Dzisiaj spędziłam ranek z Asiulką. Była tak blisko... choć wirtualnie :) Cały czas nie mogę dojść do siebie, odkąd mam taki komfortowy dostęp do świata :) Tyle miejsc do odwiedzenia, tyle wiadomości do przeczytania, tyle osób do przegadania :)
Zrobiłam sobie śniadanko i przysiadłam do komputera, żeby doszlifować materiał na dzisiejszy Warsztat Optymistyczny.
No i trochę plany mi się pozmieniały. Śniadanko i owszem jadłam, lecz w towarzystwie Asiulki, która akurat była on-line. Od słowa do słowa, okazało się, że w najbliższym czasie Asia organizuje fantastyczną przygodę dla miłośników Toscanii.
Współpracując z utalentowaną koleżanką Małgosią przygotowuje od strony organizacyjno-logistycznej prawdziwą gradkę dla osób, które chciałyby w niekonwencjonalny sposób spędzić kilka dni w tym NIESAMOWITYM MIEJSCU.
Ale przeglądając biznesową ofertę Asi, natrafiłam na jeszcze coś ciekawego! Od pewnego czasu chodzi nam z Z. (dobra, to kobiety tak mają, więc przyznam się: mi chodzi po głowie) odnowienie przysięgi małżeńskiej (co prawda nie lubię tego określenia, jako takiego, ale niech tak będzie, żeby każdy wiedział o co chodzi :) )
I proszę bardzo: MOŻEMY TO ZROBIĆ W MOJEJ UKOCHANEJ TOSKANII!!!
Jeśli komuś z Was też to chodzi po głowie, to ja z kolei głową swoją ręczę, że najlepiej zorganizuje dla Was tę wyjątkową chwilę Joanna Sznajder!
Moje spojrzenie na to co wokół mnie i wewnątrz mnie się dzieje, co uważam za istotne i warte komentarza czy wspomnienia
czwartek, 22 marca 2012
środa, 21 marca 2012
Inspiracja z FB
Dzisiaj na FB znalazłam reklamę stronki ilustrowaną tym oto zdjęciem
Pamiętam, że w liceum uszyłam sobie torbę z moich ukochanych czerwonych sztruksów.
Te spodnie były naprawdę magiczne: rosły bowiem razem ze mną :D Tak, tak, przechodziłam w nich praktycznie całą podstawówkę. Na początku miały podwinięte nogawki, potem już nie, wreszcie robiły za rybaczki... W końcu tyłek urósł, ale miłość do czerwonych sztruksów mi nie minęła. Uszyłam sobie wówczas torbę. Niestety w końcu materiał dokonał swego żywota. Ale sentyment pozostał. Dziś uśmiecham się do tego jeansowego torbiszcza, Zrobię sobie takie, a co!
| Pinspire - // Between the lines //: Repurposing an old pair of jeans :: a DIY |
Pamiętam, że w liceum uszyłam sobie torbę z moich ukochanych czerwonych sztruksów.
Te spodnie były naprawdę magiczne: rosły bowiem razem ze mną :D Tak, tak, przechodziłam w nich praktycznie całą podstawówkę. Na początku miały podwinięte nogawki, potem już nie, wreszcie robiły za rybaczki... W końcu tyłek urósł, ale miłość do czerwonych sztruksów mi nie minęła. Uszyłam sobie wówczas torbę. Niestety w końcu materiał dokonał swego żywota. Ale sentyment pozostał. Dziś uśmiecham się do tego jeansowego torbiszcza, Zrobię sobie takie, a co!
OFICJALNIE mamy WIOSNĘ!
WRESZCIE można ogłosić wszem i wobec, że dzisiaj DZIEŃ WAGAROWICZA ;)
W moich czasach (:) ) to się działo! Przebieranki, zamianki z nauczycielami (to lubiliśmy najbardziej), wygłupy i wagary.
Nastrój wagarowy i mi się dzisiaj udzielił, choć już stara D... jestem :) Mimo, że mam masę roboty, to jakoś na razie bimbam sobie, zaglądam do zwierząt, patrzę co ciekawego w sieci, zrobiłam sobie zielono-rybne śniadanko. Jest Bosko. Termometr napawa optymizmem.
Słowo o termoregulacji.
Wczoraj doświadczyłam zdumiewającego zjawiska. Wracałam ze stolicy autobusem (nie o to zjawisko chodzi - czytaj dalej). Czekałam na przystanku godzinę (tu zjawisko się zaczyna). Wiatr wiał, mróz ciął po nieosłoniętym łbie, przemarzłam do szpiku kości.
Na niewiele zdały się metody ratunkowe: wyobrażanie sobie, że latem jest tak okropnie gorąco, więc taki ziąb byłby zbawienny (zimno!). Próba na humor: ha, na pewno ktoś tam na górze nie wyłączył klimatyzacji. W końcu w lecie, jak wejdzie się do pomieszczenia, gdzie ktoś przesadził z klimą aż prosi się wypatrywać pingwinów (zimno!). No to wizualizacja ciepłej osłonki: wyobrażam sobie, że na zewnątrz ziąb, ale ja się nie ruszam, ogrzewam jestestwem swoim powietrze wokół mnie (na chwilę podziałało, potem zimno!!). Wreszcie podjechał dziesiąty czy jedenasty autobus (straciłam rachubę - mózg mi przecież zamarzł). Było mi już naprawdę wszystko jedno czy zabierze mnie do Mławy czy innego Czachówka. Wsiadam! (bo zimno!) O dziwo, ten autobus postanowił mnie zawieźć do mojej wsi (cóż za niespodziewany obrót spraw :) ) Wsiadłam. Po czterdziestu minutach odzyskałam władzę w członkach. Poczułam jak mocno palą mnie policzki (aha, gorączka?). Wysyłałam z trasy komunikaty topograficzne. Mąż zwykle czeka na mnie już na przystanku, więc jedną nogę mam jeszcze w autobusie a drugą w naszej wiernej Toyotce. Ale nie wczoraj! Wczoraj ciemno jak u murzyna w Senegalu czy innej d... Męża niet. Mróz znowu wziął mnie w objęcia (zimno!). Wiatr wieje i wyje potępieńczo między drzewami. Budka przystankowa zaraz odleci. Ale czekam (zimno!). Wreszcie dodzwoniłam się! Już jadę - zakomunikował Małżonek, pewien, że nie słyszę wycia wiatru w słuchawce...(zimno!!!) Ale wiedziałam, że najdalej za cztery minuty będzie. Przyjechał. Wchodząc do samochodu czułam się jakbym wchodziła raczej do czołgu. Skulona, szczękająca zębami, zryczana (wczoraj miałam wyjątkowo słone łzy - pewnie dlatego, że dawno nie płakałam :)) i wściekła (moja autoterapia optymistyczna tym razem nie podziałała - cóż trener też człowiek!). Mąż nie wiem czy bardziej się zdziwił czy zasromał (za przeproszeniem), bo mówi, kochanie ale nie jest przecież tak zimno. Pewnie coś cię bierze - szybko postawił diagnozę. Spojrzałam kątem oka (wiem, z medycznego punktu widzenia kont oka nie istnieje) na termometr. Osiem stopni? Na plusie??! Ale ja zmarzłam! Może już jestem taka stara, że mi termoregulacja siada - ale komentarze te zostawiłam dla siebie.
Marzyłam o własnym łóżku, z otulającą moje zamarznięte ciałko pościelą. Jeszcze w autobusie złożyłam sms-em zamówienie: tea, honey, citron, vodka. W drodze do sypialni gubiłam garderobę (ale nie wyglądało to specjalnie seksownie) po drodze umyłam jeszcze ręce (przynajmniej), żeby miejskiego syfu nie pakować pod kołdrę. Wypiłam zaordynowaną miksturę, chwilę porozmawiałam ze Ślubnym (panując nad furią - udało się tym razem!). Nie trwało to długo, bowiem film mi się urwał. Wreszcie było ciepło :)
Dzisiaj rano wszystko działa. Gorączki nie mam. Cudowna mikstura Z. znowu podziałała. A ja nie jestem wdową! I tylko nie wiem do końca czy dlatego, że byłam zamarznięta (i nieprecyzyjna - więc nie ryzykowałam akcji odwetowych) czy dlatego, że tak bardzo kocham Z. :D
PS. Czyli doniesienie z ostatniej chwili: okazuje się, że obecny rok jako przestępczy (tfu! przestępny) pierwszy dzień wiosny miał 20-ego a nie dziś! (ups)
W moich czasach (:) ) to się działo! Przebieranki, zamianki z nauczycielami (to lubiliśmy najbardziej), wygłupy i wagary.
Zatem:
WAGAROWICZE WSZYSTKICH KRAJÓW
ŁĄCZCIE SIĘ!
Nastrój wagarowy i mi się dzisiaj udzielił, choć już stara D... jestem :) Mimo, że mam masę roboty, to jakoś na razie bimbam sobie, zaglądam do zwierząt, patrzę co ciekawego w sieci, zrobiłam sobie zielono-rybne śniadanko. Jest Bosko. Termometr napawa optymizmem.
Słowo o termoregulacji.
Wczoraj doświadczyłam zdumiewającego zjawiska. Wracałam ze stolicy autobusem (nie o to zjawisko chodzi - czytaj dalej). Czekałam na przystanku godzinę (tu zjawisko się zaczyna). Wiatr wiał, mróz ciął po nieosłoniętym łbie, przemarzłam do szpiku kości.
Na niewiele zdały się metody ratunkowe: wyobrażanie sobie, że latem jest tak okropnie gorąco, więc taki ziąb byłby zbawienny (zimno!). Próba na humor: ha, na pewno ktoś tam na górze nie wyłączył klimatyzacji. W końcu w lecie, jak wejdzie się do pomieszczenia, gdzie ktoś przesadził z klimą aż prosi się wypatrywać pingwinów (zimno!). No to wizualizacja ciepłej osłonki: wyobrażam sobie, że na zewnątrz ziąb, ale ja się nie ruszam, ogrzewam jestestwem swoim powietrze wokół mnie (na chwilę podziałało, potem zimno!!). Wreszcie podjechał dziesiąty czy jedenasty autobus (straciłam rachubę - mózg mi przecież zamarzł). Było mi już naprawdę wszystko jedno czy zabierze mnie do Mławy czy innego Czachówka. Wsiadam! (bo zimno!) O dziwo, ten autobus postanowił mnie zawieźć do mojej wsi (cóż za niespodziewany obrót spraw :) ) Wsiadłam. Po czterdziestu minutach odzyskałam władzę w członkach. Poczułam jak mocno palą mnie policzki (aha, gorączka?). Wysyłałam z trasy komunikaty topograficzne. Mąż zwykle czeka na mnie już na przystanku, więc jedną nogę mam jeszcze w autobusie a drugą w naszej wiernej Toyotce. Ale nie wczoraj! Wczoraj ciemno jak u murzyna w Senegalu czy innej d... Męża niet. Mróz znowu wziął mnie w objęcia (zimno!). Wiatr wieje i wyje potępieńczo między drzewami. Budka przystankowa zaraz odleci. Ale czekam (zimno!). Wreszcie dodzwoniłam się! Już jadę - zakomunikował Małżonek, pewien, że nie słyszę wycia wiatru w słuchawce...(zimno!!!) Ale wiedziałam, że najdalej za cztery minuty będzie. Przyjechał. Wchodząc do samochodu czułam się jakbym wchodziła raczej do czołgu. Skulona, szczękająca zębami, zryczana (wczoraj miałam wyjątkowo słone łzy - pewnie dlatego, że dawno nie płakałam :)) i wściekła (moja autoterapia optymistyczna tym razem nie podziałała - cóż trener też człowiek!). Mąż nie wiem czy bardziej się zdziwił czy zasromał (za przeproszeniem), bo mówi, kochanie ale nie jest przecież tak zimno. Pewnie coś cię bierze - szybko postawił diagnozę. Spojrzałam kątem oka (wiem, z medycznego punktu widzenia kont oka nie istnieje) na termometr. Osiem stopni? Na plusie??! Ale ja zmarzłam! Może już jestem taka stara, że mi termoregulacja siada - ale komentarze te zostawiłam dla siebie.
Marzyłam o własnym łóżku, z otulającą moje zamarznięte ciałko pościelą. Jeszcze w autobusie złożyłam sms-em zamówienie: tea, honey, citron, vodka. W drodze do sypialni gubiłam garderobę (ale nie wyglądało to specjalnie seksownie) po drodze umyłam jeszcze ręce (przynajmniej), żeby miejskiego syfu nie pakować pod kołdrę. Wypiłam zaordynowaną miksturę, chwilę porozmawiałam ze Ślubnym (panując nad furią - udało się tym razem!). Nie trwało to długo, bowiem film mi się urwał. Wreszcie było ciepło :)
Dzisiaj rano wszystko działa. Gorączki nie mam. Cudowna mikstura Z. znowu podziałała. A ja nie jestem wdową! I tylko nie wiem do końca czy dlatego, że byłam zamarznięta (i nieprecyzyjna - więc nie ryzykowałam akcji odwetowych) czy dlatego, że tak bardzo kocham Z. :D
PS. Czyli doniesienie z ostatniej chwili: okazuje się, że obecny rok jako przestępczy (tfu! przestępny) pierwszy dzień wiosny miał 20-ego a nie dziś! (ups)
niedziela, 18 marca 2012
weekend był fantastyczny!!
I to nie tylko ze względu na iście wiosenną temperaturę.
W sobotę byliśmy bowiem z Z. i Najstarszalatoroślą u mojej kochanej J. Kolacja była wyśmienita. A to między innymi za sprawą pomysłu, jaki miała na nią J. Jakby tego nie nazwać - otworzyliśmy sezon grillowy! :) Nie, nie, nie na dworze, nie na balkonie, ale jak kulturalni ludzie w jadalni, na stole. Elektryczne ustrojstwo z płytą do przyrządzania mięsiw (jak to dobrze, że już nie jestem wegetarianką :) ) i rakletki pod płytą dały nieskończoną ilość wariantów na samodzielne przyrządzenie sobie uczty.
Nafutrowaliśmy się niemożebnie. Dzisiaj rano jeszcze miałam sztywny żołądek, od tych wszystkich frykasów. Ponadto Z. był tego wieczora kierowcą, więc mogłam pokosztować trunków szlachetnych i delektować się - po raz pierwszy w życiu (!) - Metaxą. Istna Ambrozja!!!
Korzystając natomiast z faktu, że Chłopcy w sobotnie popołudnie zostali zdeponowani u naszych Serdecznych Sąsiadów, w niedzielne przedpołudnie delektowaliśmy się rozkoszą płynącą ze świętego spokoju (uczucie znane wszystkim rodzicom omc dziesięcioletnich bliźniaków).
Rozebrałam wreszcie roślinki z zimowych ubranek a Z. pokrzątał się po swojemu (co On robił? - nie mogę sobie przypomnieć. To chyba wpływ wypitego wczoraj alkoholu ;) Demencja po prostu).
W porze obiadu sumienie nas ruszyło i pojechaliśmy odebrać depozyt. Depozyt znaleźliśmy w stanie doskonałym, trochę gorzej wyglądali Czcigodni Depozytariusze. Ale spodziewam się rychłej "zemsty". Już wkrótce podrzucą nam swoje pacholęta :)
Bilans weekendu, który zakończył błyskawicznie przeszły (w sensie, że przeszedł) ubiegły (w sensie, że przeszły, czyli poprzedni ;) ) tydzień. I na tym skończę swój bełkotliwy co nieco raport :)
W sobotę byliśmy bowiem z Z. i Najstarszalatoroślą u mojej kochanej J. Kolacja była wyśmienita. A to między innymi za sprawą pomysłu, jaki miała na nią J. Jakby tego nie nazwać - otworzyliśmy sezon grillowy! :) Nie, nie, nie na dworze, nie na balkonie, ale jak kulturalni ludzie w jadalni, na stole. Elektryczne ustrojstwo z płytą do przyrządzania mięsiw (jak to dobrze, że już nie jestem wegetarianką :) ) i rakletki pod płytą dały nieskończoną ilość wariantów na samodzielne przyrządzenie sobie uczty.
Nafutrowaliśmy się niemożebnie. Dzisiaj rano jeszcze miałam sztywny żołądek, od tych wszystkich frykasów. Ponadto Z. był tego wieczora kierowcą, więc mogłam pokosztować trunków szlachetnych i delektować się - po raz pierwszy w życiu (!) - Metaxą. Istna Ambrozja!!!
Korzystając natomiast z faktu, że Chłopcy w sobotnie popołudnie zostali zdeponowani u naszych Serdecznych Sąsiadów, w niedzielne przedpołudnie delektowaliśmy się rozkoszą płynącą ze świętego spokoju (uczucie znane wszystkim rodzicom omc dziesięcioletnich bliźniaków).
Rozebrałam wreszcie roślinki z zimowych ubranek a Z. pokrzątał się po swojemu (co On robił? - nie mogę sobie przypomnieć. To chyba wpływ wypitego wczoraj alkoholu ;) Demencja po prostu).
W porze obiadu sumienie nas ruszyło i pojechaliśmy odebrać depozyt. Depozyt znaleźliśmy w stanie doskonałym, trochę gorzej wyglądali Czcigodni Depozytariusze. Ale spodziewam się rychłej "zemsty". Już wkrótce podrzucą nam swoje pacholęta :)
Bilans weekendu, który zakończył błyskawicznie przeszły (w sensie, że przeszedł) ubiegły (w sensie, że przeszły, czyli poprzedni ;) ) tydzień. I na tym skończę swój bełkotliwy co nieco raport :)
piątek, 16 marca 2012
Zaczatowałam sobie z Nigellą!!!!!
Spełniło się jedno z moich wielkich marzeń. Jak wiecie Nigella Lawson to wielka moja IDOLKA.
Zupełnie przypadkiem zajrzałam na jej stronę i okazało się, że dzisiaj o godzinie 13.00 czasu UK będzie chat. Było dziesięć minut to startu. Weszłam, wysłałam swoje pytania i?
Nigella odpowiedziała na jedno z nich!! Jestem przeszczęśliwa. Wiem, wiem, brzmi to jak świergot nastolatki, która dostała autograf od swojego idola, ale ja właśnie tak się w tej chwili czuję!
Oto dowód: zobaczcie zrzut z ekranu. Kasia - to ja! :)
![]() |
| photograph JP Masclet |
Zupełnie przypadkiem zajrzałam na jej stronę i okazało się, że dzisiaj o godzinie 13.00 czasu UK będzie chat. Było dziesięć minut to startu. Weszłam, wysłałam swoje pytania i?
Nigella odpowiedziała na jedno z nich!! Jestem przeszczęśliwa. Wiem, wiem, brzmi to jak świergot nastolatki, która dostała autograf od swojego idola, ale ja właśnie tak się w tej chwili czuję!
Oto dowód: zobaczcie zrzut z ekranu. Kasia - to ja! :)
świat się rozświergala :)
Jeszcze jest rześko, ale w powietrzu fruwa optymizm. Zaglądam w ogrodzie to tu, to tam, już widać pierwsze malutkie pączki.
Gdyby nie jutrzejsza kolacja u Justyny i manicure, których zrobiła mi wczoraj Aga, to już rzuciłabym się w grządki-porządki. Zwłaszcza, że są miejsca, gdzie pozostałe po ubiegłym lecie liście czy gałązki zasłaniają nowe roślinki, wyglądające ku słońcu. Z drugiej jednak strony, to dopiero połowa marca, więc i przymrozki się pojawią. Być może więc, te ubiegłoroczne zaschlaki powinny zostać, żeby osłonić przed nocnymi przymrozkami młodziutkie roślinki. Nie wiem. Będę musiała zasięgnąć języka u doświadczonych ogrodników :)
![]() |
| W tym miejscu powinny pojawić się krokusy i szafirki (do tych ostatnich mam wielką słabość od dzieciństwa). |
Tymczasem, ja też wyraźnie się ożywiłam, mam sto pomysłów na minutę, doby nie starcza, żeby to wszystko zrealizować, napisać, przemyśleć. Ale cieszę się z tego obudzenia po zimowym przyśnięciu. Klienci też robią porządki w swoich planach i głowach, odrywają potrzebę by ich wesprzeć - a dzięki temu ja mam dużo satysfakcjonującej pracy i pieniądze.
Poranny telefon ze szkoły Córki też rozpromienił mi piątek. Pani pedagog podzieliła się swoimi spostrzeżeniami. Z jej relacji wynika, że nasza Córka przestała chodzić na wagary. To już miesiąc - według szkoły - kiedy chodzi systematycznie. Do nauki też zabiera się chętniej i bez ponaglania (to akurat nasze obserwacje).
Dzisiaj w rozmowie Z. podzieliłam się swoją refleksją na temat wychowania. Może nadmierna kontrola nie jest dobrym sposobem na "wyregulowanie" nastolatka. Do głowy przyszła mi następująca ilustracja: przyrównałam wychowanie dziecka do spaceru po nierównym terenie, gdzie tu i tam znajdują się bardzo głębokie doły czy przepaści. Rolą rodzica jest w umiejętny, niemal niewidoczny sposób towarzyszyć w tej wędrówce i uważne przyglądać się czy dziecku nic poważnego nie zagraża. W chwili realnego niebezpieczeństwa, rodzic łapie dziecko, żeby nie osunęło się w przepaść. Co do zasady jednak dziecko powinno iść tą ścieżką w przeświadczeniu, że samo obiera kierunek, będąc jednocześnie spokojne, że w razie niebezpieczeństwa może liczyć na rodzica. Nie sztuką jest bowiem, trzymanie za rękę, czy kołnierz i opowiadanie dziecku, że cztery metry dalej jest przepaść, że po drugiej stronie głębokie doły... Po pierwsze i tak nam nie uwierzy, postanowi to sprawdzić osobiście, a zrobi to najpewniej wówczas, gdy nie będzie nas w pobliżu. Po drugie - stara prawda, że uczymy się na własnych (!) błędach przecież wciąż nie straciła na znaczeniu.
A dzień ostatecznie wygląda trochę inaczej niż to sobie w tym tygodniu zaplanowałam. Miałam sama zostać w piątek, popracować koncepcyjnie (w tym rozliczyć podatek za ubiegły rok), dopisać to i owo do książki. Tymczasem zaspaliśmy o blisko półtorej godziny, więc Z. z Córką zebrali się biegusiem (w locie zrobiłam im kanapki), a Chłopcy zostali ze mną. W efekcie, staram się pracować tak, jak zaplanowałam, ale żeby móc w ogóle się skupić, siedzę ze stoperami w uszach. No cóż. Takie realia :)
Mój Syn zrobił mi herbatę i przyniósł do mojego "biura". Ha! Nasze dzieci zaczynają się "amortyzować"!! :)
poniedziałek, 12 marca 2012
JEST SIEĆ!!!! JEST WOLNOŚĆ! JEST SWOBODA!
Jakież to przewrotne: w sieci czuję się wolna i swobodna... Ot specyfika naszych czasów.
Ale czuję się jakbym wypłynęła z jakiejś zatoczki a przede mną już tylko wieelkie morze. Morze możliwości :)
Weekend upłynął spokojnie i bez napięć. W niedzielę mocno wiało, ale przynajmniej nie padało - jak w sobotę - więc ogarnęłam do reszty ogród. Jest gotowy na przyjście wiosny. Co prawda musiałam prowadzić walkę z wiatrem, który co i raz porywał śmiecie zebrane na kupkę, albo i torbę, do której pchałam suche liście i połamane gałązki. Jednak zaparłam się i ogród wysprzątałam. Psy pomagały mi na swój sposób... Porządki więc trwały trochę dłużej. Musiałam zbierać towarzystwo z terenu, zwłaszcza, że Twist z Borysem poza bramą bardzo dokazują a wczorajsze igraszki zakończyły się kontuzją przedniej łapy Borysa. Dzieciątko okulało :( A przy tej rasie podobne kontuzje są niebezpieczne. Dość powiedzieć, że weterynarze zalecają, aby szczeniaki wielki ras w ogóle ograniczały intensywny ruch, biegi czy spacerowanie po schodach. Ale jak tu utrzymać szczeniaka bez ruchu (to tak jak utrzymanie w łóżku chorego dziewięciolatka ;) ) Do tego Twist biegając rozwija ponaddźwiękowe prędkości a Borys koniecznie chce dotrzymać mu kroku. Wygląda to komicznie.
Aha! Dostrzegłam już czubeczki krokusów, które zaraz wybuchną swoim fioletowym kwieciem.
Nadrabiam zaległości w poczcie i w przygotowaniu materiałów na optymistyczne warsztaty. Dzisiaj mamy zerowe spotkanie pierwszej edycji. Jestem pewna sukcesu tego przedsięwzięcia.
W głowie zrodził mi się jeszcze jeden pomysł - na kanwie własnych doświadczeń zresztą. Zamierzam uruchomić program wsparcia rodziców nastolatków. Teraz obmyślam dobry pomysł na nabór rodziców do programu. Idzie wiosna, zatem i problemy z niepokornymi nastolatkami będą się nasilać. Co prawda moja córka jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, bowiem zaczęła ostro wagarować jak przyszła zima, ale zwykle problem ten pojawia się wiosną i zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego.
Zatem kwiecień to dobry czas na rozpoczęcie programu wsparcia.
Stowarzyszenie Optymistów Mimowszystko będzie miało pełne "ręce" roboty :)
Ale czuję się jakbym wypłynęła z jakiejś zatoczki a przede mną już tylko wieelkie morze. Morze możliwości :)
Weekend upłynął spokojnie i bez napięć. W niedzielę mocno wiało, ale przynajmniej nie padało - jak w sobotę - więc ogarnęłam do reszty ogród. Jest gotowy na przyjście wiosny. Co prawda musiałam prowadzić walkę z wiatrem, który co i raz porywał śmiecie zebrane na kupkę, albo i torbę, do której pchałam suche liście i połamane gałązki. Jednak zaparłam się i ogród wysprzątałam. Psy pomagały mi na swój sposób... Porządki więc trwały trochę dłużej. Musiałam zbierać towarzystwo z terenu, zwłaszcza, że Twist z Borysem poza bramą bardzo dokazują a wczorajsze igraszki zakończyły się kontuzją przedniej łapy Borysa. Dzieciątko okulało :( A przy tej rasie podobne kontuzje są niebezpieczne. Dość powiedzieć, że weterynarze zalecają, aby szczeniaki wielki ras w ogóle ograniczały intensywny ruch, biegi czy spacerowanie po schodach. Ale jak tu utrzymać szczeniaka bez ruchu (to tak jak utrzymanie w łóżku chorego dziewięciolatka ;) ) Do tego Twist biegając rozwija ponaddźwiękowe prędkości a Borys koniecznie chce dotrzymać mu kroku. Wygląda to komicznie.
Aha! Dostrzegłam już czubeczki krokusów, które zaraz wybuchną swoim fioletowym kwieciem.
Nadrabiam zaległości w poczcie i w przygotowaniu materiałów na optymistyczne warsztaty. Dzisiaj mamy zerowe spotkanie pierwszej edycji. Jestem pewna sukcesu tego przedsięwzięcia.
W głowie zrodził mi się jeszcze jeden pomysł - na kanwie własnych doświadczeń zresztą. Zamierzam uruchomić program wsparcia rodziców nastolatków. Teraz obmyślam dobry pomysł na nabór rodziców do programu. Idzie wiosna, zatem i problemy z niepokornymi nastolatkami będą się nasilać. Co prawda moja córka jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, bowiem zaczęła ostro wagarować jak przyszła zima, ale zwykle problem ten pojawia się wiosną i zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego.
Zatem kwiecień to dobry czas na rozpoczęcie programu wsparcia.
Stowarzyszenie Optymistów Mimowszystko będzie miało pełne "ręce" roboty :)
czwartek, 8 marca 2012
8 marca Dzień Kobiet - hm...
W moim rodzinnym domu nie obchodziło się tego święta. Wówczas był to bunt wobec komunistycznego oglądu rzeczywistości.
Oczywiście w szkole dostawałam od kolegów tulipana, czy innego goździka, który nigdy nie dotrwał końca lekcji, a już o przywiezieniu do domu nie było mowy. Po pierwsze kwiatek był już obrazem nędzy i rozpaczy a nawet jeśli byłby w niezłej kondycji, uważałam, że pojawienie się z nim w domu, to zbyt duże ryzyko ;)
Czułam się trochę jak zdrajczyni, że w ogóle przyjmowałam kwiatek w tym dniu. Niezła paranoja, prawda?
Potem - już z rozpędu, i wierności wobec rodzinnej tradycji - nie świętowałam Dnia Kobiet i każdego kolejnego męża uświadamiałam w tym temacie. Co jakiś czas jednak, na uczelni czy w pracy, jakaś mężczyzna startowała do mnie z kwiatkiem takim czy innym, więc przestałam się wygłupiać i uświadamiać wszystkich o pochodzeniu tego święta. Brałam kwiatek i już.
Tymczasem dzisiaj moja córka zaakcentowała przy śniadaniu: "ciekawa jestem, czy będą pamiętać..." i znacząco mrugnęła do mnie okiem. Stwierdziłam, że dostawanie kwiatka z okazji czy bez jest po prostu miłe i postanowiłam przestać się wygłupiać. Natomiast ciśnienia "na kwiatek" dzisiaj nie mam, bo w moim domu codziennie mam dzień kobiet, dzień matki itp. Moi mężczyźni, zarówno ten największy, jak dwaj mali obdarowują mnie kwiatkami bez okazji. A najpiękniejsze są oczywiście te, które przynoszą z pola, zebrane podczas spaceru.
A poza tym, 8 marca ma jeszcze jeden walor!!
Odkąd pamiętam, ten kwietny zryw, był dla mnie już początkiem wiosny.
Dzisiaj, jadąc przez miasto, na każdym rogu widziałam jakąś istotę stojącą z wiadrami pełnymi tulipanów. Żałuję bardzo, że nie wzięłam aparatu, zwłaszcza, że w świecącym słońcu, na brudnych jeszcze po zimie chodnikach, nieopodal oszronionych samochodów to jest naprawdę zachwycający widok!!
Niech więc się święci każde święto, dzięki któremu pojawia się na naszych twarzach uśmiech, w sercach trochę słońca a szarzyznę rozpraszają kolorowe kwiatowe łebki!! Nie wyłączając Dnia Kobiet ;) A co!!
Oczywiście w szkole dostawałam od kolegów tulipana, czy innego goździka, który nigdy nie dotrwał końca lekcji, a już o przywiezieniu do domu nie było mowy. Po pierwsze kwiatek był już obrazem nędzy i rozpaczy a nawet jeśli byłby w niezłej kondycji, uważałam, że pojawienie się z nim w domu, to zbyt duże ryzyko ;)
Czułam się trochę jak zdrajczyni, że w ogóle przyjmowałam kwiatek w tym dniu. Niezła paranoja, prawda?
Potem - już z rozpędu, i wierności wobec rodzinnej tradycji - nie świętowałam Dnia Kobiet i każdego kolejnego męża uświadamiałam w tym temacie. Co jakiś czas jednak, na uczelni czy w pracy, jakaś mężczyzna startowała do mnie z kwiatkiem takim czy innym, więc przestałam się wygłupiać i uświadamiać wszystkich o pochodzeniu tego święta. Brałam kwiatek i już.
Tymczasem dzisiaj moja córka zaakcentowała przy śniadaniu: "ciekawa jestem, czy będą pamiętać..." i znacząco mrugnęła do mnie okiem. Stwierdziłam, że dostawanie kwiatka z okazji czy bez jest po prostu miłe i postanowiłam przestać się wygłupiać. Natomiast ciśnienia "na kwiatek" dzisiaj nie mam, bo w moim domu codziennie mam dzień kobiet, dzień matki itp. Moi mężczyźni, zarówno ten największy, jak dwaj mali obdarowują mnie kwiatkami bez okazji. A najpiękniejsze są oczywiście te, które przynoszą z pola, zebrane podczas spaceru.
Odkąd pamiętam, ten kwietny zryw, był dla mnie już początkiem wiosny.
Dzisiaj, jadąc przez miasto, na każdym rogu widziałam jakąś istotę stojącą z wiadrami pełnymi tulipanów. Żałuję bardzo, że nie wzięłam aparatu, zwłaszcza, że w świecącym słońcu, na brudnych jeszcze po zimie chodnikach, nieopodal oszronionych samochodów to jest naprawdę zachwycający widok!!
Niech więc się święci każde święto, dzięki któremu pojawia się na naszych twarzach uśmiech, w sercach trochę słońca a szarzyznę rozpraszają kolorowe kwiatowe łebki!! Nie wyłączając Dnia Kobiet ;) A co!!
wtorek, 6 marca 2012
a jednak będę się upierała...
...że wiosna idzie wieelkimi krokami. Zawsze na styku zimy i wiosny natura skłonna jest do takich przepychanek jakie mamy obecnie. Mróz ścisnął nam zadki, ale te pogodowe zapasy, mają przecież prawo i do końca marca a czasem i w kwietniu (toż przecież kwiecień - plecień) jeszcze dokonywać się na naszych oczach i spragnionych ciepełka grzbietach.
Wczoraj drapnęłam tu i tam w ogrodzie, chcąc przede wszystkim pozbierać kurhany poboryskowe, których niestety pełno w ogródku. Ale szczeniak ma swoje prawa. Jak dorośnie, to - podobnie jak dziś Twist - wszystko będzie zostawiał na polach, podczas spacerów. Tymczasem, po półgodzinie dałam sobie spokój, bo poza tym, że drapanie wymagało sporego samozaparcia i siły, to Sprawca "dekoracji" w ogrodzie uznał, że robię to tylko po to żeby go rozbawić. Dla oglądającego z boku, wyglądać to musiało dość osobliwie, gdy szczeniak wielkości małego cielaczka próbował wyrwać mi z ręki grabie, ja natomiast mogłam sprawiać wrażanie jakbym chciała na tych grabiach - niczym na miotle - gdzieś odlecieć. Nie ukrywam, że pozostały anturaż (rozwichrzony włos, czerwony od mrozu nos itp.) dopełniały obrazu osoby, która na miotle zwykła latać.
Tymczasem, zbieram się do odlotu do miasta. Dzisiaj dzień wypełniony zadaniami. Tymczasem zatem.
PS. Jeżynka wyraźnie się zaktywizowała, grasuje po domu nie tylko nocą, tupta głośno i widać, że też wiosna jej pachnie...
Wczoraj drapnęłam tu i tam w ogrodzie, chcąc przede wszystkim pozbierać kurhany poboryskowe, których niestety pełno w ogródku. Ale szczeniak ma swoje prawa. Jak dorośnie, to - podobnie jak dziś Twist - wszystko będzie zostawiał na polach, podczas spacerów. Tymczasem, po półgodzinie dałam sobie spokój, bo poza tym, że drapanie wymagało sporego samozaparcia i siły, to Sprawca "dekoracji" w ogrodzie uznał, że robię to tylko po to żeby go rozbawić. Dla oglądającego z boku, wyglądać to musiało dość osobliwie, gdy szczeniak wielkości małego cielaczka próbował wyrwać mi z ręki grabie, ja natomiast mogłam sprawiać wrażanie jakbym chciała na tych grabiach - niczym na miotle - gdzieś odlecieć. Nie ukrywam, że pozostały anturaż (rozwichrzony włos, czerwony od mrozu nos itp.) dopełniały obrazu osoby, która na miotle zwykła latać.
Tymczasem, zbieram się do odlotu do miasta. Dzisiaj dzień wypełniony zadaniami. Tymczasem zatem.
PS. Jeżynka wyraźnie się zaktywizowała, grasuje po domu nie tylko nocą, tupta głośno i widać, że też wiosna jej pachnie...
piątek, 2 marca 2012
Wiosna tuż, tuż - a dla mnie już!
Dla mnie to już początek wiosny, bowiem w najbliższych dniach zamierzam wysiać nasionka pomidorów, papryki, ogórków i ziół, które następnie ulokuję w mojej maleńkiej szklarence i jak podrosną wysadzę do "dużej" szklarnio-folii by potem zbierać plony :)
Niestety zioła, które wytrzymały większą część zimy w rzeczonej szklarniofolii, ostatecznie jak przyszła fala mrozów padły :( Choć miałam, to nie zainstalowałam ogrzewania, ale i dobrze, bowiem z 20-sto stopniowymi i większymi mrozami i tak mała grzałka terrariowa by sobie nie poradziła.
Zatem dla mnie rozpoczął się czas wiosennej krzątaniny i nie zamierzam czekać z ogłoszeniem tego faktu do 21 marca :D
Jak coś wyrośnie, to nie omieszkam pochwalić się.
![]() |
| zdziczała kura szarżująca na obiektyw ;) |
![]() | |||
| Czesław z odmrożonym grzebienieniem ups! |
Ogród tymczasem przedstawia obraz nędzy i rozpaczy, lecz jak już wybuchnie wiosna i będzie się czym pochwalić to będzie fajne porównanie. Tymczasem wygląda tak smętnie (wybrałam widoczki najmniej harcore'owe):
środa, 29 lutego 2012
Wyjadą nasi podopieczni, więc będziemy niebezpieczni
Ten post miałam opublikować w ostatni czwartek… Piszę
ostatnio „do szuflady” czekając na moment kiedy będzie sieć i opublikuję post
na blogu. Tymczasem życie płynie, wydarzeń co dzień masa i pewne rzeczy mi
ulatują – cóż skleroza :)
W efekcie poniższy post w części się zdezaktualizował. Ale nie cały!
Zdecydowałam więc – choć trochę to śmieszne – aby zamieścić go bez korekt ;)
Trudno, chronologię szlag trafił, ale słowo pisane nie pleśnieje co najwyżej
trochę traci na aktualności a myśl pozostaje aktualna ;) Do tego „chodziło
mi po głowie”, że przecież o tym pisałam (o czym poniżej) ale nie znalazłam na
blogu. Cóż – pomyślałam – widocznie miałam taki zamiar, zamysł był
skrystalizowany, lecz nie spłynął z głowy na papier (taki czy inny). A jednak. Zatem…
W weekend, nasze Potomstwo, w liczbie sztuk trzech spędzi
noc z soboty na niedzielę poza domem!! Dzieciarnia będzie nocowała w szkole w
ramach samobójczej akcji zorganizowanej przez kadrę harcerską szkolnej drużyny.
Na decyzję nie miałam wpływu, ideę powitałam wraz ze swym małżonkiem
entuzjastycznie i mamy zamiar dobrze się bawić. W planie kino, a potem to, co
dorośli pozostawieni bez opieki dzieci robić lubią najbardziej. Co wyjdzie z
planów? Sama jestem ciekawa, lecz nastrajam się wybitnie pozytywnie i nawet
jeśli nastąpią jakieś zmiany w planach, mam zamiar bawić się doskonale!!
Środa, okazała się dniem obfitującym w doznania (sprawa
sądowa), które dostarczyły mojemu organizmowi sporej porcji adrenaliny. O dziwo
tym razem upiłam się nią na wesoło a nie na smutno, co oznacza bez parafrazy
mniej więcej tyle: zamiast padać na ryj (ups) mam niesamowitego „spida” [to
było prawie tydzień temu – dopisek autorki ;)].
Przeczytałam połowę książeczki o programowaniu przyszłości
(i mam zamiar tego się trzymać), wierzę, że właśnie świetnie zaczęłam dogadywać
się ze wszechświatem i pier…ę kolejkę (zwaną także ogonkiem) po szczęście, w
której sama się ustawiłam. Co prawda przed chwilą Z. uprzejmie poinformował
mnie, że z jutrzejszego nocowania u Justyny nici, ale i tak Go kocham. Co
więcej, zamierzam zarazić go swoim optymizmem i entuzjazmem do świata. [dopisek
autorki: książeczka przeczytana, w najbliższej, lecz bliżej nieokreślonej
przyszłości, pojawi się recenzja na blogu].
Trochę śmiesznie mi wychodzi ostatnio, bo publikuję swoje
posty z lekkim poślizgiem, bowiem – jak to nazwała dzisiaj moja
koleżanka – mam taką czkawkę internetową i pojawiam się na chwilę w sieci i zaraz
znikam. To prawda. Jestem bowiem jeszcze przez chwilę uzależniona od kapryśnego
łącza firmy Polsat Cyfrowy, co to sprzedała nam półtora roku
temu usługę, którą po kilku tygodniach musiała udostępnić jako usługę socjalną
(wypełniając decyzję Pani Strużyńskiej). W efekcie bulimy co miesiąc kasę za
to, za co statystyczny obywatel nie płaci nic, do tego nic z tego nie mamy, bo
łącze nie działa (przepraszam, doprecyzuję słowo „działa”: to trochę tak jak
jąkała rozmawiał z pacjentem z chorą prostatą; facet czekający do urologa
wyjaśnił zaciekawionemu jednostką chorobową jąkale, że ten sika tak, jak on mówi).
Ależ to urocze w tym
naszym kraju nad Wisłą. Ale hak im w smak, umowa wypowiedziana, i trwa
odliczanie do zakończenia tej mordęgi. Na marginesie: bo to naprawdę ciekawostka
„arcy”, kuriozum po prostu. Zadzwoniła do Z. – który umowę zawarł – panienka
„na baterie”, co to wydala z siebie teksty wykute na blaszkę i nie daj Bóg
przerwać jej, bo się gubi biedactwo i zaczyna recytację od początku.
Ostatecznie, starała się usilnie uświadomić Z., że co prawda umowa dobiegła
końca, ale… przedłużyła się automatycznie, i jeśli chcemy ją rozwiązać to… i tu
niespodzianka… ha!! … zapłacimy karę. Z. się wk… znaczy zdenerwował i uprzejmie
poprosił o listowne powiadomienie o tym kuriozum z powołaniem się na konkretne
zapisy w umowie, którą podpisał, w innym bowiem wypadku, żądanie zapłacenia
czegokolwiek, potraktuje jako próbę wyłudzenia i jako taką skieruje do
prokuratury. Teraz oboje z niecierpliwością małolatów wyczekujących pod choinką
świętego OD PREZENTÓW, czekamy na korespondencję z Polszmatu. Będą jaja – coś
czuję. Chyba, że panience padną baterie i nic dalej z tego nie będzie :D
Dopisek aktualności'owy: weekend był super. Najpierw
zaszaleliśmy w Leroy Merlin. Szaleństwo polega na tym, że łazimy, oglądamy,
planujemy i tak spędzamy dwie, trzy godziny. Do kina – za obopólnym i absolutnie spontanicznym
porozumieniem – nie poszliśmy, za to przyjechaliśmy do domu z zamiarem
zafundowania sobie kina z patika (znaczy oglądanie filmów z pendrive’a),
wcześniej zjedliśmy pyszną zieloną kolację (przygotowaną przez Piszącą),
składającą się mnóstwa sałat wszelkich, z szynki parmeńskiej, oliwek z
migdałami oraz oliwy z suszonymi pomidorami i octu balsamicznego „suto”
zakropioną pięcioma kieliszeczkami czystego winka na kartofelkach (ja dwa, Z.
trzy - po dwóch miałam dość i mogłam latać na dywanie ;) ). Zrobiło nam się
błogo. Poszliśmy do „kina” i tyle pamiętam. Rano śmialiśmy się do łez jak to
zaszaleliśmy. Poczułam się jak słoń morski wyrzucony na brzeg. Tłusta, leniwa i
nieruchawa. Ale było naprawdę fajnie :D
wtorek, 28 lutego 2012
fotopost czyli moje domokreacje ;)
Dedykuję ten post dla moich kochanych Przyjaciółek, które los ulokował daleko ode mnie. Dzięki sieci możemy ze sobą rozmawiać, nawet widzieć się - o ile oczywiście internet działa na tyle sprawnie, żeby korzystać ze skype'a... (jak dotąd nie udało się to ani razu) - i komentować na bieżąco to, co niesie życie . Niestety jednak odległość wyklucza wpadanie na chwilkę, na kawkę, na zupę...
Często z Asiulką wspominamy jak mieszkaliśmy "drzwi w drzwi". To były wspaniałe lata. Ja siedziałam z maluchami w domu, Asiulka wpadała po pracy do mnie, robiła przegląd garów, porywała spod ręki kęs właśnie mielonego mięsa na kotlety albo wyrabianego przez Zbyszka drożdżowego ciasta. Łaps i w nogi ;). Ach Asiulka jak ja za tym tęsknię... Wiem, że Ty też. Pomijam oczywiście fakt, że nikt NORMALNY tak nie robi, ale z tego co wiem dziedzicznie obciążyłaś swoją latorośl upodobaniem do surowego mięsa i ciasta, hm?
Nigdy nie zapomnę popołudnia, kiedy moja sąsiadka, urocza blondynka o hipnotyzującej urodzie, zaczepiona przeze mnie na korytarzu, bez chwili wahania przyjęła zaproszenie na... zupę. Wpadła, zjadła (to chyba była pomidorowa?) i tak nasza nieprawdopodobna relacja się zaczęła. I co? Gdzie jesteś teraz? Ileż razy patrzę na gar z zupą i marzę, że wpadniesz, zajrzysz do środka i usiądziesz w oczekiwaniu na talerz, relacjonując przy tym co przyniósł Ci dzień. Dzisiaj szczawiowa. Wolisz z jajkiem czy bez?
Brakuje mi też lotów na dywanie z Asiulką :) ("zrozumio" tylko wtajemniczeni lub nieprawdopodobnie domyślni :) ). Paliwo i dzisiaj by się znalazło, ale niestety Ty jesteś w cholerę daleko.
A Agusia? Twoje wizyty w biegu, pogaduszki o ludziach i życiu. Twoje zostawione niby przez przypadek zakupy w mojej lodówce z przeróżnymi przysmakami. Pamiętam to :) Z Agusią zresztą moja relacja jest szczególna także z innego powodu. TO jedyna moja Przyjaciółka z zasmarkanych lat. Poznałyśmy się na... trzepaku. Agnieszka jak zawsze elegancka (swoją drogą Ty chyba już na świat przyszłaś ubrana ze smakiem i w pięknych butach ;) ), wracała właśnie z kursu tańca. Ja chodziłam do szóstej czy siódmej klasy, Aga jest młodsza o rok. Pamiętam, że miała na nogach bajeczne czółenka. Ciemne włosy, śliczne okulary (to chyba od tego momentu marzyłam, żeby chodzić w okularach), ta Twoja energia Agusiu i wdzięk. I tak się zaczęło, a Tobie tak zostało. Potem ja miałam spadochron i dzięki temu - mimo różnicy wieku - spotkałyśmy się w jednej klasie i w jednej ławce. Z krótką przerwą, kiedy byłyśmy młodymi mężatkami, widzimy się "na co dzień" a obecnie przynajmniej rozmawiamy i jesteśmy na bieżąco. Ale to za mało. Brakuje mi naszych spotkań, wspomnień i pogaduszek. Wiem, odbijemy to sobie w Wielkanoc :)
Tymczasem dość tych rzewnych (myślałam, że pisze się przez "ż", bo to takie twarde słowo) wspomnień. Specjalnie dla Was publikuję tego posta, żebyście mogły na chwilę poczuć się w moim obecnym świecie :)
Najpierw zapraszam Was na rozgrzanie się przy kominku:
Potem zrobię Wam kawę i sobie usiądziemy wygodnie:
A tak wygląda moja jadalnia i kuchnia:

To pokój gościnny - oficjalna lokalizacja mojej Mamy, gdy do nas przyjeżdża:
I nasza sypialnia:
A tutaj piszę do Was i o Was.
Wreszcie urządziłam sobie "tymi ręcami" mój światek :):
środa, 22 lutego 2012
Mimo zimowej jeszcze aury…
… właśnie usłyszałam pogwizdywania zupełnieniezimowych
ptaszków. Niestety kompletnie nie znam się na ptactwie tudzież innych przejawach
wszelkiej żywioły, lecz dźwięki zimy,
czy wiosny są do odróżnienia nawet dla takiego laika jak ja. Zimą – a
mówię oczywiście o naszym kawałku świata, z dala od miejskiego zgiełku czy
nocnego pomrukiwania transformatorów i innego miejskiego żelastwa – wokół jest matowa cisza, raz po raz
przecinana chropawym skrzekiem ptaszysk wrono-podobnych ewentualnie srok, które
choć pięknie przez naturę wykrojone i pomalowane, mają wulgarny i zupełnie dla
siebie nieodpowiedni skrzypiący głos.
Dzisiaj na świecie rozbrzmiewa radosne ćwir, ćwir, mimo
powszechnej apatii. Świat wczoraj cały dzień spływający wodą, dzisiaj wygląda
dość smutno. Kojarzy mi się z niebyt już młodą kobietą, która nad ranem wraca z
nocnej imprezy, z rozmazanym makijażem i garderobą noszącą ślady intensywnego i
nieestetycznego użytkowania. Śnieg
prawie się stopił, po soplach ani śladu, spod nielicznych placków poszarzałego
wodą śniegu wyziera umęczona aurą ziema. Nadgniła trawa, krzaczki róż, z
których smętnie zwisają litościwie pozostawione przez nasze psy fragmenty
włókniny.
Kury wyglądają jakby uciekły się z ciężkiego obozu pracy.
Wyglądają brzydko, są apatyczne i bardzo mi ich szkoda. Czesław i jego
pstrokata przyjaciółka, z którą oboje mimo trzaskających mrozów przesiadywali
na zewnętrznej grzędzie przedstawiają opłakany widok. Oboje mają odmrożone
(poczerniałe na końcach) grzebienie, a ponadto Czesław odmroził sobie swoje
piękne karminowe korale. Pozostała z nich jakaś ½, którą litościwie inne kury
obszczypują z pozostałości czarnych zmartwiałych fragmentów przedstawia obraz
nędzy i rozpaczy. Przykry to widok, tym bardziej nie mam sumienia żadnego z
tych ptaków skrócić o łeb. Bo co, jak już brzydkie i nieużyteczne to na rosół?
Jakoś to takie nie fair według mnie. Liczę, że wspomniane ćwir, ćwir, wpłynie na
nastrój mojej kurzej trzódki, że lepszy humor będzie oznaczać wyższą nieśność.
Od dwóch tygodni bowiem, naszych jajek praktycznie nie ma. Raz na cztery, pięć
dni pojawia się jedno. Byle do wiosny!
Dzisiaj od rana internet nie działa. Po wyprawieniu moich do
miasta, już nie położyłam się, licząc, że od 5.30 do ósmej z minutami coś będę
mogła zdziałać. Nici. Piszę sobie teraz do Worda z nadzieją na rychłe, choć
zapewne krótkotrwałe działanie sieci, tyle choćby, żeby zamieścić swoje wpisy i
sprawdzić pocztę. Lecz nadzieja w tej kwestii znowu jest! W piątek przybyli pod
okienko dwaj panowie z drabiną. Oni mają nam (w przyszłości…) zakładać
Internet. Wybrali sobie co prawda najgorszy z możliwych dni, gdzie praktycznie
zasypało nas po pachy i wszyscy zostaliśmy w domu. Ale dobrze, że w ogóle
przybyli i potwierdzili wolę. Nawet dobrze się stało, że byliśmy w komplecie,
ponieważ ja od kilku dni toczę nierówną walkę z choróbskiem grypopodobnym, więc
obecny w domu Z. mógł udać się z panami na wędrówkę techniczno-krajoznawczą, a
następnie użyczyć nasze łańcuchy, bez których panowie od Internetu zostaliby z
nami do wiosny. Bez łańcuchów bowiem, wyjazd pod górę do drogi jest niemożliwy.
A ponieważ toczymy spór z naszym wójtem, który traktuje gminę jak własny
folwark, więc po złości i za karę, nas i innych niepokornych traktuje w taki
sposób, że odmawia przysłania sprzętu do odśnieżania. Oczywiście argumenty, że
obowiązkiem gminy (tym samym, zarządzającego w imieniu mieszkańców wójta) jest
utrzymanie gminnych dróg, są traktowane jak przysłowiowe potrząsanie szabelką,
my jednak mamy już (!) dzisiaj przekonanie graniczące z pewnością, że to
„łabędzi śpiew” tego szubrawca.
Wiosną zatem spodziewam się: 1/ jajek, 2/ Internetu, 3/
zieleni, 4/ uprawy cebuli przez zwolenników wójta, 5/ słońca, 6/ śpiewu ptaków
i 7/ wszelkiej wiosennej radości.
czwartek, 16 lutego 2012
Życie bywa nie do zniesienia... BYWA - na szczęście
Dzisiaj mija czternaście lat od dnia, kiedy przyszła na świat nasza Córka. Choć odnalezienie się zajęło nam 3,5 miesiąca, z perspektywy ostatnich wydarzeń, zastanawiam się, czy nie szukamy się cały czas… Od trzech godzin przeglądam sieć w poszukiwaniu mądrych wypowiedzi, artykułów, rad czy refleksji. Myślę, że po tej lekturze nie jestem mądrzejsza, ale z pewnością bardziej refleksyjna. To dobrze. Jest nadzieja, że jednak odnajdę drogę do porozumienia z moim Dzieckiem.
Z trwogą wczytywałam się w statystyki, dotyczące problemów wychowawczych, jakie mają rodzice adopcyjni . Kłamstwa, kradzieże, wagary, złe wyniki w nauce – to te, które są naszym udziałem. Reszta, nie. Oby nigdy. I choć katalog problemów, jakie można napotkać w wychowaniu dzieci jest dużo szerszy, to i tak w ostatnim czasie tych kilka spowodowało, że straciliśmy perspektywę: skończyła nam się mapa. Brzmi to tyleż dramatycznie co patetycznie (czy odwrotnie). Przecież nie wykorzystaliśmy jeszcze wszystkich metod! Nie wolno nam się poddawać! Rodzicem się JEST a nie bywa. To wiem, to czuję nawet, ale życie przerasta nasze wyobrażenia.
Lubię marzyć sobie, że za kilkanaście, kilkadziesiąt lat mam przy sobie całą trójkę moich Dzieci, które same mają już założone rodziny, a wszelkie problemy i rafy, które napotkaliśmy wzajem w ich dzieciństwie są już wyłącznie wspomnieniem wydarzeń, które miały szczęśliwe zakończenie.
Od pewnego czasu przedzieram się przez temat macierzyństwa. Macierzyństwa adopcyjnego i biologicznego. Nawet dobrze mi się pisało. Byłam w euforii po własnej terapii. Myślałam, że napiszę książkę, która tchnąć będzie nadzieją dla innych rodziców, innych matek. Teraz wyhamowałam (mam nadzieję, że na chwilę). Czarne chmury problemów wychowawczych zasłoniły mi radosną wizję dzielenia się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. Ale jak zawsze uważam – nic nie dzieje się bez przyczyny. Być może i to doświadczenie jest po COŚ. Być może tym obecnie powinnam się zająć i przebrnąć przez morze trosk, rozterek, bólu i łez żeby moje refleksje były bogate, prawdziwe i użyteczne dla innych, dla których napiszę tę książkę.
Pozdrawiam wszystkich moich Przyjaciół, których zatroskała w ostatnim czasie moja niedyspozycja towarzyska. Wierzę, że teraz rozumiecie, że trudno mi o tym wszystkim mówić. Wolę napisać.
czwartek, 9 lutego 2012
sieci nadal nie ma ALE ZA TO jest cholerny mróz!!!!
Na szczęście są w naszym pięknym kraju miejsca, gdzie jest WIFI bez zabezpieczeń. Siedzę sobie zatem w pięknym przybytku MacDonald's i piję kawę (paskudna!). Ale mogę dzięki temu sprawdzić pocztę i skrobnąć co nieco. Oczywiście moje nadzieje na szybką realizację podłączenia internetu w domu szybko się rozwiały. Internet ma być, ale w bliżej nie określonej przyszłości. Jednak mróz, który zamroził wszystko wokół nieco osłabił moją frustrację. Teraz, gdy pogoda zaczyna być do zniesienia, znowu mnie szlag trafia na myśl, że aby połączyć się ze Światem muszę jechać do znielubionego miasta.
Moi Chłopcy mają dzisiaj bal karnawałowy. Dopijam więc kawę, i zbieram cztery litery, żeby dotrzeć do Dzieciaków i ucharakteryzować odpowiednio: robota i zombie.
Z najstarszą pociechą mam pociech sto. Raczej obecnie to nie pociecha tylko zmartwienie i to przez naprawdę duże Z. Chyba utworzę jakiś odrębny wątek, żeby rozkminiać ten temat. Wiem, że wychowanie nastolatki łatwe nie jest. Ale moja nastolatka daje mi taką szkołę, że momentami zupełnie kończy mi się mapa. Cóż, wychodzi na to, że choć nie czuję się zdziadziała (może powinnam powiedzieć zbabiała), generalnie próchnem raczej nie sypię, to jestem w szoku co wyprawa moje dziecko. Oczywiście robię autorachunek błędów i przegapionych symptomów, ale i tak jest to ślepa uliczka. Mimo, że w domu kolejne dwa urwisy, który mają przed sobą jeszcze okres buntu (nie licząc obecnej przygrywki), to wątpię czy moje doświadczenia z Córką na wiele zdadzą się przy przetrwaniu ich dorastania.
Ale teraz skupiam się na balu, więc dopijam obrzydliwą kawę i lecę.
Aha: od połowy grudnia w domu kolejny domownik, a nawet dwa. Borys i Jeżynka. Borys na stałe, Jeżynka do wiosny :) ale o nich opowiem następnym razem.
Moi Chłopcy mają dzisiaj bal karnawałowy. Dopijam więc kawę, i zbieram cztery litery, żeby dotrzeć do Dzieciaków i ucharakteryzować odpowiednio: robota i zombie.
Z najstarszą pociechą mam pociech sto. Raczej obecnie to nie pociecha tylko zmartwienie i to przez naprawdę duże Z. Chyba utworzę jakiś odrębny wątek, żeby rozkminiać ten temat. Wiem, że wychowanie nastolatki łatwe nie jest. Ale moja nastolatka daje mi taką szkołę, że momentami zupełnie kończy mi się mapa. Cóż, wychodzi na to, że choć nie czuję się zdziadziała (może powinnam powiedzieć zbabiała), generalnie próchnem raczej nie sypię, to jestem w szoku co wyprawa moje dziecko. Oczywiście robię autorachunek błędów i przegapionych symptomów, ale i tak jest to ślepa uliczka. Mimo, że w domu kolejne dwa urwisy, który mają przed sobą jeszcze okres buntu (nie licząc obecnej przygrywki), to wątpię czy moje doświadczenia z Córką na wiele zdadzą się przy przetrwaniu ich dorastania.
Ale teraz skupiam się na balu, więc dopijam obrzydliwą kawę i lecę.
Aha: od połowy grudnia w domu kolejny domownik, a nawet dwa. Borys i Jeżynka. Borys na stałe, Jeżynka do wiosny :) ale o nich opowiem następnym razem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























