Tytuł przewrotny, ale nie jestem autorką tego określenia.
Z. , który był przejął "pałeczkę" przy budowie kurnika, po kolejnym dniu poświęconym realizacji zachcianki małżonki swojej - znaczy mnie - stwierdził nie ukrywając sarkazmu, że znalazł sobie uroczy czasoumilacz...
Ja rezolutnie zadałam pytanie " - że kurnik, tak?" i od razu pożałowałam, ponieważ spojrzenie mojego męża (wyrażające mordercze uczucia) oraz narzędzia, które dzierżył w dłoniach typu młotek i stapler silnie podziałały na moją wyobraźnię... Zniknęłam mu więc czym prędzej z oczu i oddałam się z zapałem pracom ogrodowym, którym poświęciłam cały weekend.
Nic tak dobrze nie robi na stres jak ostry fizyczny zap.....l.
Tak właśnie odreagowałam wydarzenia ostatniego tygodnia. W piątek byłam z jednym z moich Chłopców w szpitalu na planowej wizycie laryngologicznej, bowiem mamy przed sobą pozbycie się trzeciego migdałka, tymczasem okazało się, że prawdopodobnie coś niepokojącego dzieje się w zatokach. Zanim więc przystąpimy do egzekucji migdałka, czeka nas w tym tygodniu dwukrotna wizyta w szpitalu w tym jednodniowy pobyt celem wykonania tomografii głowy i wymazów skąd się da...
Oczywiście nie muszę żadnej mamie tłumaczyć, że przejęłam się wypełniając dokumentację, którą otrzymałam na wynos do uzupełnienia, dotyczącą między innymi zgody na narkozę i podpisanie się pod oświadczeniem, że jestem świadoma ryzyka itp. itd.
Chata niestety nie świeci wiosennym blaskiem :(. Daleko jej do przedświątecznego standardu. Niestety mój pełny etat szoferski stoi w kolizji z etatem gospodyni domowej. Szkoda, bo bardzo lubię - zwłaszcza na wiosnę - wymieść z domu wszystkie śmiecie i zimowe humorki.
Ale stwierdziłam, że świat się na tym nie kończy. Mam nadzieję, że w piątek machnę okna a resztą zajmą się Dzieciaki. Z biegiem lat coraz bardziej doceniam atmosferę w jakiej spędza się święta niż świadomość, że jestem wzorową gospodynią. Zresztą te święta przebiegać mają u nas w domu pod hasłem "nic na siłę" :)
Moje spojrzenie na to co wokół mnie i wewnątrz mnie się dzieje, co uważam za istotne i warte komentarza czy wspomnienia
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
czwartek, 14 kwietnia 2011
Cholernie osobiście...
Czuję się jak kompozytor czekający na nutę, od której zacznie nowy utwór, jak poeta wsłuchujący się w ujmujący wers, który przychodzi ze świata. Dopadła mnie nostalgia. Próba nazwania tego stanu napawa mnie niepokojem.
Spłynęła na mnie dzisiaj dziwna refleksja. Piszę bloga, zależy mi na nim, cieszę się, że są osoby, które czytają moje zapiski. Każdy komentarz czy informacja ze świata, że to co piszę kogoś wzruszyło czy poruszyło sprawia mi ogromną przyjemność. I nawet nie będę się zastanawiać czy to moja próżność, czy też nie ma w tym nic niewłaściwego. Lecz od kilku dni nie piszę. Zastanawiałam się czy skończyły mi się pomysły, czy znudziło mi się pisanie bloga?
A może po prostu nie mam o czym pisać. Uświadomiłam sobie, że piszę wówczas, gdy wydarza się COŚ.
Tymczasem nic wielkiego się nie zdarzyło od kilku dni.
Siedzę teraz u Wydawców, kolejnym oswojonym w ostatnim czasie miejscu. Dobre miejsce na posiedzenie, na zjedzenie dobrego śniadania, obiadu czy deseru. Można tu wypić dobrą kawę. Nawet siedzenie w fotelu i przyglądanie się ludziom może skłonić do fajnych przemyśleń. Tymczasem nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego! Nawet zaniepokoiłam się czy to nie nawrót jakiś depresyjnych nastrojów. Ale skoro wszystko mi się podoba i cieszy nawet to nie mam nic do powiedzenia? Czy umiem tylko pisać interwencyjnie? Wiersze umiem pisać, gdy jest mi smutno, lub czegoś wyglądam. Jeden, jedyny raz napisałam wiersz – zresztą bardzo mi się podoba – gdy byłam naprawdę Szczęśliwa. To wiersz dla Z. W pierwsze nasze święta gwiazdkowe. Już wiele lat temu.
Tymczasem zapytam siebie znowu: czy rzeczywiście nic się nie dzieje?
Niemożliwe, żeby takie nastroje zadumkowe pojawiały się bez powodu. Wiem! To rozkminy. Moje ubiegłoroczne odkrycie. Słowo, które świetnie oddaje sposób w jaki moje myśli penetrują jakiś temat, zdarzenia, osoby, świat… Ostatnio poruszyła mnie szczególnie rozmowa z moją Matką. Nie wiem czy powinnam o tym pisać, ale skoro zaczęłam, to nawet jeśli tego nie pokażę światu być może będzie stanowiło rodzaj doraźnej terapii.
Zanim jednak o tym - jeszcze jedno zdanie. Mam kryzys zawodowy. Nie ma co się oszukiwać. Jestem na zakręcie. Ale za każdym zakrętem są nowe widoki. Czasem się ich obawiamy, niekiedy to co zobaczymy nas przeraża, lecz za jakiś czas pojawi się nowy zakręt a za nim… coś może nas zachwycić, może okazać się naszym spełnieniem. Kiedyś wrócę do tego tematu.
Przed pisaniem o niektórych rzeczach powstrzymuje mnie obawa przed grafomanią. Z drugiej strony co mnie to obchodzi? Przecież nie robię tego zawodowo (jeszcze ;) ). Nie staję w szranki z pisarzami, publicystami, dziennikarzami. Piszę dla siebie – bo lubię! Udostępniam dalej – a nóż ktoś ma podobne rozkminy… A wiadomo, że nic tak dobrze nie robi jak uświadomienie sobie, że nie jesteśmy kosmitami, że ktoś inny ma podobne rozterki albo jest podobnie do nas pokręcony. Właśnie dlatego bardzo chcę pisać nie tylko do szuflady!
Wracając do MOJEJ MATKI. To specyficzna osoba… I niech to na razie wystarczy.
Zawsze miałam skłonność krytycznego spojrzenia na swój rodzinny dom. Z wiekiem coraz częściej dopadają mnie wątpliwości czy można pisać o wszystkim… Może to pewna forma nielojalności… niektórzy tak uważają. Oczywiście problematyczne jest to, że ktoś ze znajomych moich Rodziców, czy oni sami wreszcie trafią na ten lub podobny osobisty tekst. Choć chyba niespecjalnie są zainteresowani moimi rozkminami.
Wracając do Matki. Czy ja się boję o tym pisać? A w zasadzie dlaczego? Bo się obrazi? Bo ktoś mnie skrytykuje? Hm. To w końcu moje życie. Mam do niego prawo. Mam prawo czuć, rozumieć i oceniać...
Lecz wracając do MOJEJ MATKI. Nigdy nie było najłatwiej. Ostatnio jednak, po ogromnych staraniach – mam wrażenie, że nawet ze strony nas obu – stosunki sprawiały wrażenie lepszych niż bywało.
Ostatnio jednak moja Matka zrobiła coś, co nie pierwszy raz, ale chyba najbardziej dotkliwie niż dotąd, zraniło mnie. I chyba nie chodzi tylko o moje ego. Chodzi o coś znacznie więcej. Nie umiem teraz tego w tej chwili dobrze nazwać.
Moja Matka skrytykowała, frontalnie zaatakowała inną matkę.
Mnie. Swoją córkę.
Okazała brak zaufania, brak szacunku dla mnie i chyba w gruncie rzeczy dla siebie samej. Choć nie sądzę by zdawała sobie z tego sprawę. Skrytykowała bezprzykładnie!
Odkąd dzieci wyrosły z pieluch coraz częściej pojawiały się dobre rady. Nawet żartobliwie z Z. nazywaliśmy Ją – „wujkiem DOBRA RADA”. Do tej pory jednak było to śmieszne, niekiedy zasługiwało na zapomnienie czy zlekceważenie, bardzo rzadko na uwagę. Lecz podczas ostatniego pobytu dowiedziałam się, że jesteśmy nieodpowiedzialnymi rodzicami, w gruncie rzeczy to my ponosimy pełną odpowiedzialność za problemy szkolne czy wychowawcze naszych dzieci, że oczekujemy, że szkoła wyręczy nas w wychowaniu dzieci, że niewłaściwie zabieramy się do wszystkiego co związane z nauką dzieci.
Nawet jeśli jest w tym prawda, to podana obrzydliwie. Rzucona w twarz, bez ostrzeżenia, bez miłości, jak przez osobę pozbawioną uczuć, empatii.
Dowiedziałam się, że psycholog, która postawiła diagnozę dotyczącą dysleksji (zresztą u całej naszej Trójki, jednak u jednego z synów szczególnie głębokiej), tak naprawdę plecie bzdury. Dzieciom absolutnie nie wolno o tym mówić, bo wykorzystają i w ogóle nie będą chciały się uczyć! Że dziecko, które ma takie problemy jak nasz syn trzeba zmuszać do nauki, trzymać siłą przy książkach, nie odpuszczać! Zresztą powołała się przy tym na autorytet znajomego... dozorcy, którego syn również boryka się z podobnymi problemami. Oni jednak – w przeciwieństwie do nas – pracują z synem, dzięki czemu kończąc obecnie podstawówkę ma prawie same czwórki. Że matka odrabia z nim wszystkie lekcje od pierwszej klasy. A ja zupełnie nie pracuję z dziećmi, czytaj: nie odrabiam z nimi lekcji. I cholera, nie będę odrabiać z Dziećmi lekcji!!! Uważam, że trójki naszej Córki, która sama do wszystkiego dzielnie dochodzi, która pierwszy raz w życiu przyniosła dwie czwórki z matematyki, która dla przyjemności sięga po zadania z matematyki, bo wreszcie znalazła przyjemność w nauce, czego skutecznie do tej pory szkole udało się nie rozwinąć (opinią nt. naszego systemu szkolnego podzielę się innym razem) są tysiąc razy cenniejsze niż czwórki piątki czy szóstki duetu matka-dziecko!
Ale to wszystko i tak nic!
Co mnie zabolało najbardziej?
Otóż dowiedziałam się, że jestem wyzuta z ambicji. Że wydaje mi się, iż tylko zapewnienie dzieciom pożywienia, opieki, dbanie o zdrowie i szczęście to zadania rodzinnego domu. Tymczasem rodzice powinni mieć ambicje, popychać dziecko, realizować poprzez dziecko swoje ambicje. Szczerze mówiąc zaniemówiłam. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe, by moja własna Matka opowiadała takie herezje, które już w połowie bodaj dwudziestego wieku uznano za niewłaściwą metodę wychowawczą.
Na potwierdzenie swoich słów, moja Matka stwierdziła, że to kim jestem dzisiaj zawdzięczam wyłącznie ambicjom i determinacji moich rodziców...
Ufff. Zabolało. Zabolało ale przemilczałam. Zaproponowałam zakończenie rozmowy. Wyszłam. To było prawie tydzień temu a ja nie mogę dojść do siebie.
To zresztą był dopiero pierwszy odcinek prawdziwegoweekendowego serialu, jaki zafundowała mi moja matka. Pozwoliła sobie bowiem na bezprzykładną krytykę duchowego wychowania jakie zapewniamy swoim Dzieciom. Poczułam się tak, jakby ktoś – mimo, że to osoba, która wydała mnie na świat – zaglądał mi w najintymniejszy kącik.
Poczułam się jakbym stała nago pośród tłumu szyderców, wskazujących na mnie brudnymi paluchami, którzy krytykując i wyśmiewając mnie wznoszą się na szczyty hipokryzji i dwulicowości. Choć te dwa słowa są niemal synonimami, to specjalnie ich używam. Pierwsze bowiem bardziej odnoszę do sfery duchowej, wiary i przekonań, drugie do moralności, odwagi cywilnej itp.
I wylało się.
Być może za jakiś czas usunę ten tekst. Teraz jednak czuję ulgę. Choć przykro mi jak cholera!
czwartek, 7 kwietnia 2011
Próba cierpliwości
Niestety mój kurzy interes idzie na razie jak "z kamienia".
Ciągle coś jest "w poprzek". A to brakuje materiału, a to brakuje czasu, a to leje, a to waruję w mieście czekając na MOICH, bo przecież jestem teraz jedynym kierowcą. Kurczę, już naprawdę popadam momentami w irytację. DO tego, w najbliższą sobotę idziemy wieczorem na spotkanie z przyjaciółmi, więc też czasu będę miała mniej. Ale nie ma opcji by z tego zrezygnować.
Do tego wszystkiego wiosna w najlepsze zaczyna panoszyć się w świecie, więc mnóstwo roślinek, nasionek i cebulek czeka na swoje miejsce w ogrodzie.
Chwilami czuję się więc jak osiołek, przed którym niełatwy wybór. Rzucam się od kurnika do grządek i z powrotem. Rzeczywiście efekty jednego i drugiego oko cieszą, tymczasem Wielkanoc zbliża się wielkiiiimi krokami i przyzwyczajam się do myśli, że w tym roku będę musiała przeprosić się ze sklepowymi jajami. Cóż.
Jeszcze jednak nie tracę wiary, że może w najbliższą niedzielę a najpóźniej we wtorek będę mogła zasiedlić kurnik.
Dzisiaj przywożę do siebie na wieś Rodzicielkę. Bardzo się cieszę, bo dzięki temu obrządek Dzieciarni spadnie mi z głowy.
Jutro zaś, co najmniej na tydzień, zaturbaniam się. Zgodnie bowiem z zaleceniami Magdy-Pleciarki ;) po trzech miesiącach owarkoczykowania, muszę dać włosom kilka dni oddechu :(
W oryginale powinny to być dwa tygodnie, ale będę twardo negocjować ;) Nie wyobrażam sobie teraz jak będę funkcjonować bez warkoczyków. Do tego boję się samego porozpleceniowego efektu. Mogę sobie tylko wyobrazić, że moja fryzura z gatunku "efekt popromienny", która będzie się utrzymywać zapewne aż do ponownego zaplecenia, nie będzie mi się... podobać (ograniczę się do tego eufemizmu...).
Wiem, wiem, wybór daty na towarzyskie spotkanie, może świadczyć o tym, że zupełnie pożegnałam się z rozumem. Hm...
Liczę jednak na sprawdzonych przyjaciół, którzy będą uprzejmi zająć się konsumpcją a nie tym co będę miała na głowie. A konsumpcja jest przewidziana jako ligh-motive spotkania, bowiem najpierw wszyscy mamy kręcić sushi, a potem jeść i jeść :)
Ciągle coś jest "w poprzek". A to brakuje materiału, a to brakuje czasu, a to leje, a to waruję w mieście czekając na MOICH, bo przecież jestem teraz jedynym kierowcą. Kurczę, już naprawdę popadam momentami w irytację. DO tego, w najbliższą sobotę idziemy wieczorem na spotkanie z przyjaciółmi, więc też czasu będę miała mniej. Ale nie ma opcji by z tego zrezygnować.
Do tego wszystkiego wiosna w najlepsze zaczyna panoszyć się w świecie, więc mnóstwo roślinek, nasionek i cebulek czeka na swoje miejsce w ogrodzie.
Chwilami czuję się więc jak osiołek, przed którym niełatwy wybór. Rzucam się od kurnika do grządek i z powrotem. Rzeczywiście efekty jednego i drugiego oko cieszą, tymczasem Wielkanoc zbliża się wielkiiiimi krokami i przyzwyczajam się do myśli, że w tym roku będę musiała przeprosić się ze sklepowymi jajami. Cóż.
Jeszcze jednak nie tracę wiary, że może w najbliższą niedzielę a najpóźniej we wtorek będę mogła zasiedlić kurnik.
Dzisiaj przywożę do siebie na wieś Rodzicielkę. Bardzo się cieszę, bo dzięki temu obrządek Dzieciarni spadnie mi z głowy.
Jutro zaś, co najmniej na tydzień, zaturbaniam się. Zgodnie bowiem z zaleceniami Magdy-Pleciarki ;) po trzech miesiącach owarkoczykowania, muszę dać włosom kilka dni oddechu :(
W oryginale powinny to być dwa tygodnie, ale będę twardo negocjować ;) Nie wyobrażam sobie teraz jak będę funkcjonować bez warkoczyków. Do tego boję się samego porozpleceniowego efektu. Mogę sobie tylko wyobrazić, że moja fryzura z gatunku "efekt popromienny", która będzie się utrzymywać zapewne aż do ponownego zaplecenia, nie będzie mi się... podobać (ograniczę się do tego eufemizmu...).
Wiem, wiem, wybór daty na towarzyskie spotkanie, może świadczyć o tym, że zupełnie pożegnałam się z rozumem. Hm...
Liczę jednak na sprawdzonych przyjaciół, którzy będą uprzejmi zająć się konsumpcją a nie tym co będę miała na głowie. A konsumpcja jest przewidziana jako ligh-motive spotkania, bowiem najpierw wszyscy mamy kręcić sushi, a potem jeść i jeść :)
niedziela, 3 kwietnia 2011
Niech się mury pną do góry...
Kurnik w ogólnym zarysie już stoi w ogrodzie. (dokumentacja foto wkrótce). Sąsiad, tak jak obiecał, dotarł w piątek i przewalił ziemię z jednego miejsca na drugie. Uzyskałam tym sposobem w miarę równą płaszczyznę, potem jeszcze jakąś godzinę poziomowałam płyty chodnikowe, które będą pod każdym rogiem kurnika.
A dzisiaj? Dzisiaj nieoczekiwana zmiana planów!
Miałam zostać w domu i kończyć prace, a Z. pojechał z Córką na korki do miasta. Niestety po ujechaniu 15 km, "spotkał" na drodze Miłychumundorowanychpanów, którzy zakwestionowali prędkość z jaką Z. jechał (;) ) oraz dopatrzyli się, że prawo jazdy straciło ważność. Oczywiście nikt o takich rzeczach nie pamięta (poza dewiantami ;)) tymczasem piętnaście lat strzeliło jak z bicza i ubiegłego lata dokument wyekspirował :(
Ostatecznie "Wadza"" wzbogaciła się o trzy stówki, o które my zbiednieliśmy, lecz są i "plusy dodatnie" ;) całej sytuacji:
1/ zarobiliśmy 6 stówek - bo w "detalu" przyjemność kosztowałaby Z. 9 stówek!
2/ Z. nie zarobił punktów :D - a w detalu by zarobił i to pewnie niemało,
3/ Z. zyskał bezcenną wiedzę nt. ważności - bądź co bądź - istotnego dla kierowcy dokumentu,
4/ uniknęliśmy poważnych (potencjalnych) problemów, bowiem - jak rzeczowo poinformowali inkasenci trzech stówek - w razie kolizji, ubezpieczyciel umyłby ręce :(
Jedyny poważny minus: zapewne przez cały tydzień robię za szofera.
Zatem ubrałam się, w locie chwyciłam śniadanie, odwiozłam dziecko na korki, a Z. pozostał na placu budowy. Obiecał jednak dzielnie zastąpić mnie "w charakterze".
Zależy mi, aby dzisiaj wszystko skończyć. Planuję bowiem we wtorek, pojechać na 3 rano (wiem, bezbożna godzina!!) po kurki. Jajka już mi się śnią po nocach! Poważnie!! :)
A dzisiaj? Dzisiaj nieoczekiwana zmiana planów!
Miałam zostać w domu i kończyć prace, a Z. pojechał z Córką na korki do miasta. Niestety po ujechaniu 15 km, "spotkał" na drodze Miłychumundorowanychpanów, którzy zakwestionowali prędkość z jaką Z. jechał (;) ) oraz dopatrzyli się, że prawo jazdy straciło ważność. Oczywiście nikt o takich rzeczach nie pamięta (poza dewiantami ;)) tymczasem piętnaście lat strzeliło jak z bicza i ubiegłego lata dokument wyekspirował :(
Ostatecznie "Wadza"" wzbogaciła się o trzy stówki, o które my zbiednieliśmy, lecz są i "plusy dodatnie" ;) całej sytuacji:
1/ zarobiliśmy 6 stówek - bo w "detalu" przyjemność kosztowałaby Z. 9 stówek!
2/ Z. nie zarobił punktów :D - a w detalu by zarobił i to pewnie niemało,
3/ Z. zyskał bezcenną wiedzę nt. ważności - bądź co bądź - istotnego dla kierowcy dokumentu,
4/ uniknęliśmy poważnych (potencjalnych) problemów, bowiem - jak rzeczowo poinformowali inkasenci trzech stówek - w razie kolizji, ubezpieczyciel umyłby ręce :(
Jedyny poważny minus: zapewne przez cały tydzień robię za szofera.
Zatem ubrałam się, w locie chwyciłam śniadanie, odwiozłam dziecko na korki, a Z. pozostał na placu budowy. Obiecał jednak dzielnie zastąpić mnie "w charakterze".
Zależy mi, aby dzisiaj wszystko skończyć. Planuję bowiem we wtorek, pojechać na 3 rano (wiem, bezbożna godzina!!) po kurki. Jajka już mi się śnią po nocach! Poważnie!! :)
piątek, 1 kwietnia 2011
Edward Nożycoręki

Niekiedy trudno jest znaleźć dla posta adekwatny tytuł, mimo, że dokładnie się wie co będzie w jego treści. Dzisiaj jednak - relacjonując wczorajszy dzień - ten tytuł sam mi się narzucił :)
Uzbrojona w "dokumentację projektową" przystąpiłam do pracy.
Cały dzień spożytkowałam na rżnięcie, wiercenie, skręcanie, wyrzynanie (otworów), powtarzanie "łacińskich" zwrotów (ale tylko ze trzy razy), słowem: WZIĘŁAM SIĘ KURNIK!Po całodziennej harówce, byłam bardzo zmęczona i ręce latały mi jak pijakowi na odwyku, więc nawet nie zbliżałam się do klawiatury. Zresztą w głowie miałam same wióry...
Dzisiaj obudziłam się jak na innej planecie. Bałam się poruszyć w obawie, że część członków zostanie w pościeli. Ale okazało się, że wszystko trzyma się kupy :). Dopiero gdy wstałam, okazało się - jak to zwykle w takich przypadkach - że czuję się jak spadochroniarz, któremu w locie nie otworzył się spadochron.
Ostatecznie zwlokłam się z łóżka, ogarnęłam sypialnię, zrobiłam śniadanie, oceniłam, że mogę zmierzyć się z rzeczywistością, zrobiłam szybką dokumentację wczorajszych wyczynów (żeby nie było...) i przedzierzgam się w Edwarda :)...
poniedziałek, 28 marca 2011
Jak się kończy nierówna walka z gabarytami...
Wczoraj udało mi się przeziębić! Niestety - choć mam już swoje lata - zwiodło mnie słońce a poza tym działałam w emocjach.
Od początku.
Po powrocie z korków, pojechałyśmy z Córką do sklepu budowlanego po resztę materiałów potrzebnych na kurnik. Dzisiejszy serwis w marketach budowlanych jest naprawdę na poziomie, więc potrzebne mi płyty zostały przycięte na wymiar jeszcze w sklepie (z wyjątkiem skosów, a w kilku płytach będę je musiała - za przeproszeniem - dorżnąć samodzielnie). I wszystko mogło się pięknie udać, gdyby nie lekuchny brak wyobraźni z mojej strony.
Okazało się, że płyta o wymiarach 210cm na 110cm nie ma szans wejść do wnętrza samochodu. I nie chodzi tutaj o niewystarczającą determinację, ale o czystą matematykę w połączeniu z fizyką: samochód z gumy nie jest a z tworzyw zdecydowanie mniej elastycznych, natomiast wymiary zastane nie podlegają negocjacjom. Pozostał więc bagażnik dachowy.
Primo: nie lubię wozić czegokolwiek na dachu, bo mam wrażenie, że w najlepszym razie zgubię ładunek, w najgorszym wniosę się do lotu, bo wiatr, bo pęd powietrza, bo powierzchnia, bo samolot, skrzydła itd. itp. Secundo (czy jak niektórzy mawiają "po drugie primo" ;) ) zawsze mam ogromny stres związany z przytroczeniem ładunku (patrz obawy punkt pierwszy).
Patrzyłam jeszcze tkliwie na swój ładunek na wózku sklepowym, gdy zza pleców usłyszałam miły męski głos: "najpierw mniejsza". Zupełnie naturalnie zareagowałam na ten tekst, odwracając głowę do nadawcy: "tak pan myśli?" - zupełnie jakbyśmy razem od pewnego czasu zastanawiali się nad załadowaniem gabarytów. "Tak, zdecydowanie, najpierw mniejsza" - powtórzył starszy pan. "Pomóc pani?" - zaproponował. Propozycję przyjęłam z wdzięcznością i ochoczo choć pełna troski odpowiedziałam pytaniem: "a może pan dźwigać?" W tym momencie zrobiło mi się strasznie głupio, bo sądzę, że żadnemu mężczyźnie, nawet stuletniemu - jeśli sam oferuje pomoc - nie wolno tak powiedzieć! Pan jednak spojrzał na mnie z lekkim politowaniem. Uznał pewnie wspaniałomyślnie, że kobieta stojąca przed przerastającym ją mentalnie zadaniem, zupełnie nie wie co mówi. Chwała Bogu, że nie brnęłam dalej, nie przepraszałam, tylko złapałam płytę z drugiej strony i położyliśmy ją na dachu. Potem drugą - i ładunek był gotowy do przytroczenia. Zjawiła się żona Dobroczyńcy, powiedziałam rezolutnie, że wykorzystałam jej męża, zaśmiałam się perliście i zrobiłam głupią minę. Żona Dobroczyńcy okazała się bardzo miła, powiedziała, że mogę Jej Męża sobie wykorzystywać. Ja natomiast - utwierdzając siebie ostatecznie, że jestem debilką - odparłam, że sama nie miałabym śmiałości, ale pomoc zaofiarował z własnej woli Dobroczyńca.
Ostatecznie z płytami na dachu i naręczem sznurków i pasów do zamocowania ładunku zostałam całkiem sama. Ciśnienie mi skoczyło. Zaczęłam motać węzły, Córka dzielnie mi pomagała, słońce świeciło a mnie... zrobiło się gorąco!! Co robi inteligentna kobieta, gdy świeci słońce, jest dwa stopnie na plusie, cholernie wieje, a każdy element garderoby utrudniający swobodne ruchy okazuje się zbędny? Po prostu się rozbiera do bluzeczki!! Ładunek został przymocowany dobrze, poza zakupionymi materiałami na kurnik, do domu przywiozłam katar. I dobrze mi tak! Trzeba było myśleć. Ale jak widać wczoraj myślenie wychodziło mi najgorzej ;)
Od początku.
Po powrocie z korków, pojechałyśmy z Córką do sklepu budowlanego po resztę materiałów potrzebnych na kurnik. Dzisiejszy serwis w marketach budowlanych jest naprawdę na poziomie, więc potrzebne mi płyty zostały przycięte na wymiar jeszcze w sklepie (z wyjątkiem skosów, a w kilku płytach będę je musiała - za przeproszeniem - dorżnąć samodzielnie). I wszystko mogło się pięknie udać, gdyby nie lekuchny brak wyobraźni z mojej strony.
Okazało się, że płyta o wymiarach 210cm na 110cm nie ma szans wejść do wnętrza samochodu. I nie chodzi tutaj o niewystarczającą determinację, ale o czystą matematykę w połączeniu z fizyką: samochód z gumy nie jest a z tworzyw zdecydowanie mniej elastycznych, natomiast wymiary zastane nie podlegają negocjacjom. Pozostał więc bagażnik dachowy.
Primo: nie lubię wozić czegokolwiek na dachu, bo mam wrażenie, że w najlepszym razie zgubię ładunek, w najgorszym wniosę się do lotu, bo wiatr, bo pęd powietrza, bo powierzchnia, bo samolot, skrzydła itd. itp. Secundo (czy jak niektórzy mawiają "po drugie primo" ;) ) zawsze mam ogromny stres związany z przytroczeniem ładunku (patrz obawy punkt pierwszy).
Patrzyłam jeszcze tkliwie na swój ładunek na wózku sklepowym, gdy zza pleców usłyszałam miły męski głos: "najpierw mniejsza". Zupełnie naturalnie zareagowałam na ten tekst, odwracając głowę do nadawcy: "tak pan myśli?" - zupełnie jakbyśmy razem od pewnego czasu zastanawiali się nad załadowaniem gabarytów. "Tak, zdecydowanie, najpierw mniejsza" - powtórzył starszy pan. "Pomóc pani?" - zaproponował. Propozycję przyjęłam z wdzięcznością i ochoczo choć pełna troski odpowiedziałam pytaniem: "a może pan dźwigać?" W tym momencie zrobiło mi się strasznie głupio, bo sądzę, że żadnemu mężczyźnie, nawet stuletniemu - jeśli sam oferuje pomoc - nie wolno tak powiedzieć! Pan jednak spojrzał na mnie z lekkim politowaniem. Uznał pewnie wspaniałomyślnie, że kobieta stojąca przed przerastającym ją mentalnie zadaniem, zupełnie nie wie co mówi. Chwała Bogu, że nie brnęłam dalej, nie przepraszałam, tylko złapałam płytę z drugiej strony i położyliśmy ją na dachu. Potem drugą - i ładunek był gotowy do przytroczenia. Zjawiła się żona Dobroczyńcy, powiedziałam rezolutnie, że wykorzystałam jej męża, zaśmiałam się perliście i zrobiłam głupią minę. Żona Dobroczyńcy okazała się bardzo miła, powiedziała, że mogę Jej Męża sobie wykorzystywać. Ja natomiast - utwierdzając siebie ostatecznie, że jestem debilką - odparłam, że sama nie miałabym śmiałości, ale pomoc zaofiarował z własnej woli Dobroczyńca.
Ostatecznie z płytami na dachu i naręczem sznurków i pasów do zamocowania ładunku zostałam całkiem sama. Ciśnienie mi skoczyło. Zaczęłam motać węzły, Córka dzielnie mi pomagała, słońce świeciło a mnie... zrobiło się gorąco!! Co robi inteligentna kobieta, gdy świeci słońce, jest dwa stopnie na plusie, cholernie wieje, a każdy element garderoby utrudniający swobodne ruchy okazuje się zbędny? Po prostu się rozbiera do bluzeczki!! Ładunek został przymocowany dobrze, poza zakupionymi materiałami na kurnik, do domu przywiozłam katar. I dobrze mi tak! Trzeba było myśleć. Ale jak widać wczoraj myślenie wychodziło mi najgorzej ;)
niedziela, 27 marca 2011
WOW
Właśnie przywiozłam Zachwilęgimnazjalistkę na korki. Ponieważ zabezpieczyłam się na najbliższe dwie godziny w dwie książki i notka, więc zakładałam, że spędzę ten czas w samochodzie. Ale stanęłam przed uroczą kawiarenką i już przed wejściem czułam, że za drzwiami będzie jeszcze fajniej. WOW. Kafejka nosi nazwę "Filtry" jest prowadzona przez dwójkę młodych uroczych ludzi. Dziewczyna jak fryga krząta się za kontuarem pomiędzy wypadami na fajkę (a pali na akord ;) ) a chłopak porozumiewa się głównie w language więc mam za darmo konwersacje. Do tego jest... wifi!!!!!!! Polecam gorąco. Piję ABSOLUTNIE PROFESJONALNIE PRZYRZĄDZANĄ LATTE z wzorkiem na kożuszku!!!!!!!
Czuję się jak w Londynie. Naprawdę musicie tu zajrzeć przy okazji!
To był impuls, żeby o tym wspomnieć na moim blogu. Teraz oddam się przyjemności kawowej i popracuję nad nowym szkoleniem.
Czuję się jak w Londynie. Naprawdę musicie tu zajrzeć przy okazji!
To był impuls, żeby o tym wspomnieć na moim blogu. Teraz oddam się przyjemności kawowej i popracuję nad nowym szkoleniem.
sobota, 26 marca 2011
Coś dla ducha, coś dla ciała.
W biegłym tygodniu jedna z moich Przyjaciółek stwierdziła, że już nie będzie dzwonić do mnie, bo wystarczy, że poczyta mój blog i już jest na bieżąco :) Hm. Druga z kolei już nawet nie uprzedzała, tylko zadzwoniła wczoraj i zapytała: "no i jak poszło szkolenie?". W pierwszej chwili odpowiedziałam pytaniem: "skąd wiesz?" ale zanim wybrzmiało uświadomiłam sobie, że też musi być na bieżąco dzięki sieci :) rzeczywiście tak jest.
Zatem informacja dla tych Przyjaciółek, które jeszcze nie zadzwoniły ( ;) ) - szkolenie wyszło bardzo dobrze :) Co prawda moja kondycja jeszcze nie jest tak jak drzewiej bywało, i pod koniec miałam poczucie, że jadę na tzw. rezerwie, błogosławiąc w myślach, że jest ze mną J. bo mogłam nie podołać do końca. Poza tym, że czułam nagły spadek sił witalnych, to jeszcze zaczęła zawodzić mnie fonia. Ostatecznie przebrnęłyśmy dzielnie do końca. Uczestnicy byli zadowoleni - a przynajmniej takie wrażenie sprawiali. Na koniec dostałyśmy oklaski i dyplomy podziękowania za wsparcie merytoryczne w organizacji konferencji.
Praca ze studentami to jest to, co tygrysy baaardzo lubią. Młodzież była ciekawa tego co mówimy, zaangażowana, podążała z nami przez temat, choć część - poprzez narzucony zakres - musiała być mocno teoretyczna. Dwoiłyśmy się i troiłyśmy, żeby nie czuli się jak na wykładzie i mam wrażenie, że w dużej części nam wyszło. Jedynie fakt, że musiałyśmy dostosować się do szczegółowej agendy i otrzymany szkielet obudować treścią co kojarzyło mi się z przerabianiem sukienki z komunii na suknię ślubną nieco studził nasz entuzjazm i nie pozwalał na pełną satysfakcję. Dzień był ciężki bo zaczął się grubo przed brzaskiem a skończył tuż przed zakończenie doby. Ale było warto!!! Myślę, że to nie był ostatni raz, na co wstępnie umówiłyśmy się z organizatorami.
Piątek zaś upłynął mi nie mniej pracowicie, lecz zupełnie inne partie mięśni zaangażowałam do roboty. Jak widać to wokół, tak samo u nas w ogrodzie po zimie zostało sporo do uprzątnięcia. Po śniadaniu, ogarnięciu domu wyszłam do ogrodu. Dopiero głód i lekki chłodek zagonił mnie z powrotem pod dach. Okazało się, że za godzinę zjadą z miasta Domownicy. Oczywiście w ogrodzie nie widać jeszcze spektakularnych efektów mojej całodziennej pracy, dzisiaj pewnie niczego już nie dłubnę, bo na świecie znów biało, a ja czuję każdą kosteczkę i każdy mięsień (nawet w tych miejscach, gdzie nie wiedziałam, że je mam).
Z. zawiózł Córcię na korki z matmy (za tydzień z okładem egzaminy do gimnazjum), potem jadą na zawody pływackie (K. będzie wreszcie mogła płynąć swoim ulubionym stylem, więc liczy na medal), a ja przeliczam wymiary kurnika. Z. w drodze powrotnej ma kupić płyty wiórowe i styropian do ocieplenia kurzej willi.
Zatem informacja dla tych Przyjaciółek, które jeszcze nie zadzwoniły ( ;) ) - szkolenie wyszło bardzo dobrze :) Co prawda moja kondycja jeszcze nie jest tak jak drzewiej bywało, i pod koniec miałam poczucie, że jadę na tzw. rezerwie, błogosławiąc w myślach, że jest ze mną J. bo mogłam nie podołać do końca. Poza tym, że czułam nagły spadek sił witalnych, to jeszcze zaczęła zawodzić mnie fonia. Ostatecznie przebrnęłyśmy dzielnie do końca. Uczestnicy byli zadowoleni - a przynajmniej takie wrażenie sprawiali. Na koniec dostałyśmy oklaski i dyplomy podziękowania za wsparcie merytoryczne w organizacji konferencji.
Praca ze studentami to jest to, co tygrysy baaardzo lubią. Młodzież była ciekawa tego co mówimy, zaangażowana, podążała z nami przez temat, choć część - poprzez narzucony zakres - musiała być mocno teoretyczna. Dwoiłyśmy się i troiłyśmy, żeby nie czuli się jak na wykładzie i mam wrażenie, że w dużej części nam wyszło. Jedynie fakt, że musiałyśmy dostosować się do szczegółowej agendy i otrzymany szkielet obudować treścią co kojarzyło mi się z przerabianiem sukienki z komunii na suknię ślubną nieco studził nasz entuzjazm i nie pozwalał na pełną satysfakcję. Dzień był ciężki bo zaczął się grubo przed brzaskiem a skończył tuż przed zakończenie doby. Ale było warto!!! Myślę, że to nie był ostatni raz, na co wstępnie umówiłyśmy się z organizatorami.
Piątek zaś upłynął mi nie mniej pracowicie, lecz zupełnie inne partie mięśni zaangażowałam do roboty. Jak widać to wokół, tak samo u nas w ogrodzie po zimie zostało sporo do uprzątnięcia. Po śniadaniu, ogarnięciu domu wyszłam do ogrodu. Dopiero głód i lekki chłodek zagonił mnie z powrotem pod dach. Okazało się, że za godzinę zjadą z miasta Domownicy. Oczywiście w ogrodzie nie widać jeszcze spektakularnych efektów mojej całodziennej pracy, dzisiaj pewnie niczego już nie dłubnę, bo na świecie znów biało, a ja czuję każdą kosteczkę i każdy mięsień (nawet w tych miejscach, gdzie nie wiedziałam, że je mam).
Z. zawiózł Córcię na korki z matmy (za tydzień z okładem egzaminy do gimnazjum), potem jadą na zawody pływackie (K. będzie wreszcie mogła płynąć swoim ulubionym stylem, więc liczy na medal), a ja przeliczam wymiary kurnika. Z. w drodze powrotnej ma kupić płyty wiórowe i styropian do ocieplenia kurzej willi.
czwartek, 24 marca 2011
Soczewka
Dotarłyśmy na miejsce grubo przed czasem. Droga okazała się dość prosta, prawie niezatłoczona. Miejsce urocze, choć... wieje :( a wiadomo, że tego nie cierpię. Jednak nastroje mamy dobre i nawet wiatr, który próbował nas zniechęcić do spaceru, nie zepsuł nam humorów.
Zrobiłyśmy pieszy rekonesans. Miejsce jest się UROCZE. Jest wszystko czego do szczęścia trzeba, las, jezioro i... wifi :)
Skoro strona organizacyjna jest dopięta na ostatni guzik, certyfikaty już podpisałyśmy a uczestnicy zakwaterowują się i do obiadu pozostała jeszcze grubo ponad godzina, więc mogłyśmy zaszyć się w kąciku i poserfować w sieci :)
Niestety nie wzięłam ze sobą aparatu Szkoda, bo plenerów do fotograficznego udokumentowania bez liku.
Tymczasem J. przywołała mnie do porządku. Zamykam komputer i przygotowujemy się do szkolenia.
Skoro strona organizacyjna jest dopięta na ostatni guzik, certyfikaty już podpisałyśmy a uczestnicy zakwaterowują się i do obiadu pozostała jeszcze grubo ponad godzina, więc mogłyśmy zaszyć się w kąciku i poserfować w sieci :)
Niestety nie wzięłam ze sobą aparatu Szkoda, bo plenerów do fotograficznego udokumentowania bez liku.
Tymczasem J. przywołała mnie do porządku. Zamykam komputer i przygotowujemy się do szkolenia.
środa, 23 marca 2011
W blokach startowych
Wszystko już gotowe. Jutro z J. jedziemy na konferencję. Uwielbiam studenckie audytorium a osoby skupione wokół AIESEC to szczególnie aktywne istoty. W czasie ustalania agendy okazało się, że nasze szkolenie będzie inaugurowało konferencję :O TO potęguje stres. W końcu nasze wystąpienie może wpłynąć na nastrój w jakim Uczestnicy wejdą w czterodniowy konferencyjny maraton. Nic to! Bierzemy byka za rogi. Wszystko - mimo okoliczności zaburzających rytm - udało się przygotować na czas. Dzisiaj rano miały zostać wydrukowane materiały a jutro wszystko okaże się w praniu. Dzisiaj wieczorem będziemy jeszcze zastanawiać się nad case'ami, nad ćwiczeniami i innymi formami, którymi będziemy starały się urozmaicić przekaz. Będzie to sporym wyzwaniem, bowiem tematy jakie dostałyśmy do zaprezentowania są tak obszerne, że każdy z nich z osobna wystarczyłby na dwudniowe szkolenie.
W plan przygotowań wpisałam jeszcze przygotowanie dla J. wizytówek. Do tej pory ich nie zrobiła, a konferencja to miejsce, gdzie nie tylko dobrze je mieć, lecz wręcz mieć je trzeba. W poniedziałek przygotowałam wspólnie z Z. projekt i wysłałam do drukarni. Okazało się, że materiał jest złej jakości i wizytówki wyjdą nieciekawie. Musiałam zaakceptować druk. Wczoraj nie byłam w Warszawie, zdalnie metodą kolejnych przybliżeń, doszłam do wniosku, że bez osobistego udziału nic z tego nie wyjdzie. Dzisiaj rano - zaraz po angielskim - pojechałam do drukarni. To co ukazało się moim oczom to był koszmar! Grafika wyszła makabrycznie, kolory z innej bajki. Osoby pracujące w drukarni okazały się i pomocne i inicjatywne i otwarte. Po godzinie projektowania na nowo - wizytówki zostały zaakceptowane. Po odbiorze pojechałam do J. Warto było przejść tę wizytówką ścieżkę zdrowia, żeby zobaczyć iskierki w oczach J. Była zachwycona! Przyznała, że już nie śmiała o nie dopytywać, bo była przekonana, że nie uda się ich przygotować na czwartek. Mnie się nie uda? Po cichutku jednak liczyła na to, że tak łatwo nie odpuszczam :)
Teraz mam chwilę wytchnienia. Przeglądam pocztę, piszę posta, zjadłam obiadek w ostatnio oswojonym przeze mnie miejscu, mam trochę czasu dla siebie. Jeszcze dwie godzinki i pojadę przerzucić Chłopców na angielski, a potem metrem w umówione miejsce i do J.
W plan przygotowań wpisałam jeszcze przygotowanie dla J. wizytówek. Do tej pory ich nie zrobiła, a konferencja to miejsce, gdzie nie tylko dobrze je mieć, lecz wręcz mieć je trzeba. W poniedziałek przygotowałam wspólnie z Z. projekt i wysłałam do drukarni. Okazało się, że materiał jest złej jakości i wizytówki wyjdą nieciekawie. Musiałam zaakceptować druk. Wczoraj nie byłam w Warszawie, zdalnie metodą kolejnych przybliżeń, doszłam do wniosku, że bez osobistego udziału nic z tego nie wyjdzie. Dzisiaj rano - zaraz po angielskim - pojechałam do drukarni. To co ukazało się moim oczom to był koszmar! Grafika wyszła makabrycznie, kolory z innej bajki. Osoby pracujące w drukarni okazały się i pomocne i inicjatywne i otwarte. Po godzinie projektowania na nowo - wizytówki zostały zaakceptowane. Po odbiorze pojechałam do J. Warto było przejść tę wizytówką ścieżkę zdrowia, żeby zobaczyć iskierki w oczach J. Była zachwycona! Przyznała, że już nie śmiała o nie dopytywać, bo była przekonana, że nie uda się ich przygotować na czwartek. Mnie się nie uda? Po cichutku jednak liczyła na to, że tak łatwo nie odpuszczam :)
Teraz mam chwilę wytchnienia. Przeglądam pocztę, piszę posta, zjadłam obiadek w ostatnio oswojonym przeze mnie miejscu, mam trochę czasu dla siebie. Jeszcze dwie godzinki i pojadę przerzucić Chłopców na angielski, a potem metrem w umówione miejsce i do J.
niedziela, 20 marca 2011
Efekt drugiego dnia bez procentów
Wczoraj urodziny J. Świetna impreza. Co prawda nie wszyscy bawili się równie dobrze, ale pewnie na każdej imprezie można znaleźć etatowego obserwatora. Jak go najlepiej określić?... Człowiek-Ściana, Człowiek-Sfinks, albo po prostu wyzuty z emocji Organizm, wpatrujący się badawczo w aktualnie wybraną osobę (niekoniecznie tę, która jest akurat przy głosie). Bezgłośnie, bezmimicznie. Organizm widziałam po raz pierwszy. I być może tak zostanie?... Dawno nie widziałam kogoś, kto tak dzielnie unikałby zaangażowania w jakąkolwiek rozmowę. Kogoś, kto tak konsekwentnie utrzymywałby na swym obliczu niezmącony wyraz bezgranicznej dezaprobaty, gdy wybuchaliśmy salwami śmiechu po coraz to bardziej durnych i niekiedy - trzeba to przyznać z pokorą - koszarowych dowcipach, opowiadanych chwilami już na wyścigi. Ale noc ma swoje prawa. A noc, w której bawi się towarzystwo znające od lat, gdzie ręka wyciągnięta przed siebie w dowolnym kierunku napotyka procent albo jakiś rozkoszny kąsek (J. wzniosła się na szczyty kulinarnego rzemiosła) musi wyglądać tak, jak ostatnia.
Co prawda ja pozostałam przez cały wieczór i noc konsekwentnie przy ustawicznie uzupełnianej szklaneczce czystej. Czystej wody - bo jak wiadomo: wiariackie proszki nie lubią się z procentami :( - z lodem (a jakże!), cytryną i nie wiedzieć czemu gałązką pietruszki (a przecież jeszcze noc była młoda jak pojawiła się rzeczona pietruszka...). Ta pietruszka zresztą była całkiem dobrym identyfikatorem mojej szklanki. Wiele mówiący kolor mojego "drinka" zwalniał mnie z tłumaczenia kolejnej osobie, że wariaci piją wodę. Jak zwierzęta ;)
Z., mimo wcześniejszych planów, pozostał ze mną. Śpimy (spaliśmy, ja teraz siedzę i piszę, zresztą i tak nie mogłam spać, Z. chrapie aż tu słychać, znaczy dobrze mu) w pokoju moje Ukochanej Chrześnicy. Sen przyszedł na krótko, a potem zadzwonił budzik! O 6.30!! A położyliśmy ok. 4.00!!! Wybita zostałam ze snu (niech no ja dorwę moją ukochaną Córkę Chrzestną). Jeszcze próbowałam zawalczyć o drzemkę. Ale okazało się, że budzik też tylko drzemał :( wrrrr. J. ulitowała się za trzecim podejściem, spacyfikowała budzik (chyba się starzeję, skoro przerosła mnie technika budzika :( ech) a ja już nie zmrużyłam oka.
A dzisiaj? Dzisiaj mam MEGA mam kaca! I to do tego bez procentów! Ależ jestem praktyczna! Choć z drugiej strony to takie niesprawiedliwe :( Kac jak po dwóch winach. A wszystko gratis!
Z drugiej strony... być może moje poranne dolegliwości mają jakiś związek z pysznymi skądinąd... grzybkami, które J. zaserwowała około północy?! Jadłam z pewną obawą (tak mam jak sama nie zbieram) i być może nastroiłam się na ten stan, w którym jestem obecnie. Siedzę w dużym pokoju, jestem zawinięta w kołdrę bo telepie mnie konkretnie, piję gorzką, mocną herbatę i z uśmiechem - mimo wszystko - wspominam wczorajsze imprezowanie.
Cóż J. i Z. śpią smacznie (choć osobno ;) ), Nikita - kot J. - wylazł wreszcie z szafy i spojrzał na mnie wymownie: jeszcze tu jesteś? Biorę się zatem za dokończenie materiałów szkoleniowych. Mam nadzieję, że w końcu mi przejdzie telepka.
Co prawda ja pozostałam przez cały wieczór i noc konsekwentnie przy ustawicznie uzupełnianej szklaneczce czystej. Czystej wody - bo jak wiadomo: wiariackie proszki nie lubią się z procentami :( - z lodem (a jakże!), cytryną i nie wiedzieć czemu gałązką pietruszki (a przecież jeszcze noc była młoda jak pojawiła się rzeczona pietruszka...). Ta pietruszka zresztą była całkiem dobrym identyfikatorem mojej szklanki. Wiele mówiący kolor mojego "drinka" zwalniał mnie z tłumaczenia kolejnej osobie, że wariaci piją wodę. Jak zwierzęta ;)
Z., mimo wcześniejszych planów, pozostał ze mną. Śpimy (spaliśmy, ja teraz siedzę i piszę, zresztą i tak nie mogłam spać, Z. chrapie aż tu słychać, znaczy dobrze mu) w pokoju moje Ukochanej Chrześnicy. Sen przyszedł na krótko, a potem zadzwonił budzik! O 6.30!! A położyliśmy ok. 4.00!!! Wybita zostałam ze snu (niech no ja dorwę moją ukochaną Córkę Chrzestną). Jeszcze próbowałam zawalczyć o drzemkę. Ale okazało się, że budzik też tylko drzemał :( wrrrr. J. ulitowała się za trzecim podejściem, spacyfikowała budzik (chyba się starzeję, skoro przerosła mnie technika budzika :( ech) a ja już nie zmrużyłam oka.
A dzisiaj? Dzisiaj mam MEGA mam kaca! I to do tego bez procentów! Ależ jestem praktyczna! Choć z drugiej strony to takie niesprawiedliwe :( Kac jak po dwóch winach. A wszystko gratis!
Z drugiej strony... być może moje poranne dolegliwości mają jakiś związek z pysznymi skądinąd... grzybkami, które J. zaserwowała około północy?! Jadłam z pewną obawą (tak mam jak sama nie zbieram) i być może nastroiłam się na ten stan, w którym jestem obecnie. Siedzę w dużym pokoju, jestem zawinięta w kołdrę bo telepie mnie konkretnie, piję gorzką, mocną herbatę i z uśmiechem - mimo wszystko - wspominam wczorajsze imprezowanie.
Cóż J. i Z. śpią smacznie (choć osobno ;) ), Nikita - kot J. - wylazł wreszcie z szafy i spojrzał na mnie wymownie: jeszcze tu jesteś? Biorę się zatem za dokończenie materiałów szkoleniowych. Mam nadzieję, że w końcu mi przejdzie telepka.
sobota, 19 marca 2011
Zaprosiłam wiosnę do domu
Wczoraj cały dzień siedziałam i pracowałam nad szkoleniem, które z J. mamy przeprowadzić w przyszłym tygodniu. O ile robota wspaniała - uwielbiam prowadzić szkolenia, przygotowywać się do nich - o tyle tempo ponadstandardowe. Zadzwoniła bowiem do mnie Klientka Coachingowa i mówi: "ratuuuj!". Okazało się, że konferencja, którą współorganizuje jest w przyszłym tygodniu, a firma, która podjęła się przeprowadzić szkolenie zmieniła zdanie w ostatnim momencie. Lubię wyzwania, choć zanim powiedziałam: "jasne możesz na mnie liczyć", trochę mnie zatkało, bo nie wiedziałam czy mam wystarczającą świadomość na co się porywam.
Przesiedziałam więc wczoraj niemal cały dzień przed komputerem i opracowałam jeden z trzech bloków, dzisiaj machnę drugi, trzeci dokończymy z J. jutro. Nie wiem co prawda w jakim będziemy stanie, bo dzisiaj J. ma urodziny na 25 osób, ale zostanę u niej na noc i od rana w niedzielę weźmiemy się za robotę.
Ale co do wiosny.
Wczoraj tak mnie zmordowało siedzenie, że postanowiłam wyjść do ogrodu, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, skontrolować stan wody, sprawdzić, czy został jeszcze lód (został!) i zobaczyłam nieśmiało nabrzmiałe (czy można nieśmiało nabrzmieć?!) pączki na drzewie. Dokonałam barbarzyńskiej dewastacji okolicznych "chabazi" i przyniosłam do domu zapowiedź wiosny. Zdjęcie co prawda nie oddaje w pełni atmosfery, która zagościła w jadalni, lecz spróbuję chociaż tak.
Przesiedziałam więc wczoraj niemal cały dzień przed komputerem i opracowałam jeden z trzech bloków, dzisiaj machnę drugi, trzeci dokończymy z J. jutro. Nie wiem co prawda w jakim będziemy stanie, bo dzisiaj J. ma urodziny na 25 osób, ale zostanę u niej na noc i od rana w niedzielę weźmiemy się za robotę.
Ale co do wiosny.
Wczoraj tak mnie zmordowało siedzenie, że postanowiłam wyjść do ogrodu, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, skontrolować stan wody, sprawdzić, czy został jeszcze lód (został!) i zobaczyłam nieśmiało nabrzmiałe (czy można nieśmiało nabrzmieć?!) pączki na drzewie. Dokonałam barbarzyńskiej dewastacji okolicznych "chabazi" i przyniosłam do domu zapowiedź wiosny. Zdjęcie co prawda nie oddaje w pełni atmosfery, która zagościła w jadalni, lecz spróbuję chociaż tak.
piątek, 18 marca 2011
Anioł wreszcie odpoczywa
Chyba już przestaje powoli wiać. Nie wiadomo jaką pogodę ten wiatr przygna. Jest buro, nie ma słońca, ptaki też trochę ucichły.
Dzisiaj trudny dzień. Teraz powinnam być na pogrzebie Szczególnej Osoby.
Zostałam jednak z moimi Chłopcami w domu. Jeden jeszcze nie wydobrzał, drugi jest niewyraźny a ja jeszcze za słaba psychicznie, żeby uczestniczyć w tej Uroczystości.
Lecz przynajmniej w ten sposób - dzieląc się wspomnieniami na swoim blogu - chcę uczcić Jej pamięć. TO bardzo szczególna dla mnie Osoba. To również szczególna osoba dla wielu innych. Poznałam Ją mając jakiś miesiąc - jak sądzę. Moja Mama udała się ze mną w becie do przychodni rejonowej, celem zaszczepienia latorośli. Przeciwko gruźlicy. Nie pamiętam oczywiście tego faktu, choć podobno zastrzyk został zrobiony niezwykle delikatnie i w przeciwieństwie do wielu innych, znanych mi osób, które na ramieniu noszą ładniejszą lub mniej ładną bliznę w kształcie słońca ja mam maleńką kropeczkę. Była bowiem wówczas w tej przychodni osoba, Pielęgniarka, która słynęła z niespotykanej subtelności i fachowości. To była moja Ciocia. Ale wówczas jeszcze Ciocią nie była. Obie panie, Mama i Pielęgniarka rozpoczęły miłą rozmowę, zwłaszcza, że fachowo ukłuta nie darłam się w niebogłosy. Mogły porozmawiać. Okazało się, że nazwisko, które nosiła moja Mama po mężu, było tym samym, które z kolei nosiła w panieństwie teściowa Pielęgniarki. Od słowa do słowa, ustaliły, że musi dojść do spotkania na prywatnym gruncie. Tak też się stało. Obie rodziny spotkały się i tak już zostało do dziś. Rzeczywiście wiele wskazuje na to, że nasze rodziny pochodzą z tego samego pnia. Tak też przez większość mojego życia miałam "zakontraktowane" niemal bezbolesne zastrzyki.
Wychowywałam się z córkami Cioci i Wujka, z którymi mamy kontakt do dziś. Kiedyś różnica wielu sięgająca niemal dekady była duża. Dziś już nie. Ja natomiast miałam idealne warunki, bowiem jako - podobno urocze dziecko (szkoda, że mi to nie zostało do dziś) - stanowiłam niemal żywą lalkę dla moich Kuzynek. Uwielbiałam u nich nocować. Zdarzało się tak nie raz. Gdy kolacja i Polaków rozmowy przeciągnęły się w noc, Rodzice wracali do domu a ja zostawałam i spałam z Dziewczynami w ich pokoju. Rano było śniadanie, cudowny poranny rozgardiasz, którego jako jedynaczka tak bardzo im zazdrościłam. Wujek - mój ukochany wujek, którego zabrakło już wiele lat temu - to Temat na inne wspomnienia. Dzisiejszych Bohaterką jest Ciocia.
To był Człowiek. Człowiek otoczony ludzkim cierpieniem i ludzką wdzięcznością zarazem. Nie znam nikogo, kto z takim oddaniem i pasją uprawiałby swój zawód. Czy siedzieliśmy przy imieninowym, świątecznym czy inaczej uroczystym stole, czy po prostu trwało spontaniczne spotkanie naszych rodzin (których było najwięcej), w pewnym momencie Ciocia bezszelestnie wstawała, brała swoją pielęgniarską torbę i szła na obchód kilku kwartałów. Miała stale pod swoją opieką dziesiątki cukrzyków, chorujących, którym trzeba było podać w odpowiednim czasie zastrzyk, zagrypionych, którym stawiała po mistrzowsku bańki. Ciocia - przez wielu z nich - zwana Aniołem, chyba rzeczywiście nim była. Całym swoim życiem świadczyła, że jest Osobą Wyjątkową. Nie rozumiem jednak - choć z pokorą akceptuję - że Ktoś, kto tyle dobrego dał Światu umierał w takich męczarniach. Ciocia trzy lata temu zaniepokojona zmianą w piersi udała się do swojego lekarza. Ten stwierdził, że nic złego się nie dzieje. Pomylił się. Gdy trafiła do innego specjalisty - diagnoza była jednoznaczna. Rak piersi. Operacja. Kontrolna wizyta u lekarza, który postawił właściwą diagnozę nie doszła do skutku. Lekarz bowiem w ciągu miesiąca, gdy Ciocia stawała się Amazonką umarł... na raka. Niestety diagnoza była spóźniona. Choroba rozwinęła się błyskawicznie, zaatakowała kości. Ciocia, która zawsze biegała od pacjenta do pacjenta "jak z motorkiem", nie mogła chodzić. Umierała przez ostatnie 6 miesięcy w coraz większych cierpieniach. Odeszła, wcześniej prosząc nas wszystkich u wybłaganie u Stwórcy szybkiego odejścia. Teraz znowu jest z Wujkiem.
Wreszcie są razem, bez bólu, bez trosk, znowu czekają z otartymi sercami na gości i nigdy nie zamykanym na klucz domem. Zawsze bowiem gdy wdrapywaliśmy się na trzecie piętro do ich domu drzwi otwierały się za lekkim dotknięciem klamki. A gdy po pożegnaniu schodziliśmy po schodach, zawsze Ciocia z Wujkiem machali do nas, odprowadzając wzrokiem i żartami do drzwi wejściowych na parterze. Pozostały mi wspaniałe wspomnienia. Ciężko bez nich. Ale wiem, że czekają TAM. Anioły też muszą kiedyś odpocząć. Zwłaszcza tak zapracowane Anioły.
Dzisiaj trudny dzień. Teraz powinnam być na pogrzebie Szczególnej Osoby.
Zostałam jednak z moimi Chłopcami w domu. Jeden jeszcze nie wydobrzał, drugi jest niewyraźny a ja jeszcze za słaba psychicznie, żeby uczestniczyć w tej Uroczystości.
Lecz przynajmniej w ten sposób - dzieląc się wspomnieniami na swoim blogu - chcę uczcić Jej pamięć. TO bardzo szczególna dla mnie Osoba. To również szczególna osoba dla wielu innych. Poznałam Ją mając jakiś miesiąc - jak sądzę. Moja Mama udała się ze mną w becie do przychodni rejonowej, celem zaszczepienia latorośli. Przeciwko gruźlicy. Nie pamiętam oczywiście tego faktu, choć podobno zastrzyk został zrobiony niezwykle delikatnie i w przeciwieństwie do wielu innych, znanych mi osób, które na ramieniu noszą ładniejszą lub mniej ładną bliznę w kształcie słońca ja mam maleńką kropeczkę. Była bowiem wówczas w tej przychodni osoba, Pielęgniarka, która słynęła z niespotykanej subtelności i fachowości. To była moja Ciocia. Ale wówczas jeszcze Ciocią nie była. Obie panie, Mama i Pielęgniarka rozpoczęły miłą rozmowę, zwłaszcza, że fachowo ukłuta nie darłam się w niebogłosy. Mogły porozmawiać. Okazało się, że nazwisko, które nosiła moja Mama po mężu, było tym samym, które z kolei nosiła w panieństwie teściowa Pielęgniarki. Od słowa do słowa, ustaliły, że musi dojść do spotkania na prywatnym gruncie. Tak też się stało. Obie rodziny spotkały się i tak już zostało do dziś. Rzeczywiście wiele wskazuje na to, że nasze rodziny pochodzą z tego samego pnia. Tak też przez większość mojego życia miałam "zakontraktowane" niemal bezbolesne zastrzyki.
Wychowywałam się z córkami Cioci i Wujka, z którymi mamy kontakt do dziś. Kiedyś różnica wielu sięgająca niemal dekady była duża. Dziś już nie. Ja natomiast miałam idealne warunki, bowiem jako - podobno urocze dziecko (szkoda, że mi to nie zostało do dziś) - stanowiłam niemal żywą lalkę dla moich Kuzynek. Uwielbiałam u nich nocować. Zdarzało się tak nie raz. Gdy kolacja i Polaków rozmowy przeciągnęły się w noc, Rodzice wracali do domu a ja zostawałam i spałam z Dziewczynami w ich pokoju. Rano było śniadanie, cudowny poranny rozgardiasz, którego jako jedynaczka tak bardzo im zazdrościłam. Wujek - mój ukochany wujek, którego zabrakło już wiele lat temu - to Temat na inne wspomnienia. Dzisiejszych Bohaterką jest Ciocia.
To był Człowiek. Człowiek otoczony ludzkim cierpieniem i ludzką wdzięcznością zarazem. Nie znam nikogo, kto z takim oddaniem i pasją uprawiałby swój zawód. Czy siedzieliśmy przy imieninowym, świątecznym czy inaczej uroczystym stole, czy po prostu trwało spontaniczne spotkanie naszych rodzin (których było najwięcej), w pewnym momencie Ciocia bezszelestnie wstawała, brała swoją pielęgniarską torbę i szła na obchód kilku kwartałów. Miała stale pod swoją opieką dziesiątki cukrzyków, chorujących, którym trzeba było podać w odpowiednim czasie zastrzyk, zagrypionych, którym stawiała po mistrzowsku bańki. Ciocia - przez wielu z nich - zwana Aniołem, chyba rzeczywiście nim była. Całym swoim życiem świadczyła, że jest Osobą Wyjątkową. Nie rozumiem jednak - choć z pokorą akceptuję - że Ktoś, kto tyle dobrego dał Światu umierał w takich męczarniach. Ciocia trzy lata temu zaniepokojona zmianą w piersi udała się do swojego lekarza. Ten stwierdził, że nic złego się nie dzieje. Pomylił się. Gdy trafiła do innego specjalisty - diagnoza była jednoznaczna. Rak piersi. Operacja. Kontrolna wizyta u lekarza, który postawił właściwą diagnozę nie doszła do skutku. Lekarz bowiem w ciągu miesiąca, gdy Ciocia stawała się Amazonką umarł... na raka. Niestety diagnoza była spóźniona. Choroba rozwinęła się błyskawicznie, zaatakowała kości. Ciocia, która zawsze biegała od pacjenta do pacjenta "jak z motorkiem", nie mogła chodzić. Umierała przez ostatnie 6 miesięcy w coraz większych cierpieniach. Odeszła, wcześniej prosząc nas wszystkich u wybłaganie u Stwórcy szybkiego odejścia. Teraz znowu jest z Wujkiem.
Wreszcie są razem, bez bólu, bez trosk, znowu czekają z otartymi sercami na gości i nigdy nie zamykanym na klucz domem. Zawsze bowiem gdy wdrapywaliśmy się na trzecie piętro do ich domu drzwi otwierały się za lekkim dotknięciem klamki. A gdy po pożegnaniu schodziliśmy po schodach, zawsze Ciocia z Wujkiem machali do nas, odprowadzając wzrokiem i żartami do drzwi wejściowych na parterze. Pozostały mi wspaniałe wspomnienia. Ciężko bez nich. Ale wiem, że czekają TAM. Anioły też muszą kiedyś odpocząć. Zwłaszcza tak zapracowane Anioły.
środa, 16 marca 2011
Nie lubię wiatru :(
Jest niewiele rzeczy, których naprawdę nie trawię, jedną z nich jest wiatr. I nie mówię tu o uroczym zefirku, który jest błogosławieństwem w czasie upału, mówię o silnych porywach, urywających łeb, miotających i tak już zimą wymęczone drzewa i przeganiających przeróżny śmieć to tu to tam. Moje zwierzaki też niekontente. Koty siedzą w ogrodzie i na werandzie, pozwijane w kulki. Dlaczego nie wchodzą do swojego ogrzewanego domku? (zadbaliśmy bowiem o komfort naszych podopiecznych i Pies w swojej a Koty w swojej budzie mają zainstalowane ogrzewanie) - pojęcia nie mam.
Pies co prawda ma dzisiaj SPA, bowiem został wykąpany przez Piszącą, a teraz wygrzewa się u jej stóp, w domu a nie na werandzie :)
Niechybnie okupię to atakiem astmy, ale niech zwierzak ma i godnie przywita wiosnę. Do dziś bowiem czuć go było na dwa dni przed jego przyjściem. Teraz leży na białym dywanie a ja piszę i cieszę się jak dziecko miejscem, które sobie zaaranżowałam do pracy.
Kupiłam bowiem białe biureczko (Ani z Zielonego Wzgórza jak stwierdziła Córka), w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Teraz mam naprawdę tylko SWOJE miejsce. Akcent na "swoje" zrozumie każdy, kto ma dom pełen narodu i musi polować na spokojne miejsce z płaską powierzchnią wolną do talerzyków, kubeczków, klocków i książek porzuconych przez Domowników.
Od rana jest słonecznie, ale to podpucha natury. O 9.30 przyjechał - umówiony wcześniej - geodeta. SPRAWA GRUNTOWA z naszymi sąsiadami trwa. Kiedyś, najchętniej jak już wszystko się wyjaśni, opiszę ją, bo sprawa jest rzeczywiście kuriozalna. Zwiedziona zatem zalanym słońcem otoczeniem wyszłam do ogrodu, na spotkanie. Spotkanie trwało 20 minut a my wywiani na wylot: ja, Mama i Z. wróciliśmy do domu. Ponieważ Mama dzisiaj wracała do siebie, więc - choć czekała na herbatkę z prądem - już się nie rozebrała z kurtki, dygocząc przez następne pół godziny. Mam nadzieję, że nie przypłaci tego przeziębieniem lub grypą. O 11.30, Z. z Mamą i Zaanginionym Synkiem, pojechali do stolicy. Synek ma dzisiaj umówione spotkanie u psychologa, więc Z.zabrał go na wizytę, którą umówiliśmy już jakiś czas temu. A moje domowe sposoby leczenia już przyniosły efekty i po anginie względnie zapaleniu gardła prawie nie ma śladu. Dałam po prostu dziecku się wygorączkować przez trzy dni, psikałam tantum verde i wygląda na to, że żadnych medykamentów nie trzeba będzie już podawać.
Pies co prawda ma dzisiaj SPA, bowiem został wykąpany przez Piszącą, a teraz wygrzewa się u jej stóp, w domu a nie na werandzie :)
Niechybnie okupię to atakiem astmy, ale niech zwierzak ma i godnie przywita wiosnę. Do dziś bowiem czuć go było na dwa dni przed jego przyjściem. Teraz leży na białym dywanie a ja piszę i cieszę się jak dziecko miejscem, które sobie zaaranżowałam do pracy.
Kupiłam bowiem białe biureczko (Ani z Zielonego Wzgórza jak stwierdziła Córka), w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Teraz mam naprawdę tylko SWOJE miejsce. Akcent na "swoje" zrozumie każdy, kto ma dom pełen narodu i musi polować na spokojne miejsce z płaską powierzchnią wolną do talerzyków, kubeczków, klocków i książek porzuconych przez Domowników.
Od rana jest słonecznie, ale to podpucha natury. O 9.30 przyjechał - umówiony wcześniej - geodeta. SPRAWA GRUNTOWA z naszymi sąsiadami trwa. Kiedyś, najchętniej jak już wszystko się wyjaśni, opiszę ją, bo sprawa jest rzeczywiście kuriozalna. Zwiedziona zatem zalanym słońcem otoczeniem wyszłam do ogrodu, na spotkanie. Spotkanie trwało 20 minut a my wywiani na wylot: ja, Mama i Z. wróciliśmy do domu. Ponieważ Mama dzisiaj wracała do siebie, więc - choć czekała na herbatkę z prądem - już się nie rozebrała z kurtki, dygocząc przez następne pół godziny. Mam nadzieję, że nie przypłaci tego przeziębieniem lub grypą. O 11.30, Z. z Mamą i Zaanginionym Synkiem, pojechali do stolicy. Synek ma dzisiaj umówione spotkanie u psychologa, więc Z.zabrał go na wizytę, którą umówiliśmy już jakiś czas temu. A moje domowe sposoby leczenia już przyniosły efekty i po anginie względnie zapaleniu gardła prawie nie ma śladu. Dałam po prostu dziecku się wygorączkować przez trzy dni, psikałam tantum verde i wygląda na to, że żadnych medykamentów nie trzeba będzie już podawać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






