzone zjazdy wyglądały jak prawdziwe tory saneczkowe, a Chłopcy rozwijali na nich naprawdę imponujące prędkości! Dzisiaj wszystko utonęło w bieli - lecz dzięki temu, że śnieg jest mokry i lepki, spodziewam się, że po powrocie do domu zastanę przed bramą gigantycznego bałwana! :)
Od środy Z. jest w domu i robi za niańkę, więc wszyscy mamy poczucie, że czas zwolnił, że naprawdę odpoczywamy. Bardzo było to nam wszystkim potrzebne.
Od poniedziałku zaczynamy drugi semestr, dnia przybywa coraz szybciej, co i raz słychać w krzakach wesołe ćwierkanie, zatem do wiosny to już ostatnia prosta :) Bardzo lubię ten moment. Bo ferie zimowe, nawet jeśli do marca trzyma jeszcze mrozek i pada śnieg, oznaczają że zima jest już za nami.
Rano, gdy szłam do samochodu (auto zostawiamy na górze, bo nie byłoby sposoby podjechać na skarpę) świat wyglądał tak pięknie, że "banan" nie schodził mi z twarzy. Żałowałam, że nie mam ze sobą aparatu. Widoki były naprawdę zachwycające, cisza wokół i symboliczny mrozek. Wymarzona pogoda na spacer.
Poranek wyglądał jak u Chełmońskiego na zimowych plenerach...
![]() | |||
| Józef Chełmoński "Kuropatwy" źródło: internetódło: internet |
![]() | ||
| Józef Chełmoński "Zachód słońca zimą" |
![]() |
| Józef Chełmoński "Sójka" |
![]() |
| Józef Chełmoński "Noc księżycowa" |
![]() |
| Rafał Malczewski "Zima w górach" |
wtorek, 29 stycznia 2013
wprawki przed ostatkami czyli jak się zmierzyłam z kulinarnym wyzwaniem...
Jestem dzisiaj z siebie absolutnie, niewypowiedzianie dumna!!! Otóż, od pewnego czasu chodziły za mną... pączki. Ci, którzy mnie znają mogliby mieć wątpliwości, czy dobrze się czuję: ja i słodycze...? Bo za słodyczami w końcu nie przepadam.
Otóż nie chodziło o jedzenie lecz o robienie... samodzielnie... własnymi rączkami... Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że choć uwielbiam gotować i eksperymentować w kuchni, to kuchnia, w której odnoszę największe sukcesy jest, że tak powiem wytrawna. Po prostu słodycze nie bardzo mi wychodzą. Mięsa? - proszę bardzo, ale cukiernictwo to czarna magia.
To znaczy tak (jeśli mam być zupełnie uczciwa): ciasta wychodzą mi jeśli trzymam się kurczowo przepisu. Ale ja lubię w kuchni eksperymentować!
W cukiernictwie zaś trzeba być dokładnym niczym farmaceuta.
I to mnie przerasta.
Są oczywiście wdzięczne słodkości, na przykład muffiny, które wychodzą zawsze! Bez względu na porę dnia, mój humor i to co zdecyduję się do nich powsadzać. Podobnie jest z wdzięczną szarlotką, sernikiem, kruchymi ciasteczkami czy tzw. piaskową babą. Ale takie pączki?! Toż to był mit, z którym nie miałam odwagi zmierzyć się do dziś.
TAK JEST!! Zrobiłam pączki. SAMA.
Dodatkową trudność stanowił fakt, że pączki wykonuje się z ciasta drożdżowego. Brrrrr. A to już jest dla mnie "wyższaszkołagotowanianagazie". Ta sztuka (bo dla mnie to sztuka właśnie) wychodzi ZAWSZE mojemu ukochanemu Z. Jego mityczne już drożdżówki są przedmiotem ogólnego pożądania w kręgach bliższych i dalszych znajomych o rodzinie nie wspominając już! Nie powiem, zazdrościłam mu bardzo tego talentu. Ale dzisiaj moje pączki stanęły "na pudle" z drożdzówkami Z.
A oto i dowody w sprawie (wyszło trochę jak tutorial ;) ) :
Otóż nie chodziło o jedzenie lecz o robienie... samodzielnie... własnymi rączkami... Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że choć uwielbiam gotować i eksperymentować w kuchni, to kuchnia, w której odnoszę największe sukcesy jest, że tak powiem wytrawna. Po prostu słodycze nie bardzo mi wychodzą. Mięsa? - proszę bardzo, ale cukiernictwo to czarna magia.
To znaczy tak (jeśli mam być zupełnie uczciwa): ciasta wychodzą mi jeśli trzymam się kurczowo przepisu. Ale ja lubię w kuchni eksperymentować!
W cukiernictwie zaś trzeba być dokładnym niczym farmaceuta.
I to mnie przerasta.
Są oczywiście wdzięczne słodkości, na przykład muffiny, które wychodzą zawsze! Bez względu na porę dnia, mój humor i to co zdecyduję się do nich powsadzać. Podobnie jest z wdzięczną szarlotką, sernikiem, kruchymi ciasteczkami czy tzw. piaskową babą. Ale takie pączki?! Toż to był mit, z którym nie miałam odwagi zmierzyć się do dziś.
TAK JEST!! Zrobiłam pączki. SAMA.
Dodatkową trudność stanowił fakt, że pączki wykonuje się z ciasta drożdżowego. Brrrrr. A to już jest dla mnie "wyższaszkołagotowanianagazie". Ta sztuka (bo dla mnie to sztuka właśnie) wychodzi ZAWSZE mojemu ukochanemu Z. Jego mityczne już drożdżówki są przedmiotem ogólnego pożądania w kręgach bliższych i dalszych znajomych o rodzinie nie wspominając już! Nie powiem, zazdrościłam mu bardzo tego talentu. Ale dzisiaj moje pączki stanęły "na pudle" z drożdzówkami Z.
A oto i dowody w sprawie (wyszło trochę jak tutorial ;) ) :
![]() |
| w piecu wesoło śpiewa ogienek, na piecu stolnica... |
![]() |
| ... a na stolnicy pączusie sobie... |
![]() |
| ... rosną... |
![]() |
| najpierw jeden boczek... |
![]() |
| ... potem drugi boczek |
![]() |
| i proszę: TADAAAM! |
![]() |
| mniam... |
sobota, 26 stycznia 2013
hu hu ha, hu hu ha...
...ale zima wcale nie taka zła! Jest pięknie!
Wybrałam się dzisiaj na spacer w... pidżamie... od okna do okna.
Mróz siarczysty, więc na razie ani myślę opuścić cieplutkie pielesze i wyjść na prawdziwy spacer. Jednak widoki, już zza okna są tak zachwycające, że nie mogłam sobie darować. Zarzuciłam na pidżamę polar i wędrując z aparatem od okna do okna zrobiłam zdjęcia tym zachwycającym obrazkom.
Sami popatrzcie w jakiej bajce obudziliśmy się dzisiaj !
Wybrałam się dzisiaj na spacer w... pidżamie... od okna do okna.
Mróz siarczysty, więc na razie ani myślę opuścić cieplutkie pielesze i wyjść na prawdziwy spacer. Jednak widoki, już zza okna są tak zachwycające, że nie mogłam sobie darować. Zarzuciłam na pidżamę polar i wędrując z aparatem od okna do okna zrobiłam zdjęcia tym zachwycającym obrazkom.
Sami popatrzcie w jakiej bajce obudziliśmy się dzisiaj !
czwartek, 24 stycznia 2013
nowe wyzwania
Od początku roku zaangażowałam się w projekt unijny, którego zadaniem jest aktywizacja zawodowa osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. W praktyce oznacza to, że beneficjentami projektu są osoby niepełnosprawne (z różnymi jej stopniami, od lekkiego do znacznego ), długotrwale bezrobotne a także osoby, które na nowo odnajdują swoje miejsce na wolności.
Od tygodnia prowadzę spotkania z ludźmi zakwalifikowanymi do programu. Zbieram wywiady, rozpoznaję ich potrzeby i możliwości, podpowiadam co mogą zrobić aby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. I powiem tyle: to doświadczenie jest niesamowite.
Szokuje i uczy pokory.
Jak wiecie moim życiowym mottem jest: "nic nie dzieje się bez przyczyny". Wiem, że to doświadczenie mnie wzbogaci, zyskam dzięki niemu inną perspektywę, nowe spojrzenie na TĘ część życia społecznego.
Ludzie, których tu poznaję są zupełnie inni od tych, którzy otaczają mnie na co dzień, inni od tych, z którymi przyszło mi kiedykolwiek pracować, są wreszcie zupełnie inni niż moi coachingowi klienci. Część z nich przygniata ciężar niepowodzeń, niepełnosprawności czy niewyobrażalne trudności codziennego dnia. Wielu z nich jednak to istne gejzery optymizmu i sił witalnych! Co ciekawe im osoba bardziej chora (!) - tym ma w sobie więcej wiary we własne siły, nadziei na poprawienie swojego bytu. Ot i paradoks.
Opowiadałam wczoraj moim Dzieciom jak ważne jest by doceniać to co się ma. Często bowiem zdarza się im narzekać, że coś chcą, czegoś nie mają. Bywa nawet, że formułują pod naszym adresem pretensje, że koledzy mają a one nie. To jest prawo dzieci. To prawda. Ja jednak obserwując prawdziwe problemy (a nie brak wymarzonego zestawu Lego), nieszczęścia nawet - powtarzam sobie ciągle: ileż mam w życiu szczęścia! Ile szczęścia mają moje dzieci. Szczęścia, którego zabrakło na przykład fantastycznemu młodemu człowiekowi, któremu staram się teraz znaleźć pracę, a który cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. To właśnie jeden z tych przykładów, które mogłyby zawstydzić niejednego zdrowego ale leniwego i utyskującego jego równolatka.
Ostatnio w ogóle nachodzą mnie głębsze refleksje. Pewnie także dlatego, że od kilku tygodni - z przerwami - mój Ojciec przebywa w szpitalu. Odkąd pamiętam miał chore serce. Od lat żyje z kardiowerterem. Trzeba przyznać, że nigdy się nie oszczędzał, a styl życia jaki ciągle prowadzi zadziwia nie tylko najbliższych. Ale chyba tak właśnie postanowił, aby choroba nie decydowała o tym jak i w jakim tempie będzie żył. Szkoda co prawda, że choroba nie złagodziła choć trochę jego charakteru i przykrych zachowań. Gdy w ubiegłych tygodniu pojawił się w domu na cztery dni między jednym i drugim szpitalem, już pierwszego dnia po powrocie odpytywał Mamę o jakieś pudełko, które wyrzuciła a o niedokręcony słoik rozpętał piekło.
Relacja z moim ojcem nie należy do łatwych. Oczywiście w najgorszej sytuacji jest Mama, która z nim mieszka i na co dzień znosi jego humory w domu, lub lata do szpitala z wywieszonym językiem. Ja kontaktuję się z nim sporadycznie, bo każde spotkanie okupuję co najmniej bólem brzucha, a w najgorszym razie kłótnią i płaczem. Staram się jednak pełnić rolę córki najlepiej jak można w tej sytuacji. Kiedy ojciec jest w szpitalu chętnie odwiedzam Mamę. Robimy sobie wtedy wielkie śniadanie i gadamy bez cenzury ;)
Najśmieszniejsze jest to, że ludzie, którzy znają mojego ojca z relacji oficjalnych, czy zza pióra (jak mawiam o tekstach, które napisał), uważają, że jest uroczym starszym panem... Moja Mama pociesza mnie, że z Kapuścińskim też tak było ;) Też mi pocieszenie. Skóra mi cierpnie na myśl o konfrontacji z fanami ojca podczas jego ostatniej drogi. Nieraz marzę sobie, żeby się zdążył zmienić. Bo ja umiem szybko zapomnieć. Tylko niech da mi tę szansę. Niech zdąży.
Od tygodnia prowadzę spotkania z ludźmi zakwalifikowanymi do programu. Zbieram wywiady, rozpoznaję ich potrzeby i możliwości, podpowiadam co mogą zrobić aby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. I powiem tyle: to doświadczenie jest niesamowite.
Szokuje i uczy pokory.
Jak wiecie moim życiowym mottem jest: "nic nie dzieje się bez przyczyny". Wiem, że to doświadczenie mnie wzbogaci, zyskam dzięki niemu inną perspektywę, nowe spojrzenie na TĘ część życia społecznego.
Ludzie, których tu poznaję są zupełnie inni od tych, którzy otaczają mnie na co dzień, inni od tych, z którymi przyszło mi kiedykolwiek pracować, są wreszcie zupełnie inni niż moi coachingowi klienci. Część z nich przygniata ciężar niepowodzeń, niepełnosprawności czy niewyobrażalne trudności codziennego dnia. Wielu z nich jednak to istne gejzery optymizmu i sił witalnych! Co ciekawe im osoba bardziej chora (!) - tym ma w sobie więcej wiary we własne siły, nadziei na poprawienie swojego bytu. Ot i paradoks.
Opowiadałam wczoraj moim Dzieciom jak ważne jest by doceniać to co się ma. Często bowiem zdarza się im narzekać, że coś chcą, czegoś nie mają. Bywa nawet, że formułują pod naszym adresem pretensje, że koledzy mają a one nie. To jest prawo dzieci. To prawda. Ja jednak obserwując prawdziwe problemy (a nie brak wymarzonego zestawu Lego), nieszczęścia nawet - powtarzam sobie ciągle: ileż mam w życiu szczęścia! Ile szczęścia mają moje dzieci. Szczęścia, którego zabrakło na przykład fantastycznemu młodemu człowiekowi, któremu staram się teraz znaleźć pracę, a który cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. To właśnie jeden z tych przykładów, które mogłyby zawstydzić niejednego zdrowego ale leniwego i utyskującego jego równolatka.
Ostatnio w ogóle nachodzą mnie głębsze refleksje. Pewnie także dlatego, że od kilku tygodni - z przerwami - mój Ojciec przebywa w szpitalu. Odkąd pamiętam miał chore serce. Od lat żyje z kardiowerterem. Trzeba przyznać, że nigdy się nie oszczędzał, a styl życia jaki ciągle prowadzi zadziwia nie tylko najbliższych. Ale chyba tak właśnie postanowił, aby choroba nie decydowała o tym jak i w jakim tempie będzie żył. Szkoda co prawda, że choroba nie złagodziła choć trochę jego charakteru i przykrych zachowań. Gdy w ubiegłych tygodniu pojawił się w domu na cztery dni między jednym i drugim szpitalem, już pierwszego dnia po powrocie odpytywał Mamę o jakieś pudełko, które wyrzuciła a o niedokręcony słoik rozpętał piekło.
Relacja z moim ojcem nie należy do łatwych. Oczywiście w najgorszej sytuacji jest Mama, która z nim mieszka i na co dzień znosi jego humory w domu, lub lata do szpitala z wywieszonym językiem. Ja kontaktuję się z nim sporadycznie, bo każde spotkanie okupuję co najmniej bólem brzucha, a w najgorszym razie kłótnią i płaczem. Staram się jednak pełnić rolę córki najlepiej jak można w tej sytuacji. Kiedy ojciec jest w szpitalu chętnie odwiedzam Mamę. Robimy sobie wtedy wielkie śniadanie i gadamy bez cenzury ;)
Najśmieszniejsze jest to, że ludzie, którzy znają mojego ojca z relacji oficjalnych, czy zza pióra (jak mawiam o tekstach, które napisał), uważają, że jest uroczym starszym panem... Moja Mama pociesza mnie, że z Kapuścińskim też tak było ;) Też mi pocieszenie. Skóra mi cierpnie na myśl o konfrontacji z fanami ojca podczas jego ostatniej drogi. Nieraz marzę sobie, żeby się zdążył zmienić. Bo ja umiem szybko zapomnieć. Tylko niech da mi tę szansę. Niech zdąży.
środa, 23 stycznia 2013
zima trzyma jak cholera...
... a tymczasem ludziom po głowach chodzą KURY!
Jedna z podczytywaczek, napisała w komentarzu pod "Kurzą stopą": no wymiękłam i to do tego stopnia ,że pomimo panicznego strachu przed kurami-co owe wyczuwają u mnie jak pies u listonosza- to klamka zapadła będzie kurnik!!!!
Wychodzi więc na to, że moje widzimisię podziela znacznie więcej osób! Bardzo się cieszę.
Tymczasem zima trzyma,
kurnik wygląda jak bałwan,
a obierki lądują w koszu na śmieci. Żal, bo kury przepadają za resztkami z kuchni. Z ekologią będę więc musiała poczekać do wiosny. Wiosną bowiem znowu pojawi się gdacząca ekipa. Myślę, że nie odmówię sobie i sąsiadom przyjemności (hihihi) i zakupię Czesława nr II (koguta znaczy, dla tych, co to nie wiedzą kto zacz).
Natomiast - gwoli informacji - na domowym froncie różnie. Teraz spokojniej. Pojawiły się kolejne opinie psychiatrów, które stoją w opozycji do diagnozy, postawionej mojej Córce w Centrum Zdrowia Dziecka. W związku z jej "fikołkami", mamy kolejną sprawę w sądzie rodzinnym. Tym razem, sprawę zainicjowała policja, a dalej już poszło zgodnie z procedurą: kurator i wszystkie związane z tym konsekwencje.
K. zna zasady. Po kolejnej ucieczce (gigancie, jak to nazywa kurator i policja), już piątej od początku roku szkolnego (statystyka druzgodząca), tym razem policja nie przekaże K. nam tylko umieści ją w izbie dziecka. K.zna "warunki brzegowe" i to w jej interesie jest, żeby pilnować się maminej spódnicy. Co prawda, choć rzeczywiście jestem spokojniejsza, cały czas śpimy z portfelami pod poduszką (bo kradzieże nie ustały).
Ostatecznie jakie podejmie decyzje - wie tylko ona, a ja czekam, aż zmądrzeje i będzie fajnie. Zwłaszcza, że potrafi być naprawdę fajnie. Nie umarła cały czas (!) we mnie nadzieja, że jak "wyrośnie" to będziemy miały przyjacielską relację.
Jedna z podczytywaczek, napisała w komentarzu pod "Kurzą stopą": no wymiękłam i to do tego stopnia ,że pomimo panicznego strachu przed kurami-co owe wyczuwają u mnie jak pies u listonosza- to klamka zapadła będzie kurnik!!!!
Wychodzi więc na to, że moje widzimisię podziela znacznie więcej osób! Bardzo się cieszę.
Tymczasem zima trzyma,
kurnik wygląda jak bałwan,
a obierki lądują w koszu na śmieci. Żal, bo kury przepadają za resztkami z kuchni. Z ekologią będę więc musiała poczekać do wiosny. Wiosną bowiem znowu pojawi się gdacząca ekipa. Myślę, że nie odmówię sobie i sąsiadom przyjemności (hihihi) i zakupię Czesława nr II (koguta znaczy, dla tych, co to nie wiedzą kto zacz).
Natomiast - gwoli informacji - na domowym froncie różnie. Teraz spokojniej. Pojawiły się kolejne opinie psychiatrów, które stoją w opozycji do diagnozy, postawionej mojej Córce w Centrum Zdrowia Dziecka. W związku z jej "fikołkami", mamy kolejną sprawę w sądzie rodzinnym. Tym razem, sprawę zainicjowała policja, a dalej już poszło zgodnie z procedurą: kurator i wszystkie związane z tym konsekwencje.
K. zna zasady. Po kolejnej ucieczce (gigancie, jak to nazywa kurator i policja), już piątej od początku roku szkolnego (statystyka druzgodząca), tym razem policja nie przekaże K. nam tylko umieści ją w izbie dziecka. K.zna "warunki brzegowe" i to w jej interesie jest, żeby pilnować się maminej spódnicy. Co prawda, choć rzeczywiście jestem spokojniejsza, cały czas śpimy z portfelami pod poduszką (bo kradzieże nie ustały).
Ostatecznie jakie podejmie decyzje - wie tylko ona, a ja czekam, aż zmądrzeje i będzie fajnie. Zwłaszcza, że potrafi być naprawdę fajnie. Nie umarła cały czas (!) we mnie nadzieja, że jak "wyrośnie" to będziemy miały przyjacielską relację.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































