środa, 29 lutego 2012

Wyjadą nasi podopieczni, więc będziemy niebezpieczni



Ten post miałam opublikować w ostatni czwartek… Piszę ostatnio „do szuflady” czekając na moment kiedy będzie sieć i opublikuję post na blogu. Tymczasem życie płynie, wydarzeń co dzień masa i pewne rzeczy mi ulatują – cóż skleroza :) W efekcie poniższy post w części się zdezaktualizował. Ale nie cały! Zdecydowałam więc – choć trochę to śmieszne – aby zamieścić go bez korekt ;) Trudno, chronologię szlag trafił, ale słowo pisane nie pleśnieje co najwyżej trochę traci na aktualności a myśl pozostaje aktualna ;) Do tego „chodziło mi po głowie”, że przecież o tym pisałam (o czym poniżej) ale nie znalazłam na blogu. Cóż – pomyślałam – widocznie miałam taki zamiar, zamysł był skrystalizowany, lecz nie spłynął z głowy na papier (taki czy inny). A jednak. Zatem…


W weekend, nasze Potomstwo, w liczbie sztuk trzech spędzi noc z soboty na niedzielę poza domem!! Dzieciarnia będzie nocowała w szkole w ramach samobójczej akcji zorganizowanej przez kadrę harcerską szkolnej drużyny. Na decyzję nie miałam wpływu, ideę powitałam wraz ze swym małżonkiem entuzjastycznie i mamy zamiar dobrze się bawić. W planie kino, a potem to, co dorośli pozostawieni bez opieki dzieci robić lubią najbardziej. Co wyjdzie z planów? Sama jestem ciekawa, lecz nastrajam się wybitnie pozytywnie i nawet jeśli nastąpią jakieś zmiany w planach, mam zamiar bawić się doskonale!!
Środa, okazała się dniem obfitującym w doznania (sprawa sądowa), które dostarczyły mojemu organizmowi sporej porcji adrenaliny. O dziwo tym razem upiłam się nią na wesoło a nie na smutno, co oznacza bez parafrazy mniej więcej tyle: zamiast padać na ryj (ups) mam niesamowitego „spida” [to było prawie tydzień temu – dopisek autorki ;)]. 

Przeczytałam połowę książeczki o programowaniu przyszłości (i mam zamiar tego się trzymać), wierzę, że właśnie świetnie zaczęłam dogadywać się ze wszechświatem i pier…ę kolejkę (zwaną także ogonkiem) po szczęście, w której sama się ustawiłam. Co prawda przed chwilą Z. uprzejmie poinformował mnie, że z jutrzejszego nocowania u Justyny nici, ale i tak Go kocham. Co więcej, zamierzam zarazić go swoim optymizmem i entuzjazmem do świata. [dopisek autorki: książeczka przeczytana, w najbliższej, lecz bliżej nieokreślonej przyszłości, pojawi się recenzja na blogu].

Trochę śmiesznie mi wychodzi ostatnio, bo publikuję swoje posty z lekkim poślizgiem, bowiem – jak to nazwała dzisiaj moja koleżanka – mam taką czkawkę internetową i pojawiam się na chwilę w sieci i zaraz znikam. To prawda. Jestem bowiem jeszcze przez chwilę uzależniona od kapryśnego łącza firmy Polsat Cyfrowy, co to sprzedała nam półtora roku temu usługę, którą po kilku tygodniach musiała udostępnić jako usługę socjalną (wypełniając decyzję Pani Strużyńskiej). W efekcie bulimy co miesiąc kasę za to, za co statystyczny obywatel nie płaci nic, do tego nic z tego nie mamy, bo łącze nie działa (przepraszam, doprecyzuję słowo „działa”: to trochę tak jak jąkała rozmawiał z pacjentem z chorą prostatą; facet czekający do urologa wyjaśnił zaciekawionemu jednostką chorobową jąkale, że ten sika tak, jak on mówi). 
Ależ to urocze w tym naszym kraju nad Wisłą. Ale hak im w smak, umowa wypowiedziana, i trwa odliczanie do zakończenia tej mordęgi. Na marginesie: bo to naprawdę ciekawostka „arcy”, kuriozum po prostu. Zadzwoniła do Z. – który umowę zawarł – panienka „na baterie”, co to wydala z siebie teksty wykute na blaszkę i nie daj Bóg przerwać jej, bo się gubi biedactwo i zaczyna recytację od początku. Ostatecznie, starała się usilnie uświadomić Z., że co prawda umowa dobiegła końca, ale… przedłużyła się automatycznie, i jeśli chcemy ją rozwiązać to… i tu niespodzianka… ha!! … zapłacimy karę. Z. się wk… znaczy zdenerwował i uprzejmie poprosił o listowne powiadomienie o tym kuriozum z powołaniem się na konkretne zapisy w umowie, którą podpisał, w innym bowiem wypadku, żądanie zapłacenia czegokolwiek, potraktuje jako próbę wyłudzenia i jako taką skieruje do prokuratury. Teraz oboje z niecierpliwością małolatów wyczekujących pod choinką świętego OD PREZENTÓW, czekamy na korespondencję z Polszmatu. Będą jaja – coś czuję. Chyba, że panience padną baterie i nic dalej z tego nie będzie :D

Dopisek aktualności'owy: weekend był super. Najpierw zaszaleliśmy w Leroy Merlin. Szaleństwo polega na tym, że łazimy, oglądamy, planujemy i tak spędzamy dwie, trzy godziny. Do kina – za obopólnym i absolutnie spontanicznym porozumieniem – nie poszliśmy, za to przyjechaliśmy do domu z zamiarem zafundowania sobie kina z patika (znaczy oglądanie filmów z pendrive’a), wcześniej zjedliśmy pyszną zieloną kolację (przygotowaną przez Piszącą), składającą się mnóstwa sałat wszelkich, z szynki parmeńskiej, oliwek z migdałami oraz oliwy z suszonymi pomidorami i octu balsamicznego „suto” zakropioną pięcioma kieliszeczkami czystego winka na kartofelkach (ja dwa, Z. trzy - po dwóch miałam dość i mogłam latać na dywanie ;) ). Zrobiło nam się błogo. Poszliśmy do „kina” i tyle pamiętam. Rano śmialiśmy się do łez jak to zaszaleliśmy. Poczułam się jak słoń morski wyrzucony na brzeg. Tłusta, leniwa i nieruchawa. Ale było naprawdę fajnie :D

wtorek, 28 lutego 2012

fotopost czyli moje domokreacje ;)


Dedykuję ten post dla moich kochanych Przyjaciółek, które los ulokował daleko ode mnie. Dzięki sieci możemy ze sobą rozmawiać, nawet widzieć się - o ile oczywiście internet działa na tyle sprawnie, żeby korzystać ze skype'a... (jak dotąd nie udało się to ani razu) - i komentować na bieżąco to, co niesie życie . Niestety jednak odległość wyklucza wpadanie na chwilkę, na kawkę, na zupę...

Często z Asiulką wspominamy jak mieszkaliśmy "drzwi w drzwi". To były wspaniałe lata. Ja siedziałam z maluchami w domu, Asiulka wpadała po pracy do mnie, robiła przegląd garów, porywała spod ręki kęs właśnie mielonego mięsa na kotlety albo wyrabianego przez Zbyszka drożdżowego ciasta. Łaps i w nogi ;). Ach Asiulka jak ja za tym tęsknię... Wiem, że Ty też. Pomijam oczywiście fakt, że nikt NORMALNY tak nie robi, ale z tego co wiem dziedzicznie obciążyłaś swoją latorośl upodobaniem do surowego mięsa i ciasta, hm?
Nigdy nie zapomnę popołudnia, kiedy moja sąsiadka, urocza blondynka o hipnotyzującej urodzie, zaczepiona przeze mnie na korytarzu, bez chwili wahania przyjęła zaproszenie na... zupę. Wpadła, zjadła (to chyba była pomidorowa?) i tak nasza nieprawdopodobna relacja się zaczęła. I co? Gdzie jesteś teraz? Ileż razy patrzę na gar z zupą i marzę, że wpadniesz, zajrzysz do środka i usiądziesz w oczekiwaniu na talerz, relacjonując przy tym co przyniósł Ci dzień. Dzisiaj szczawiowa. Wolisz z jajkiem czy bez?
Brakuje mi też lotów na dywanie z Asiulką :) ("zrozumio" tylko wtajemniczeni lub nieprawdopodobnie domyślni :) ). Paliwo i dzisiaj by się znalazło, ale niestety Ty jesteś w cholerę daleko.

A Agusia? Twoje wizyty w biegu, pogaduszki o ludziach i życiu. Twoje zostawione niby przez przypadek zakupy w mojej lodówce z przeróżnymi przysmakami. Pamiętam to :) Z Agusią zresztą moja relacja jest szczególna także z innego powodu. TO jedyna moja Przyjaciółka z zasmarkanych lat. Poznałyśmy się na... trzepaku. Agnieszka jak zawsze elegancka (swoją drogą Ty chyba już na świat przyszłaś ubrana ze smakiem i w pięknych butach ;) ), wracała właśnie z kursu tańca. Ja chodziłam do szóstej czy siódmej klasy, Aga jest młodsza o rok. Pamiętam, że miała na nogach bajeczne czółenka. Ciemne włosy, śliczne okulary (to chyba od tego momentu marzyłam, żeby chodzić w okularach), ta Twoja energia Agusiu i wdzięk. I tak się zaczęło, a Tobie tak zostało. Potem ja miałam spadochron i dzięki temu - mimo różnicy wieku - spotkałyśmy się w jednej klasie i w jednej ławce. Z krótką przerwą, kiedy byłyśmy młodymi mężatkami, widzimy się "na co dzień" a obecnie przynajmniej rozmawiamy i jesteśmy na bieżąco. Ale to za mało. Brakuje mi naszych spotkań, wspomnień i pogaduszek. Wiem, odbijemy to sobie w Wielkanoc :)



Tymczasem dość tych rzewnych (myślałam, że pisze się przez "ż", bo to takie twarde słowo) wspomnień. Specjalnie dla Was publikuję tego posta, żebyście mogły na chwilę poczuć się w moim obecnym świecie :)

Najpierw zapraszam Was na rozgrzanie się przy kominku:










Potem zrobię Wam kawę i sobie usiądziemy wygodnie:













A tak wygląda moja jadalnia i kuchnia:










 Do pokoju K. nie zapraszam, bo za bardzo Was lubię ;) a do Chłopców nie - bo cały czas uczą się porządku, ale im nie wychodzi, choć ja wciąż mam nadzieję...

To pokój gościnny - oficjalna lokalizacja mojej Mamy, gdy do nas przyjeżdża:


I nasza sypialnia: 





















A tutaj piszę do Was i o Was.
Wreszcie urządziłam sobie "tymi ręcami" mój światek :):

środa, 22 lutego 2012

Mimo zimowej jeszcze aury…



… właśnie usłyszałam pogwizdywania zupełnieniezimowych ptaszków. Niestety kompletnie nie znam się na ptactwie tudzież innych przejawach wszelkiej żywioły, lecz dźwięki zimy,  czy wiosny są do odróżnienia nawet dla takiego laika jak ja. Zimą – a mówię oczywiście o naszym kawałku świata, z dala od miejskiego zgiełku czy nocnego pomrukiwania transformatorów i innego miejskiego żelastwa  – wokół jest matowa cisza, raz po raz przecinana chropawym skrzekiem ptaszysk wrono-podobnych ewentualnie srok, które choć pięknie przez naturę wykrojone i pomalowane, mają wulgarny i zupełnie dla siebie nieodpowiedni  skrzypiący głos.
Dzisiaj na świecie rozbrzmiewa radosne ćwir, ćwir, mimo powszechnej apatii. Świat wczoraj cały dzień spływający wodą, dzisiaj wygląda dość smutno. Kojarzy mi się z niebyt już młodą kobietą, która nad ranem wraca z nocnej imprezy, z rozmazanym makijażem i garderobą noszącą ślady intensywnego i nieestetycznego użytkowania.  Śnieg prawie się stopił, po soplach ani śladu, spod nielicznych placków poszarzałego wodą śniegu wyziera umęczona aurą ziema. Nadgniła trawa, krzaczki róż, z których smętnie zwisają litościwie pozostawione przez nasze psy fragmenty włókniny.
Kury wyglądają jakby uciekły się z ciężkiego obozu pracy. Wyglądają brzydko, są apatyczne i bardzo mi ich szkoda. Czesław i jego pstrokata przyjaciółka, z którą oboje mimo trzaskających mrozów przesiadywali na zewnętrznej grzędzie przedstawiają opłakany widok. Oboje mają odmrożone (poczerniałe na końcach) grzebienie, a ponadto Czesław odmroził sobie swoje piękne karminowe korale. Pozostała z nich jakaś ½, którą litościwie inne kury obszczypują z pozostałości czarnych zmartwiałych fragmentów przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Przykry to widok, tym bardziej nie mam sumienia żadnego z tych ptaków skrócić o łeb. Bo co, jak już brzydkie i nieużyteczne to na rosół? Jakoś to takie nie fair według mnie.  Liczę, że wspomniane ćwir, ćwir, wpłynie na nastrój mojej kurzej trzódki, że lepszy humor będzie oznaczać wyższą nieśność. Od dwóch tygodni bowiem, naszych jajek praktycznie nie ma. Raz na cztery, pięć dni pojawia się jedno. Byle do wiosny!
Dzisiaj od rana internet nie działa. Po wyprawieniu moich do miasta, już nie położyłam się, licząc, że od 5.30 do ósmej z minutami coś będę mogła zdziałać. Nici. Piszę sobie teraz do Worda z nadzieją na rychłe, choć zapewne krótkotrwałe działanie sieci, tyle choćby, żeby zamieścić swoje wpisy i sprawdzić pocztę. Lecz nadzieja w tej kwestii znowu jest! W piątek przybyli pod okienko dwaj panowie z drabiną. Oni mają nam (w przyszłości…) zakładać Internet. Wybrali sobie co prawda najgorszy z możliwych dni, gdzie praktycznie zasypało nas po pachy i wszyscy zostaliśmy w domu. Ale dobrze, że w ogóle przybyli i potwierdzili wolę. Nawet dobrze się stało, że byliśmy w komplecie, ponieważ ja od kilku dni toczę nierówną walkę z choróbskiem grypopodobnym, więc obecny w domu Z. mógł udać się z panami na wędrówkę techniczno-krajoznawczą, a następnie użyczyć nasze łańcuchy, bez których panowie od Internetu zostaliby z nami do wiosny. Bez łańcuchów bowiem, wyjazd pod górę do drogi jest niemożliwy. A ponieważ toczymy spór z naszym wójtem, który traktuje gminę jak własny folwark, więc po złości i za karę, nas i innych niepokornych traktuje w taki sposób, że odmawia przysłania sprzętu do odśnieżania. Oczywiście argumenty, że obowiązkiem gminy (tym samym, zarządzającego w imieniu mieszkańców wójta) jest utrzymanie gminnych dróg, są traktowane jak przysłowiowe potrząsanie szabelką, my jednak mamy już (!) dzisiaj przekonanie graniczące z pewnością, że to „łabędzi śpiew” tego szubrawca.
Wiosną zatem spodziewam się: 1/ jajek, 2/ Internetu, 3/ zieleni, 4/ uprawy cebuli przez zwolenników wójta, 5/ słońca, 6/ śpiewu ptaków i 7/ wszelkiej wiosennej radości.

czwartek, 16 lutego 2012

Życie bywa nie do zniesienia... BYWA - na szczęście


Dzisiaj mija czternaście lat od dnia, kiedy przyszła na świat nasza Córka. Choć odnalezienie się zajęło nam 3,5 miesiąca, z perspektywy ostatnich wydarzeń, zastanawiam się, czy nie szukamy się cały czas… Od trzech godzin przeglądam sieć w poszukiwaniu mądrych wypowiedzi, artykułów, rad czy refleksji. Myślę, że po tej lekturze nie jestem mądrzejsza, ale z pewnością bardziej refleksyjna. To dobrze. Jest nadzieja, że jednak odnajdę drogę do porozumienia z moim Dzieckiem.
Z trwogą wczytywałam się w statystyki, dotyczące problemów wychowawczych, jakie mają rodzice adopcyjni . Kłamstwa, kradzieże, wagary, złe wyniki w nauce – to te, które są naszym udziałem. Reszta, nie. Oby nigdy. I choć katalog problemów, jakie można napotkać w wychowaniu dzieci jest dużo szerszy, to i tak w ostatnim czasie tych kilka spowodowało, że straciliśmy perspektywę: skończyła nam się mapa. Brzmi to tyleż dramatycznie co patetycznie (czy odwrotnie). Przecież nie wykorzystaliśmy jeszcze wszystkich metod!  Nie wolno nam się poddawać!  Rodzicem się JEST a nie bywa. To wiem, to czuję nawet, ale życie przerasta nasze wyobrażenia.
Lubię marzyć sobie, że za kilkanaście, kilkadziesiąt lat mam przy sobie całą trójkę moich Dzieci, które same mają już założone rodziny, a wszelkie problemy i rafy, które napotkaliśmy wzajem w ich dzieciństwie są już wyłącznie wspomnieniem wydarzeń, które miały szczęśliwe zakończenie.
Od pewnego czasu przedzieram się przez temat macierzyństwa. Macierzyństwa adopcyjnego i biologicznego. Nawet dobrze mi się pisało. Byłam w euforii po własnej terapii. Myślałam, że napiszę książkę, która tchnąć będzie nadzieją dla innych rodziców, innych matek. Teraz wyhamowałam (mam nadzieję, że na chwilę). Czarne chmury problemów wychowawczych zasłoniły mi radosną wizję dzielenia się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. Ale jak zawsze uważam – nic nie dzieje się bez przyczyny. Być może i to doświadczenie jest po COŚ. Być może tym obecnie powinnam się zająć i przebrnąć przez morze trosk, rozterek, bólu i łez żeby moje refleksje były bogate, prawdziwe i użyteczne dla innych, dla których napiszę tę książkę.

Pozdrawiam wszystkich moich Przyjaciół, których zatroskała w ostatnim czasie moja niedyspozycja towarzyska. Wierzę, że teraz rozumiecie, że trudno mi o tym wszystkim mówić. Wolę napisać.

czwartek, 9 lutego 2012

sieci nadal nie ma ALE ZA TO jest cholerny mróz!!!!

Na szczęście są w naszym pięknym kraju miejsca, gdzie jest WIFI bez zabezpieczeń. Siedzę sobie zatem w pięknym przybytku MacDonald's i piję kawę (paskudna!). Ale mogę dzięki temu sprawdzić pocztę i skrobnąć co nieco. Oczywiście moje nadzieje na szybką realizację podłączenia internetu w domu szybko się rozwiały. Internet ma być, ale w bliżej nie określonej przyszłości. Jednak mróz, który zamroził wszystko wokół nieco osłabił moją frustrację. Teraz, gdy pogoda zaczyna być do zniesienia, znowu mnie szlag trafia na myśl, że aby połączyć się ze Światem muszę jechać do znielubionego miasta.
Moi Chłopcy mają dzisiaj bal karnawałowy. Dopijam więc kawę, i zbieram cztery litery, żeby dotrzeć do Dzieciaków i ucharakteryzować odpowiednio: robota i zombie.
Z najstarszą pociechą mam pociech sto. Raczej obecnie to nie pociecha tylko zmartwienie i to przez naprawdę duże Z. Chyba utworzę jakiś odrębny wątek, żeby rozkminiać ten temat. Wiem, że wychowanie nastolatki łatwe nie jest. Ale moja nastolatka daje mi taką szkołę, że momentami zupełnie kończy mi się mapa. Cóż, wychodzi na to, że choć nie czuję się zdziadziała (może powinnam powiedzieć zbabiała), generalnie próchnem raczej nie sypię, to jestem w szoku co wyprawa moje dziecko. Oczywiście robię autorachunek błędów i przegapionych symptomów, ale i tak jest to ślepa uliczka. Mimo, że w domu kolejne dwa urwisy, który mają przed sobą jeszcze okres buntu (nie licząc obecnej przygrywki), to wątpię czy moje doświadczenia z Córką na wiele zdadzą się przy przetrwaniu ich dorastania.
Ale teraz skupiam się na balu, więc dopijam obrzydliwą kawę i lecę.
Aha: od połowy grudnia w domu kolejny domownik, a nawet dwa. Borys i Jeżynka. Borys na stałe, Jeżynka do wiosny :) ale o nich opowiem następnym razem.

wtorek, 24 stycznia 2012

...dziurawa sieć

Jest godzina druga w nocy. Głęboka noc to jedyny czas, kiedy mam jakiekolwiek szanse wejść do internetu. Okropnie mnie to frustruje, ale być może mąk tych już wkrótce nadejdzie koniec. Jeśli słowo fachowca cokolwiek znaczy (a w ciągu swego życia przekonuję się niestety boleśnie, że niezbyt dużo :( ) to być może jeszcze w tym tygodniu będziemy mieć normalny internet. Co prawda radiowe łącze to nie jest szczyt moich marzeń, ale jest to szczyt możliwości technicznych na mojej skądinąd kochanej wsi, ale totalnie zadupionej.
Dużo się dzieje u mnie, dużo chciałabym opowiedzieć w swoich widokach, lecz na drodze ku szczęściu stoi - póki co - brak możliwości technicznych. Zatem niech ta krótka notatka jest znakiem dla moich Przyjaciół, że funkcje życiowe trwają niezmiennie, wena także by była ale póki co na systematyczność nie mam szans.

wtorek, 13 grudnia 2011

Powrót widoków

I to w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa. Od ponad dwóch miesięcy funkcjonuję bez wsparcia swojej Grupy, z którą przeszłam trzymiesięczne, fascynujące doświadczenie.
Dzisiaj otwieram oczy szerzej, często się uśmiecham, nie zwracam szczególnej uwagi na upiorki, które czasem chcą zważyć mi humor.
Rozstaję się z obecnym pracodawcą - jak pisałam na samym początku, podpieranie stołu skrzypcami nie wychodzi na dłuższą metę...

Dzieciaki nie sprawiają większych problemów niż zwykle, pod moim dachem rozkwita młoda kobieta z wszystkimi urokami i mniej urokliwymi stronami tego zjawiska, a synowie są ogromną radością, chociaż chwilami wydaje mi się, że ich odgłowię ;)

Kury się niosą. Teraz już trochę słabiej. Idzie zima, a ja kurzej hodowli cały czas się uczę. Ale pojawiło się kolejne zwierzątko: Czesław. Zdjęcie Czesława wkrótce zamieszczę w kurzej stopie. Czesław jest specjalistą od piania. I robi to na prawdę z sercem. Ciekawe co powiedzą sąsiedzi, jak wiosną zaczną zjeżdżać na działki. Lecz ja już przygotowałam ripostę: jesteśmy na wsi a nie w jakimś Zdroju czy innym Ciechocinku. I tego zamierzam się trzymać.
Czesław został nabyty w drodze kupna dla moich nieśnych dziewczynek ku ich rozrywce ;) Wygląda na to, że nie był to całkiem głupi pomysł, bo dziewczynki są zadowolone - jak mniemam - bo niosą się  jak latem, a miała być katastrofa wieszczona przez Prawdziwych-hodowców-kur.

Nasz remont trwa i potrwa jeszcze dłuuugo. Do tego Głównywykonawca złamał sobie palec w prawej nodze więc chwilowo wszystko jest w zawieszeniu. Ale ducha nie tracę, więcej, ta zwłoka jest nawet inspirująca, bo coraz to nowe rozwiązania przychodzą nam do głowy i tak się nasza budowlana epopeja plecie.

Znowu trochę maluję. Wyszło mi na to, że zima jakoś szczególnie mnie inspiruje choć światło nie takie... Ale ze mnie żadna artystka więc z tym światłem jakoś strasznie nie walczę, zwłaszcza, że nie maluję portretów tylko abstrakcje. Gdy spoglądam w ciągu dnia na to, co malowałam wieczorem mam dzięki temu dodatkowy fun, bowiem kolory wyglądają inaczej niż przy sztucznym oświetleniu. Jak dotąd nie przeżyłam żadnych rozczarowań, więc uważam, że tak jest ok.

Nie pisałam latem nic. Dziś trochę żałuję bo wiele się działo, ale nie byłam w stanie. Był to bardzo bogaty w emocje i rozkminy czas. Czas kiedy pierwszy raz w życiu mogłam skupić się wyłącznie na sobie i być dla siebie i ze sobą. Oczywiście nie wyjeżdżając w żadną głuszę funkcjonowałam siłą faktu w dwóch różnych rzeczywistościach. Od rana do wczesnego popołudnia dla siebie, w miejskiej dżungli, która otaczała mnie jak pozbawiona wyrazu otchłań. Drugą, większą część doby byłam ze swoją Rodziną. Znacznie więcej czasu mogłam im poświęcić niż kiedykolwiek wcześniej. Stałam się uważna. Zresztą termin "uważna" przechodził w tę i z powrotem w moich myślach i oswoił się na tyle, że chyba najtrafniej wyraża przemianę jaka się we mnie dokonała.

Ostatnie miesiące to także morze czytelniczej rozkoszy. Każdą wolną chwilę wykorzystuję na czytanie. Co prawda upośledzenie polegające na niepamiętaniu tytułów, autorów czy szczegółów z tego co przeczytałam znacznie zmniejsza moje zasoby ale już się do tego w swoim życiu przyzwyczaiłam, a po tym lecie - przestałam się tym przejmować! Zresztą przestałam przejmować się wieloma sprawami, które ujrzałam w nowym świetle, w nowej perspektywie i z innego dystansu. Inspiracje płynące z przeróżnych doświadczeń tego roku zakiełkowały planem napisania książki. Chciałam napisać: "książki na temat", ale się zacięłam, bo nie mogę tego określić jednym zdaniem. Nawet zaczęłam pisać, zastanawiam się tylko, w jaki sposób siebie zdyscyplinować. Czy pisać na blogu fragmentami, a potem to skleić w całość, czy napisać całość a potem zastanowić się jak podzielić się tym z innymi. Z dyscypliną bowiem jest u mnie ostatnio różnie. Trochę zaczęłam sobie odpuszczać, folgować. To pewnie naturalna faza, która następuje po tym jak dostrzegamy w sobie czującego człowieka a nie robota, który każdy dzień planuje i realizuje zadania z największą starannością, nie pozwalając sobie na żadną zwłokę, nierzetelność czy usprawiedliwienie by coś sobie odpuścić.

Ostatecznie jestem znowu tutaj. Z WIDOKAMI. I na przyszłość.
Mam kilka pomysłów jak się twórczo i mądrze realizować. Potrzeba mi do tego wytrwałości, pomysłowości i lansu. Z tym ostatnim idzie najciężej, wiele moich ograniczeń powstrzymuje mnie przed autopromocją lecz wiem, że bez tego nic nie zdziałam ani na niwie coachingowej, szkoleniowej ani atystycznej.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Końcowe odliczanie do zakończenia roku szkolnego


To już ostatnia prosta w tym roku szkolnym. Chłopcy bezstresowo podchodzili do nauki przez cały rok i w takim też nastroju oczekują końca nauki w tym roku… hm... Jak mawia Z. nasi synowie nie mają ortodoksyjnego podejścia do nauki. Nasza Córka zaś, w ciągu ostatniego półrocza niesamowicie wydoroślała. O 180 stopni zmieniła swoje podejście do nauki, powyciągała stopnie na tyle na ile da się to zrobić w ostatnim semestrze nauki w szkole podstawowej… Jestem z niej naprawdę dumna, i trochę z siebie też… Wiele osób, z moją Mamą na czele w sposób bardziej lub mniej otwarty poddawało krytyce moje metody wychowawcze. W tej kwestii ich zdaniem, zwłaszcza w kontekście nauki, moja niefrasobliwość „z pewnością doprowadzi do wielkiej katastrofy”. W moim podejściu zaś założyłam, że jestem w dystansie wobec nauki moich Dzieci, obserwując przy tym bacznie co się dzieje i oferując pomoc wtedy, kiedy będą jej potrzebowały. Od początku natomiast założyłam, że w żadnym razie nie będę z nimi odrabiać lekcji. W przypadku Córki, w szóstej klasie zaczęłam się podłamywać, wyrzucając sobie co i raz, że może rzeczywiście byłam w błędzie. Tymczasem, zarówno wynik na egzaminie do gimnazjum, podejście do nauki i poświęcany jej czas, wreszcie imponujące podciągnięcie ocen - ostatecznie potwierdziły, że nie błądziłam. 
Liczę przy tym, że moja metoda - dla której mam pełne poparcie i wsparcie w Z - sprawdzi się także w przypadku Chłopców. Na razie bowiem ich naukowe osiągnięcia stanowią nową pożywkę, dla ciosających mi kołki na głowie.

Tymczasem dwa tygodnie temu pełną parą ruszyły przygotowania do wyjazdu Dzieci na obóz. Oznacza to dren w portfelu, bieganie po sklepach, składnicach harcerskich i innych decathlonach. Pozostały jeszcze tylko drobiazgi: wywijki, getry, nowa rogatywka dla Córki (większa - pewnie głowa urosła od nauki ;) ), sznurek w ilości hurtowej (potrzebny do wszystkiego i do tego, na co dorosły by nie wpadł) oraz skarpetki i majtki (zwłaszcza, że wszystko i tak ląduje w ognisku po powrocie, bo nie sposób tego doprać, więc trzeba kupić dużo i tanio). I to już chyba będzie wszystko.

W związku z wyjazdem, podekscytowani są wszyscy, albowiem:
1/ Chłopcy pierwszy raz jadą gdzieś z nocowaniem bez rodziców,
2/ Córka jest w kadrze i będzie druhną także swoich braci (współczuję obu stronom, ale nie miałam wpływu na tę decyzję),
3/ przez dwa tygodnie będziemy z Z. śpiewać: „wyjechali na wakacje wszyscy mali podopieczni, gdy w domu dzieci nie ma, to jesteśmy niegrzeczni…” :)

Ponadto nasz ogród zmienia się z każdym dniem, zaparłam się bowiem i zbudowałam dla dzieciaków podest pod basen (zdjęcia niebawem), posadziłam nowe roślinki i w ogóle szaleję aranżacyjnie. Wreszcie poczułam satysfakcjonującą lekkość w kreowaniu jego nowego wizerunku. Jak tak dalej pójdzie otrzymam przydomek "strong-men" czy "women" raczej, bo moje przedsięwzięcia ogromnie angażują mnie fizycznie (zwłaszcza, że sama zrobię przecież najlepiej... a do tego jestem okropnie niecierpliwa, więc nie chcę nawet prosić nikogo o pomoc i potem czekać na finał). Co i raz Z. wyrywa mi szpadel z rąk i kończy za mnie cięższe prace, podczas gdy ja odzyskuję siły. Jestem mu za to wdzięczna, mimo, że przegania mnie od siebie, żebmy nie mądrzyła mu się nad głową :) 

Uff to tyle tymczasem.
 
Powyższym raportem, mam nadzieję, że zaspokoiłam ciekawość wszystkich moich blogowych kibiców, jednocześnie usprawiedliwiłam swoje dłuższe milczenie.

sobota, 28 maja 2011

Jedną nogą w gimnazjum :D

Moja Córeczka miała dzisiaj ważny dzień. Ponieważ jej marzeniem jest dostanie się do gimnazjum sportowego, więc egzamin kwietniowy z teorii nie był ostatnim. Dzisiaj miała egzamin pływacki i poszło DOSKONALE!!!!! Puchłam z dumy gdy widziałam autentyczny podziw pomieszany z zaskoczeniem w oczach trenerów przeprowadzających egzamin, którzy poza moją Dziewczynką i jeszcze jednym chłopcem doskonale znali ścigające się o miejsce w szkole dzieciaki. Oczywiście bardzo się denerwowałyśmy, choć jedna przed drugą udawała, że wszystko jest ok :) Ostatecznie ja ogryzłam sobie skórki w obu dłoniach a K. zakładając rozdarła w strzępy swój ukochany czepek. Przybiegła do mnie zrozpaczona, lecz ja od razu stwierdziłam: "to na szczęście" i rzeczywiście, trener użyczył czepka a K. wypadła w wyścigach doskonale!

Tak więc teraz już ostatnia prosta. Wyciąganie ocen, żeby świadectwo wypadło lepiej niż w pierwszym semestrze. Moje najstarsze Dziecko po prostu przeszło fantastyczną metamorfozę!! Jest taka fajna, mądra i coraz bardziej odpowiedzialna. Jedyną skazą na tym obrazku zdawałoby się idealnym są Jej fochy. Ale coraz częściej udaje mi się przejść nad nimi do porządku dziennego. Wymagało to z mojej strony ogromnego wysiłku, bowiem jako osoba prostolinijna i nie chowająca urazy nie rozumiem żadnych fochów. Ja tej metody komunikowania się z otoczeniem nie stosuję za to moja Córka robi to za nas dwie. Ale jeśli będzie to jeden foch na kilka naprawdę fajnych chwil - da się znieść :)
Po egzaminie pojechałyśmy świętować. Pojechałyśmy w pierwszych odruchu oczywiście do Decathlonu celem nabycia nowego czepka... kupiłyśmy dwa :) Poza tym nowy ręcznik z mikrofibry i kostium dwuczęściowy na lato. Ale największym łupem są optyczne okulary pływackie. Nie posiadałam się z radości, gdy wypatrzyłam, że są do dobrania dowolne soczewki i pasek osobno, z których indywidualnie robi się własne okulary. Do tej pory K. musiała pływać "na słuch" ponieważ ma bardzo słaby wzrok. Gdy przymierzała - dobierając najlepsze - okulary nagle rozpromieniła się jak słońce nad Saharą i powiedziała: "o rany, jak dobrze widzę!". Zatem uzbrojona w nowy sprzęt jutro wypróbuje go na basenie.

A jutro moc wydarzeń. Przyjeżdżają Dziadkowie (Rodzice mojego pierwszego męża, którzy są najwspanialszymi Dziadkami pod słońcem także dla moich kolejnych pociech popełnionych nie z ich synem). Spotkamy się na basenie, gdzie wreszcie zobaczą jak ich wnuczka przedzierzga się w prawdziwą syrenkę, delfina i inną żabkę :) Po powrocie do domu zjemy razem obiad, na który zamierzam podać żeberka w sobie rockpol :) Zobaczymy jak się udadzą.

Biorę się więc za z(a)mar(y)nowanie mięsa bo już późno i padam na twarz a marzę baaardzo o pachnącej pościeli...

poniedziałek, 23 maja 2011

To był bajeczny weekend...


To był naprawdę cudny weekend. Zupełnie przeszedł oczekiwania i rozwinął się spontanicznie poza planami. Sobota zaczęła się od śniadania, ale nie byle jakiego. Wreszcie, po zakończonym w czwartek okresie bolesnej dla nas jajecznej karencji, dokonaliśmy inauguracji naszych jaj!!! 
Przez tydzień kury niosły się świetnie ale jajka lądowały w miskach naszych zwierzaków. Z. stwierdził, że to paranoja:  nasze koty i pies jedzą wiejskie jajka, a my wpierniczamy fermowe!. Stwierdziłam jednak – co zyskało przecież aprobatę – że nie mamy zamiaru rodziny faszerować jajkami z antybiotykiem. Swoją drogą zostałam sprowadzona do rzeczywistości przez Z. który stwierdził, że mając na uwadze „uczciwość” producentów wszelkiego sortu, kupując jajka w sklepie czy gdzieś na wsi nawet, i tak nie mamy gwarancji czy w pakiecie nie dostajemy jakiegoś leku, którym drób jest leczony… Hm trudno odmówić logiki takiemu tokowi myślenia.

Wczesnym popołudniem zaś, odwiedzili nas zapowiedziani znajomi. Oczywiście tradycji biesiad grillowych stało się zadość. Gadaliśmy, jedliśmy i piliśmy… Nie wszyscy pamiętają koniec imprezy, a przynajmniej niedetalicznie… Pisząca oraz piękniejsza połowa z pary naszych Gości pozostałyśmy trzeźwe do końca. Wiadomo: wariackie proszki… Mimo to, świetnie się bawiłyśmy, zwłaszcza patrząc na naszych Panów, którzy w rozkoszny sposób potwierdzali prawdę znaną od zawsze: mężczyźni to duzi chłopcy ;) Może nie powinnam być tak uszczypliwa, bo było naprawdę miło, obyło się ze strony płci brzydkiej bez jakichkolwiek szowinistycznych komentarzy pod adresem płci pięknej, lecz to nie musi mnie przecież ograniczać! 
Wieczorem wpadła jeszcze na chwilę moja zaprzyjaźniona weterynarz, przywiozła zamówionego na potrawkę królika (w wersji półproduktu! oczywiście), choć zaglądając do torby miałam poważne wątpliwości czy to nie kot :( (pierwszy raz w życiu widziałam to to bez skórki i innych jednoznacznie króliczych atrybutów), wiejskie mleko na zsiadłe (wiem, wiem mieszczuchom ślinka leci :) a ja się dopiero rozkręcam) oraz coś dla moich najmłodszych podopiecznych czyli pozostałe po obiedzie ugotowane ziemniaczki. To, co kury wyprawiały nazajutrz jak je dostały zasługiwałoby na odrębną opowieść. Ja, patrząc na nie, pomyślałam, że pewnie na ich miejscu powiedziałabym – jak mam w zwyczaju, gdy moim udziałem jest kulinarna rozkosz – OBS!! Co dla niewtajemniczonych spiesznie odszyfrowuję: Orgazm Bez Stosunku ;)

Przed północą, gości (poza planem) i Małżonka swego (jak najbardziej w standardzie) położyłam spać, ogarnęłam biesiadne pobojowisko i udałam się na zasłużony odpoczynek. 
Rano natomiast nie miałam co robić w kuchni!! Śniadanie przygotował gość!! Uwielbiam takich gości!!!! Ja z Żoną gościa zażyłyśmy swoje wariackie proszki (każda swoje oczywiście) i czekałyśmy na ucztę. Była naprawdę udana!! Goście uraczeni jajecznicą z dwóch, pozostałych z poprzedniego dnia jajek, mieli  OBS :)
Gdy Z. mówił, że różnica w smaku, zapachu, nie mówiąc już o kolorze między jajkami od własnej kury i fermowymi jest kolosalna – nie do końca wierzyłam. Zdecydowanie zweryfikowałam swoje stanowisko. Nasze jaja są bezkonkurencyjne!!! Nie wnikam przy tym, czy to dlatego, że codziennie nasze kury karmię, głaszczę i zabawiam różnymi opowieściami ;) czy po prostu dobre jajka tak mają. 

W niedzielne popołudnie pojechałam z Synami na basen, po czym zapakowałam Córkę na pokład i pogrzmiałam do stolicy na spotkanie randkowe mojej latorośli (tak to się już porobiło, a jeszcze niedawno zmieniałam jej pampersy buuuu). Po drodze porwałam Wróżyka i spędziłyśmy urocze popołudnie na Starówce. Zaczęłyśmy od kultowych bułek z pieczarkami. Zawsze, gdy jestem na Starówce, zaliczam bułkę. Dziś już raczej z sentymentu. Jest to bowiem to samo miejsce od trzydziestu lat, gdzie po nastaniu stanu wojennego, zamiast rozpowszechnionych już w naszej ojczyźnie hot-dogów, z powodu braku parówek (choć niektóre budy radziły sobie parówkami z nutrii brrrr obrzydlistwo!) ktoś wpadł na pomysł, by do dziurawej buły napakować pieczarek z cebulką! Wczoraj buła kosztowała już 6 złotych! Ale w końcu za przedmiot kultu trzeba zapłacić. Była cudownie chrupiąca, z dużym współczynnikiem dobroci (czyli całą dziurą wypełnioną bo brzeg pysznym, grzybowym farszem).  Wczoraj – jak za każdym razem – przy pierwszym kęsie zamknęłam oczy i… znów byłam w ósmej klasie, pamiętam jak chodziłam ubrana, jaką miałam torbę i jak wszystko było przede mną…
Po dwudziestominutowej randce, która miała trwać godzinę (ups), moje Dziecię dołączyło do nas i resztę popołudnia spędziłyśmy we trzy! Była kawa, były lody i kultowa różowa oranżada ze szklanej butelki. Musimy to niedługo powtórzyć – tak się umówiłyśmy :) We trzy. Mam wrażenie, że nie będę miała nic przeciwko randkom mojej Córki ;)

To był naprawdę cudowny weekend.
I z całą pogodą z jaką weszłam w ten tydzień pozdrawiam wszystkich życząc tylko miłych chwil.