wtorek, 29 stycznia 2013

wprawki przed ostatkami czyli jak się zmierzyłam z kulinarnym wyzwaniem...

Jestem dzisiaj z siebie absolutnie, niewypowiedzianie dumna!!! Otóż, od pewnego czasu chodziły za mną... pączki. Ci, którzy mnie znają mogliby mieć wątpliwości, czy dobrze się czuję: ja i słodycze...? Bo za słodyczami w końcu nie przepadam.
Otóż nie chodziło o jedzenie lecz o robienie... samodzielnie... własnymi rączkami... Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że choć uwielbiam gotować i eksperymentować w kuchni, to kuchnia, w której odnoszę największe sukcesy jest, że tak powiem wytrawna. Po prostu słodycze nie bardzo mi wychodzą. Mięsa? - proszę bardzo, ale cukiernictwo to czarna magia.
To znaczy tak (jeśli mam być zupełnie uczciwa): ciasta wychodzą mi jeśli trzymam się kurczowo przepisu. Ale ja lubię w kuchni eksperymentować!
W cukiernictwie zaś trzeba być dokładnym niczym farmaceuta.
I to mnie przerasta. 

Są oczywiście wdzięczne słodkości, na przykład muffiny, które wychodzą zawsze! Bez względu na porę dnia, mój humor i to co zdecyduję się do nich powsadzać. Podobnie jest z wdzięczną szarlotką, sernikiem, kruchymi ciasteczkami czy tzw. piaskową babą. Ale takie pączki?! Toż to był mit, z którym nie miałam odwagi zmierzyć się do dziś.
TAK JEST!! Zrobiłam pączki. SAMA.
 Dodatkową trudność stanowił fakt, że pączki wykonuje się z ciasta drożdżowego. Brrrrr. A to już jest dla mnie "wyższaszkołagotowanianagazie". Ta sztuka (bo dla mnie to sztuka właśnie) wychodzi ZAWSZE mojemu ukochanemu Z. Jego mityczne już drożdżówki są przedmiotem ogólnego pożądania w kręgach bliższych i dalszych znajomych o rodzinie nie wspominając już! Nie powiem, zazdrościłam mu bardzo tego talentu. Ale dzisiaj moje pączki stanęły "na pudle" z drożdzówkami Z.
A oto i dowody w sprawie (wyszło trochę jak tutorial ;) ) :

w piecu wesoło śpiewa ogienek, na piecu stolnica...
... a na stolnicy pączusie sobie...


... rosną...

najpierw jeden boczek...

... potem drugi boczek

i proszę: TADAAAM!

mniam...


sobota, 26 stycznia 2013

hu hu ha, hu hu ha...

...ale zima wcale nie taka zła! Jest pięknie!

Wybrałam się dzisiaj na spacer w... pidżamie... od okna do okna.

Mróz siarczysty, więc na razie ani myślę opuścić cieplutkie pielesze i wyjść na prawdziwy spacer. Jednak widoki, już zza okna są tak zachwycające, że nie mogłam sobie darować. Zarzuciłam na pidżamę polar i wędrując z aparatem od okna do okna zrobiłam zdjęcia tym zachwycającym obrazkom.

Sami popatrzcie w jakiej bajce obudziliśmy się dzisiaj !



















  








czwartek, 24 stycznia 2013

nowe wyzwania

Od początku roku zaangażowałam się w projekt unijny, którego zadaniem jest aktywizacja zawodowa osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. W praktyce oznacza to, że beneficjentami projektu są osoby niepełnosprawne (z różnymi jej stopniami, od lekkiego do znacznego ), długotrwale bezrobotne a także osoby, które na nowo odnajdują swoje miejsce na wolności.

Od tygodnia prowadzę spotkania z ludźmi zakwalifikowanymi do programu. Zbieram wywiady, rozpoznaję ich potrzeby i możliwości, podpowiadam co mogą zrobić aby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. I powiem tyle: to doświadczenie jest niesamowite
 Szokuje i uczy pokory.

 Jak wiecie moim życiowym mottem jest: "nic nie dzieje się bez przyczyny". Wiem, że to doświadczenie mnie wzbogaci, zyskam dzięki niemu inną perspektywę, nowe spojrzenie na część życia społecznego.

Ludzie, których tu poznaję są zupełnie inni od tych, którzy otaczają mnie na co dzień, inni od tych, z którymi przyszło mi kiedykolwiek pracować, są wreszcie zupełnie inni niż moi coachingowi klienci. Część z nich przygniata ciężar niepowodzeń, niepełnosprawności czy niewyobrażalne trudności codziennego dnia. Wielu z nich jednak to istne gejzery optymizmu i sił witalnych! Co ciekawe im osoba bardziej chora (!) - tym ma w sobie więcej wiary we własne siły, nadziei na poprawienie swojego bytu. Ot i paradoks.

Opowiadałam wczoraj moim Dzieciom jak ważne jest by doceniać to co się ma. Często bowiem zdarza się im narzekać, że coś chcą, czegoś nie mają. Bywa nawet, że formułują pod naszym adresem pretensje, że koledzy mają a one nie. To jest prawo dzieci. To prawda.  Ja jednak obserwując prawdziwe problemy (a nie brak wymarzonego zestawu Lego), nieszczęścia nawet - powtarzam sobie ciągle: ileż mam w życiu szczęścia! Ile szczęścia mają moje dzieci. Szczęścia, którego zabrakło na przykład fantastycznemu młodemu człowiekowi, któremu staram się teraz znaleźć pracę, a który cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. To właśnie jeden z tych przykładów, które mogłyby zawstydzić niejednego zdrowego ale leniwego i utyskującego jego równolatka.

Ostatnio w ogóle nachodzą mnie głębsze refleksje. Pewnie także dlatego, że od kilku tygodni - z przerwami - mój Ojciec przebywa w szpitalu. Odkąd pamiętam miał chore serce. Od lat żyje z kardiowerterem. Trzeba przyznać, że nigdy się nie oszczędzał, a styl życia jaki ciągle prowadzi zadziwia nie tylko najbliższych. Ale chyba tak właśnie postanowił, aby choroba nie decydowała o tym jak i w jakim tempie będzie żył. Szkoda co prawda, że choroba nie złagodziła choć trochę jego charakteru i przykrych zachowań. Gdy w ubiegłych tygodniu pojawił się w domu na cztery dni między jednym i drugim szpitalem, już pierwszego dnia po powrocie odpytywał Mamę o jakieś pudełko, które wyrzuciła a o niedokręcony słoik rozpętał piekło.

Relacja z moim ojcem nie należy do łatwych. Oczywiście w najgorszej sytuacji jest Mama, która z nim mieszka i na co dzień znosi jego humory w domu, lub lata do szpitala z wywieszonym językiem. Ja kontaktuję się z nim sporadycznie, bo każde spotkanie okupuję co najmniej bólem brzucha, a w najgorszym razie kłótnią i płaczem. Staram się jednak pełnić rolę córki najlepiej jak można w tej sytuacji. Kiedy ojciec jest w szpitalu chętnie odwiedzam Mamę. Robimy sobie wtedy wielkie śniadanie i gadamy bez cenzury ;)

Najśmieszniejsze jest to, że ludzie, którzy znają mojego ojca z relacji oficjalnych, czy zza pióra (jak mawiam o tekstach, które napisał), uważają, że jest uroczym starszym panem... Moja Mama pociesza mnie, że z Kapuścińskim też tak było ;) Też mi pocieszenie. Skóra mi cierpnie na myśl o konfrontacji z fanami ojca podczas jego ostatniej drogi. Nieraz marzę sobie, żeby się zdążył zmienić. Bo ja umiem szybko zapomnieć. Tylko niech da mi tę szansę. Niech zdąży.

środa, 23 stycznia 2013

zima trzyma jak cholera...

... a tymczasem ludziom po głowach chodzą KURY!
Jedna z podczytywaczek, napisała w komentarzu pod "Kurzą stopą": no wymiękłam i to do tego stopnia ,że pomimo panicznego strachu przed kurami-co owe wyczuwają u mnie jak pies u listonosza- to klamka zapadła będzie kurnik!!!!

Wychodzi więc na to, że moje widzimisię podziela znacznie więcej osób! Bardzo się cieszę. 

Tymczasem zima trzyma



kurnik wygląda jak bałwan

a obierki lądują w koszu na śmieci. Żal, bo kury przepadają za resztkami z kuchni. Z ekologią będę więc musiała poczekać do wiosny. Wiosną bowiem znowu pojawi się gdacząca ekipa. Myślę, że nie odmówię sobie i sąsiadom przyjemności (hihihi) i zakupię Czesława nr II (koguta znaczy, dla tych, co to nie wiedzą kto zacz).

Natomiast - gwoli informacji - na domowym froncie różnie. Teraz spokojniej. Pojawiły się kolejne opinie psychiatrów, które stoją w opozycji do diagnozy, postawionej mojej Córce w Centrum Zdrowia Dziecka. W związku z jej "fikołkami", mamy kolejną sprawę w sądzie rodzinnym. Tym razem, sprawę zainicjowała policja, a dalej już poszło zgodnie z procedurą: kurator i wszystkie związane z tym konsekwencje. 
K. zna zasady. Po kolejnej ucieczce (gigancie, jak to nazywa kurator i policja), już piątej od początku roku szkolnego (statystyka druzgodząca), tym razem policja nie przekaże K. nam tylko umieści ją w izbie dziecka. K.zna "warunki brzegowe" i to w jej interesie jest, żeby pilnować się maminej spódnicy. Co prawda, choć rzeczywiście jestem spokojniejsza, cały czas śpimy z portfelami pod poduszką (bo kradzieże nie ustały). 
Ostatecznie jakie podejmie decyzje - wie tylko ona, a ja czekam, aż zmądrzeje i będzie fajnie. Zwłaszcza, że potrafi być naprawdę fajnie. Nie umarła cały czas (!) we mnie nadzieja, że jak "wyrośnie" to będziemy miały przyjacielską relację.

środa, 2 stycznia 2013

No i było pięknie!!

Święta, okres między świętami, Sylwester i wreszcie NOWY ROK!!!!



Było pięknie, spokojnie, rodzinnie i towarzysko :)

 

Co prawda 50% gości zostało pokonanych przez wirusy :( lecz mimo to uważam, że Nowy Rok rozpoczął się dobrze.
Pełna nadziei na dobre zmieniłam kalendarz :) Oczywiście jestem wierna klasycznemu, czarnemu Moleskine'owi

Właśnie przeglądałam zdjęcia z noworocznego spaceru i ogarnęła mnie nowa fala zdumienia: JAK TE DZIECI ROSNĄ! Chłopcy chyba już ostatni raz są niżsi ode mnie witając nowy rok :) K. to już pannica jak się patrzy. Jesteśmy praktycznie równe wzrostem. Ten wspólny świąteczny czas był dobry także pod względem naszych wzajemnych relacji i atmosfery. Wczoraj wieczorem co prawda okazało się, że zginęły pieniądze przygotowane dla weterynarza, lecz nie zrobiłam awantury. Spokojnie powiedzieliśmy K. co o tym myślimy. Ona natomiast chyba - po raz pierwszy od nie wiem kiedy, może od zawsze... - chciała naprawić swój błąd i przez dwie godziny czytała Chłopcom lekturę, żeby nie poszli nieprzygotowani do szkoły. Widać było, że mocno to nią potrząsnęło (chyba właśnie inna reakcja niż mogła oczekiwać).
Gdy słyszałam Ją czytającą i Chłopców zaśmiewających się z tekstu - serce mi rosło. W takich chwilach myślę sobie, że Jej złe zachowanie to tylko (i aż) statystyczny bunt. Oby tak właśnie było. Wczorajszy wieczór więc - mimo oczywistych oczywistości - zaliczam do udanych. Co prawda moja Przyjaciółka twierdzi, że pozwalam sobie na utratę zdrowego rozsądku i ulegam złudzeniom gdy jest choć przez jakiś czas dobrze, ale ja już taka jestem i nie umiem inaczej...

Dzisiaj dzieciaki pojechały do Wawy do szkoły. Co prawda K. udała się z samego ranka, gdy tylko Z. wysadził Ją pod szkołą, na "piesze wycieczki", ale ostatecznie dotarła do szkoły na początek zajęć. Cóż, dzięki monitoringowi przynajmniej wiemy gdzie się szwenda.

Zostałam sama w domu. Ze zwierzakami. Powoli chowam świąteczne ozdoby. Od dziecka mam "uczulenie" na dekoracje, które z każdym styczniowym dniem (a i weekendem) kurzyły się w moim rodzinnym domu i odzierały święta z ich świąteczności. Do rozebrania pozostała jeszcze choinka. Razem z dziećmi w sobotę lub w niedzielę spakujemy ozdoby a drzewko porąbiemy do kominka. Zdecydowanie odpowiada mi taka ekologiczna kolei rzeczy, niż plastikowy drapak, lądujący w piwnicy. Brrrr

No i zaczął się nowy etap. Od poniedziałku rozpoczynam dłuższą współpracę. Kontrakt, który umożliwi mi - w co wierzę - zdobyć nowe doświadczenia i nawiązać pożyteczne kontakty. Pewien rytm przyda mi się, bo już za dobrze mi się działo ostatnio ;) Klienci żyli świętami a ja miałam więcej wolnego czasu. Czas laby się kończy i bardzo się z tego cieszę.

Dzielę się z Wami życzeniami wszystkiego dobrego w 2013 roku!! 


czwartek, 29 listopada 2012

ostrość spojrzenia

Od kilku tygodni mam nowe okulary do czytania. Powinnam w zasadzie powiedzieć: mam okulary do czytania, bo poprzednio wyrobione leżały bezrobotne w futerale. Nie wiem do dziś czy miały źle dobraną korekcję czy też coś innego mi nie pasowało. Dość, że od dłuższego czasu męczyłam się czytając a o nawleczeniu igły za jednym podejściem w ogóle mogłam zapomnieć. Nawet robienie biżuterii czy drobnych napraw nie mówiąc już o malowaniu detali na porcelanie zaczynało mi sprawiać spory kłopot. Po corocznej wizycie i dobraniu nowych okularów dla Dzieciaków (dwoje z trojga to okularnicy) i ja zdecydowałam się na wizytę u okulisty. Po odebraniu okularów nagle świat detali i drobiazgów znowu jest dla mnie dostępny :) Natomiast czytanie odzyskało dawny urok. Ach jak dobrze!

W nocy skończyłam czytać pasjonującą książkę Kristin Hannah "Jedyna z archipelagu". Książka, którą kupiłam kiedyś na wyprzedaży z tzw. kosza, okazała się dla mnie zjawiskowa! Nie rozumiem dlaczego w koszach lądują naprawdę dobre pozycje, a promowane są często prawdziwe gnioty.
Książka, która jest anonsowana na okładce jako "optymistyczna powieść o miłości między matką i córką" okazała się być czymś zdecydowanie bogatszym  w treść i emocje niż anons. Ta powieść poruszyła mnie ogromnie. To fantastyczna historia zgubionej kiedyś, a nawet zabitej, ostatecznie wskrzeszonej a może po prostu odnalezionej (?) miłości. Nie tylko głównych bohaterek: córki i matki, ale kilku bohaterów z drugiego planu. Książka mądra, wzruszająca, poruszająca delikatne struny głęboko ukrytych doświadczeń.  Jest to uniwersalna opowieść o życiowej mądrości, doświadczaniu życia i miłości. Nie doszukiwałam się tutaj żadnych analogii do moich relacji z własną matką czy ze swoją córką. Ale płakałam jak bóbr od jakiejś setnej strony. Gorąco polecam.

To już kolejna pozycja traktująca o relacji matki i córki, córki i matki, która wpada mi w ręce. Nawet przed samą sobą nie ukrywam, że szukam takich książek. Jest coś niesamowitego, w relacji dwóch kobiet związanych więzami rodzinnymi. Kobiet, które wydawać by się mogło powinny umieć najlepiej się zrozumieć, ale między którymi bardzo często dochodzi do trudnych, niekiedy toksycznych a nawet niszczących ostatecznie relacji. Jest to prawdziwy fenomen!!

Moje relacje z własną matką są... zmienne. Myślę, że to najwłaściwsze określenie. Bywają całe miesiące, gdy często do siebie telefonujemy, mamy ze sobą pełne porozumienie, niekiedy jednak różnimy się bardzo i na jakiś czas musimy od siebie odpocząć. Wolałabym, ba, życzyłabym sobie nawet, żeby moja matka była mi najbliższą przyjaciółką. Niestety w niektórych kwestiach zupełnie się nie zgadzamy. Jednak muszę stwierdzić, że w pryncypiach czy w sytuacjach dramatycznych, stać nas obie na zrozumienie tej drugiej i zrezygnowanie nawet z części swojego punktu widzenia.

A propos fenomenu. Jak sięgam pamięcią, nie mam chyba wśród swoich znajomych żadnej dziewczyny, która miałaby ze swoją mamą "relację doskonałą". Może to po prostu niemożliwe? Nie mam pojęcia. Jednocześnie po takich lekturach ja ta wczorajsza, gdzie kwestia uciekającego czasu jest szczególnie istotna myślę sobie, że nie warto go tracić na drobne potyczki, ciche dni czy niedopowiedziane sprawy. Po odłożeniu książki, jeszcze nocą chciałam pojechać do mojej mamy. Niestety na takie spontaniczne gesty nie zawsze pozwala proza życia. Zostałam więc w domu, ale przy najbliższej okazji spotkam się z Mamą, żeby powiedzieć Jej jak bardzo ją kocham (nawet wtedy, gdy się nie zgadzamy :) ) Tymczasem zostaje telefon :)

Dzisiaj K. pojechała pekaesem do szkoły. Zameldowała się smsem jak dotarła na miejsce. Umieram z niepokoju, czy dzisiaj nie będzie niespodzianek i prosto po szkole wróci domu. Niestety nie sposób przewidzieć kiedy nagle zmienia plany i decyduje się na ucieczkę. Nie ma tutaj żadnego schematu. Nie sposób tego przewidzieć. Ostatnie dni są dość wyrównane. Jedyne huśtawki emocjonalne K. pojawiają się w kontekście kontaktów z nowym chłopakiem (tym u którego nocowała ostatnim razem), który jak się okazuje wykazuje zachowania niepokojąco podobne do zachowań mojego Dziecka,. Nie chcę tej znajomości dla Niej, ale muszę być bardzo delikatna i dyplomatyczna. Ostatnio K. zaczęła histeryzować, że jej chłopak jest w szpitalu, ma guz na sercu, nie może go tak zostawić. Prawie chciała już jechać do niego. Zaproponowałam, że porozmawiam z jego mamą. Zgodziła się. Okazało się, że to absolutna bzdura! Chłopak jest w domu. W rozmowie z jego matką dowiedziałam się, że notorycznie kłamie, ma kuratora za "sprawy narkotykowe", nie bardzo chce się uczyć (czytaj przyjąć za siebie jakąkolwiek odpowiedzialność, choć za pół roku kończy 18 lat), do tego jakiś czas temu psycholog stwierdził u niego pięcioletnie opóźnienie w rozwoju. Matka chłopaka dodała, że kłamstwa to jedno, lecz zachowania agresywne, tworzenie nieistniejących bytów z pisaniem do siebie listów włącznie to drugie. Zapytałam co zamierza w związku z tym. Stwierdziła, że może powinna udać się z synem do psychiatry. Przytaknęłam ze zrozumieniem (choć dziwię się, dlaczego psycholog stwierdzający choćby opóźnienie nie pokierował matki do specjalisty, choć to nieprawda, nie dziwię się, przecież sama przez to przechodziłam...).

Umieram ze strachu, że moje dziecko zawiera takie znajomości, lecz w praktyce jestem bezsilna. To co robimy, a na co K. zgodziła się bez większych oporów (wytłumaczyliśmy Jej, że chodzi o jej równowagę i elementarny spokój) to ograniczanie dostępu do telefonu. Do internetu w ogóle nie ma w domu dostępu (jedynie w szkole, w bibliotece, okazjonalnie). K. ma do dyspozycji telefon wtedy, kiedy jest w szkole (żebyśmy mieli z nią kontakt) oraz w soboty i niedziele od 18.00 - 20.00. Nie wiem czy to wystarczy, aby chronić ją przed intrygami chłopaka czy kontaktami z innymi indywiduami. Ale nie bardzo mamy pomysł jak inaczej możemy kontrolować, ograniczać czy wpływać na życie naszego Dziecka. Naprawdę są chwile, że moje życie nie wydaje mi się realne. Ale mimo to staramy się żyć normalnie. W miarę możliwości,.

W klinice czeka już do odebrania skierowanie do szpitala. Jak tylko samochód stanie na kołach pojadę po nie i zawiozę do szpitala. Nie wiadomo ile będziemy czekać w kolejce, Wierzę jednak, że uda się K. dostać do tej placówki zanim skończy 15 lat. Myślę, że zdecydowanie lepiej, żeby była w szpitalu z dziećmi a nie z dorosłymi. Nie pytajcie dlaczego tak myślę. Tak mi się po prostu wydaje.

Jutro Chłopcy mają Andrzejkowy wieczór w szkole. Nie wiem jeszcze jak, ale musimy jutro pojechać do Wawy. Z rozdzielnika wyszło, że przygotowuję część tej imprezy. Muszę dzisiaj upiec mini muffinki z wróżbami, a jutro zapakować je wraz garnuszkiem wypełnionym woskiem, szklaną misą i dwupalnikową kuchenką elektryczną (bagatela jakieś 6 kg). Jak to wszystko wyjdzie będzie cud!

wtorek, 27 listopada 2012

samochód u lekarza, dom bibliotekarza a niedziela kucharza :)

A więc chronologicznie: samochód się poddał. Miał prawo. Jest u lekarza i będzie miał zregenerowaną głowicę silnika, wszystkie uszczeleczki wprost w fabryki. Potem trafi na regulacje do gaziarza i będzie "jak nowy". To co już miało się ze starości zepsuć, mam nadzieję, że się zepsuło (alternator, rozrusznik), hamulce i gumy są nowe. Ach, żeby w przypadku człowieka było to takie proste! Tu sobie coś wymienić, ta, dokręcić  - i człowiek jak nowy i całkiem młody ;)

Przez to albo dzięki temu (punkt widzenia zależy od metryki i zobowiązań) dzieciaki zostały w domu a ja na ich straży. Właśnie zarządziłam godziny ciszy, to znaczy, chłopcy czytają, K. robi lekcje, ja trochę pracuję, popisuję z przyjaciółką (Asiulką) i uzupełniam wpis na blogu :) Słowem - jest fajnie!
K jest w dobrej formie. Teraz już mam 100% pewność, że połyka lekarstwa, bo dostaje je rozgniecione na łyżeczce. Widać, że Jej organizm już coraz lepiej dogaduje się z otrzymywaną dawką. Jest mniej senna, zdecydowanie bardziej kontaktowa i obecna. W takich chwilach wraca mi radość życia.
A przede mną magiel, do którego jak  zwykle zbieram się jak do jeża (już kiedyś o tym pisałam). Ale  jak się potem czuję... Bezcenne! W tej samej sportowej dyscyplinie, co magiel, w niedzielę - przed moim ulubionym ostatnio programem Masterchef (który już się skończył, lecz czekam na II edycję) - zrobiłam porządki w szafie Chłopców. Sporo ciuszków będę mogła zawieźć do Karoliny dla Bronka (jak to Karolinko czytasz, to się szykuj na duuużą torbę :) ). Wyraźnie u Chłopaków przejaśniało. Fajnie, choć w kategorii "spodnie" widać spory przerębel. Przekonałam się jednak już nie raz, że kupowanie im spodni w sklepie jest tyleż nieopłacalne co bardzo frustrujące. Najdalej po tygodniu, zwłaszcza u jednego (tutaj jest niekwestionowanym liderem) jest wielka dziura na kolanie (bądź na obu, w zależności od wytrzymałości materiału). Zatem najczęściej kupuję dla Chłopaków spodnie w szmateksach. Sprawdzają się dużo lepiej (jakby wcześniejsze użytkowanie w magiczny sposób "impregnowało" je na testy jakim potem poddawać je będą moi Chłopcy). Aaaa i jeszcze bym zapomniała. Przeprosiłam się z maszyną do szycia. Bo trzeba Wam wiedzieć, że magiel, porządki w szafie i szycie na maszynie - to trzy bardzo nie lubiane przeze mnie czynności domowe. Ale i to zrobiłam!!! Pocerowałam zebrane do naprawy części dzieciowej garderoby. Jak stwierdził Z. - "o to dobrze, maszyna przecież musi  się zamortyzować" (dowcipniś). Bo i faktycznie przed dwoma czy trzema laty kupiliśmy wreszcie maszynę do szycia właśnie przede wszystkim z zamiarem dokonywania poprawek krawieckich i ratowania dziecięcej garderoby. Poszalałam wówczas, bo kupiłam sobie maszynę najśliczniejszą jaką znalazłam. A że jestem patriotką lokalną ( ;) ), więc wybór był oczywisty: Łucznik - także przez sentyment, bo na Łuczniku uczyłam się szyć w domu, a poza tym sama jestem spod tego znaku ;)





Wiem, że mojej - mówiąc enigmatycznie - umiarkowanej sympatii dla maszyny do szycia i czynności szycia jako takiego zupełnie nie podziela choćby moja blogowa znajoma Olqa, która wyczarowuje nieprawdopodobne cudeńka na swojej. Ale ja jakoś nie czuję chemii z igłą i nitką, w przeciwieństwie do pędzla i farby. Zresztą ostatniego piątku, gdy zostałam w domu, by popracować w ciszy a jednocześnie odreagować mega trudny początek tygodnia, coś mnie w środku zakręciło i popełniłam to:



Jeśli więc nie zbraknie mi dzisiaj samozaparcia i wymagluję stertę, która się uzbierała, będę z siebie bardzo dumna!
W ogóle jakoś zebrało mi się na porządkowanie przestrzeni, która mnie otacza. Mam masę książek, o których miałam pisać w zakładce o książkach. Ale wkrótce to naprawię (najpierw jednak muszę odzyskać książki które "porozporzyczałam" tu i tam wraz z moimi ustnymi recenzjami)

Miałam także pisać co gotuję - a przecież gotuję cały czas! To też chcę naprawić i jak coś się fajnie uda, to podzielić się przepisem i udokumentować zdjęciem (a to już pewnie wpływ Masterchefa ;) i książki Basi Ritz ).  A propos: dzisiaj w planie faszerowane pieczarki.

Nie mam wątpliwości, że poważny wpływ na zmianę mojego nastawienia obecnie mają moje dwie Klientki. Nie wiedzą o tym, ale ich własny rozwój niesamowicie mnie uskrzydla. A to z kolei daje mi nie tylko wielką satysfakcję z pracy, ale zaraża entuzjazmem do działania.
Zatem do działania!

piątek, 23 listopada 2012

monitoring

Nasza codzienność zupełnie została zawładnięta przez chorobę Córki. Nieustannie jednak powtarzam sobie, że są jeszcze Chłopcy. Znalazłam gdzieś w sieci, szukając informacji na temat dwubiegunowości i wszystkich jej odcieni informację, że choroba taka nie dotyczy tylko chorej jednostki lecz całej rodziny. I to jest prawda. Obserwuję nieraz jakby z boku co się teraz z nami dzieje. Jak wygląda nasz standardowy dzień, weekend. Przyglądam się, bo niekiedy mam wrażenie, że to nie jest moje życie. Uczymy się siebie na nowo. Każdym nerwem odczuwamy nawzajem zmiany nastrojów, niepokoje. Jest bardzo trudno. Oboje jednak z Z. staramy się panować nad sobą, nawzajem przypominając, że nie mamy do czynienia ze złym, lecz z chorym dzieckiem.

W ostatni poniedziałek pojechaliśmy z Z.do Łodzi na cykliczne badania po Jego operacji. Jak już kiedyś pisałam, lubimy te nasze łódzkie wycieczki. Bo choć - a tym razem szczególnie - niepokoimy się wynikami badania - to czas ten spędzamy wyłącznie ze sobą. Po szpitalu zawsze idziemy na obiad do Łódzkiej Galerii, na kawę, przytulamy się, omawiamy różne sprawy i patrzymy sobie w oczy. Bardzo jest to nam potrzebne. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach.
Wracając, sprawdzałam czy Córka jedzie po szkole do domu (w domu czekała moja Mama z Chłopcami). Mogliśmy oczywiście zostawić ją w domu z babcią i braćmi, ale stwierdziliśmy, że szkoda by zarwała dzień szkoły, zwłaszcza, że ostatnio wykazywała sporą chęć do nauki, rzeczywiście uczęszczała do szkoły systematycznie, do tego od tygodnia była już na lekach od psychiatry. Uważaliśmy, że nie ma ryzyka. Może wracać sama. Tymczasem, oddaliła się w drugą stronę miasta, a o 17.20 zupełnie zniknęła z mojego monitoringu. Znalazła się we... środę. Dwie doby spędziła poza domem, w towarzystwie nowego kolegi, którego poznała oczywiście przez internet. Mimo, że w domu nie ma dostępu do mediów, bo nawet telefon (który zresztą dostała zaledwie przed tygodniem) zawsze zabieramy jej po szkole i oddajemy rano, to radzi sobie, korzystając z komputera w szkolnej bibliotece. Chłopak jest jeszcze niepełnoletni, ale okazało się, że ulokował K. na strychu domu, w którym mieszka i tylko donosił jej "paszę". Gdy następnej nocy ok. drugiej (!) przemykali do domu, wpadli na matkę chłopaka. Ponieważ była druga w nocy, nie pozwoliła mojej córce wyjść z domu i rano zawiadomiła policję. Odebrałam K. z Ursusa. Od razu zawiozłam do szkoły. Po południu wróciła z nami do domu.
Tym razem moja reakcja była zupełnie inna niż po poprzedniej ucieczce. Nie ma sensu bowiem wrzeszczeć, wyrażać pretensji czy oczekiwać racjonalnego wytłumaczenia działania K.. Ona działa w manii w takich chwilach i żadne racjonalne wytłumaczenie (typu: było mi źle, kocham go itp.) nie występuje. Rozmawialiśmy z matką chłopaka przez telefon, okazało się, że ma on kuratora (narkotyki), chodzi (a w zasadzie nie chodzi) do zawodowej szkoły kucharskiej, stwarza problemy wychowawcze. Zaplanowaliśmy nawet spotkanie w sobotę. Pewnie będziemy musieli je odwołać, podobnie jak spotkanie K. z jej terapeutką w sobotę, bo nasz samochód ledwo zipie. W poniedziałek wstawiamy go do warsztatu i robimy remont silnika. Mam nadzieję, że od środy będziemy normalnie funkcjonować mając sprawny samochód.

We wtorek mam odebrać od psychiatry K.skierowanie do szpitala. Niestety w tej sytuacji to jedyne rozsądne wyjście. Tylko w warunkach szpitalnych będzie można dobrze i bezpiecznie dobrać Jej leki. Bez takiej pomocy w ogóle nie wyobrażam sobie normalnego funkcjonowania!



niedziela, 4 listopada 2012

diagnoza

Borykając się z problemami wychowawczymi, jakie mamy z naszą Córką, zadawałam sobie ciągle pytanie: czego ma nas to nauczyć? po co to jest? Wychodzę bowiem z założenia, z którym się nigdy nie kryję i na moim blogu też niejednokrotnie deklarowałam, że uważam, iż "nic nie dzieje się bez przyczyny".

Dzisiaj mogę powiedzieć: chyba wiem.

O ileż bowiem łatwiej znieśliśmy postawioną diagnozę po tym, jak odchodziliśmy od zmysłów, że mamy złe dziecko, dziecko, które jest wyzute z uczuć, które nie reaguje na prośby, groźby, przykłady, lamenty.

Nasze dziecko nie jest złe. 
Nasze dziecko nie jest zdrowe. 

"Osobowość dwubiegunowa".
Werdykt przyjęliśmy z...  ulgą. W innych okolicznościach pewnie załamalibyśmy się. Znajomi - choć nie wszyscy - są zdumieni. Jak możecie przyjmować z ulgą taką wiadomość! Ano możemy. Dotąd rozpaczaliśmy. Nasza miłość rodzicielska była trwoniona, serca nam pękały, walczyliśmy z niereformowalną nastolatką. Dzisiaj nie walczymy. Musimy się Nią zaopiekować. I to napawa nas... otuchą i dodaje sił.

W obecnej bowiem chwili, gdy diagnoza została postawiona tak wcześnie (a nie w wieku dwudziestu czy trzydziestu lat, gdy chory może mieć już za sobą niejeden zniszczony związek, popalone mosty i ląduje w psychiatryku), jest bardzo duża nadzieja na dobre, satysfakcjonujące życie dla naszej Córki i naszej Rodziny. Oczywiście nowe wyzwania przed nami, ale nie zamierzamy się poddawać. Dodatkowo mobilizują nas Chłopcy, którym poświęcamy teraz szczególnie dużo uwagi po tym, jak ich siostra w pełni zawładnęła naszą uwagę, energię i wszystkie siły przez ostatni rok.
Od teraz już nic nie będzie takie samo. Będzie inne.

W przyszłym tygodniu, Córka ma mieć wprowadzony lek. Zamierzamy oswoić tę chorobę. Choć to niełatwe - nie ukrywać się przed światem z problemem. Zdaję sobie bowiem sprawę, że być może to moje nowe zadanie. Może właśnie w tym obszarze będę mogła pomagać innym rodzinom. Mówiąc o tym, wspierając się wzajemnie i walcząc o dobre życie dla naszych dzieci.

niedziela, 21 października 2012

Zezłociło się ale i zamgliło

Jesień rozpędzona na złoto. Co prawda dzisiaj już baaardzo jesiennie, szaruga i mgła przez cały dzień, choć miała ustąpić przed południem. Plany porządkowe w ogrodzie zostały odłożone na inny, bardziej suchy dzień (mam nadzieję, że jeszcze takie nastąpią). Z liśćmi do zgrabienia nie robię histerii, ale przed śniegami powinniśmy zwinąć pawilon nad stołem w ogrodzie. Przymierzałam się do niego dzisiaj kilka razy, ale wciąż był mokry, nie tylko od zewnątrz ale także od wewnątrz. W ubiegłym tygodniu miałam wyjazdowe, dwudniowe szkolenie, które było poważnym dla mnie wyzwaniem. Bałam się jak w pojedynkę, przez dwa dni zapanuję nad trzydziestoosobową grupą nie tylko od strony organizacyjnej i dyscypliny ale mojego niezbyt ostatnio mocnego głosu. Fakt, drugiego dnia wieczorem, po powrocie do domu miałam głos zachrypnięty, jakbym balowała przez dwa dni, jak moi kursanci :) Grupa natomiast okazała się bardzo fajna, zaangażowana i dość zdyscyplinowana. W związku z moją nieobecnością, ściągnęłam do nas moją mamę. Jest fajnie. Naprawdę. Już dawno nie żyliśmy razem w takiej harmonii. Wczoraj - dzięki obecności mamy - mogliśmy zrobić sobie z Z. romantyczny wypad. Pojechaliśmy do Pułtuska na długi spacer. Chodziliśmy sobie trzymając się za ręce, cali w promieniach słońca. Przez spacer nie wzięliśmy się za pawilon. Ale i tak, wiedząc, że dzisiaj z porządków byłby nici nie zmieniłabym wczorajszego dnia. No, może po powrocie wzięłabym się za zwinięcie plandeki, ale stało się inaczej.
W domu natomiast od początku roku szkolnego - co już widać było we wpisie z września - dużo się dzieje. Nie możemy właściwie dojść do równowagi, bo sprawa się jeszcze ciągnie. Tamtego dnia nasza córka nie tylko nie pojawiła się w szkole, ale w ogóle nie pojawiła się tej doby w ogóle. Zgłosiliśmy sprawę policji, dziecko zostało odnalezione, a człowiek (24 letni!), który wciąż utrzymuje z nią relacje ma prokuratorską sprawę o kontakty z nieletnią. Powiem tylko, że teraz w naszym kalendarzu: policja, prokuratura, sąd, psychoterapia, psychiatra, psycholog. Nie ma nad czym się rozpisywać. Jest ciężko. Wiem, że kiedyś to się skończy. Może znajdę w sobie siłę, żeby pewnego dnia to wszystko opisać, podzielić się doświadczeniami w formie poradnika albo beletrystyki. Na razie wszystko mnie boli w tym temacie.
Ale trzeba żyć dalej. Na szczęście sporo pracy nie pozwala mi oddawać się handrze. Dzisiaj zrobiłam "prawdziwy niedzielny obiad". Do obowiązkowego rosołu na niosce były zawijane zrazy, surówka z brukwi, ogórka, marchwi i jabłuszka oraz ziemniaki purre (ze śmietaną i masłem). Mniam :) Wszystkim smakowało.
Postaram się dyscyplinować także w kwestiach blogowych. W końcu to też kawałek mnie. Nastrój rzeczywiście momentami wytrąca mi pióro z dłoni (choć wirtualne) ale przecież nie ubiorę się w czarną suknię żałobnicy, opłakującej swoje utracone, wyidealizowane wyobrażenie rodzinnego życia. Zamierzam żyć dobrze i jak najbardziej pozytywnie. Przyznam nawet, ze złapałam się na głupim myśleniu, że być może nie wypada, żebym pisała o różnych mniej ważnych sprawach, skoro pod moim dachem rozgrywa się  rodzinny dramat. Trudno, taka moja karma ale nie chcę rezygnować z samej siebie.
Obserwuję co się dzieje z moją córką. Staram się na nowo wypracowywać między nami ścieżkę porozumienia. Niestety nikt nie jest w stanie powiedzieć co jest jeszcze "normą" buntu nastolatki a co już skręca w stronę patologii. Tego w szkołach ani na uniewrsytetach nie uczą. Może więc rzeczywiście kiedyś napiszę o tym jakiś swój poradnik. Do tego jednak czasu, muszę skupić się na mądrym postępowaniu. Choć cierpliwości momentami brakuje.

wtorek, 4 września 2012

i zaczęliśmy nowy rok szkolny

Wakacje minęły, walizki zostały rozpakowane, pranie młóci się w pralce, dzieciaki zostały wyekspediowane do szkoły a ja zasiadłam do swojego biurka, do swojej pracy, do bloga, do odpisywania na zaległe maile. Słowem zaczęła się orka... za którą przyznam wszyscy już się troszkę stęskniliśmy.
Koniec roku szkolnego i pierwsza połowa wakacji były bardzo wyczerpujące, przede wszystkim za sprawą mojej nastolatki, przez której wyskoki zupełnie odechciało mi się wszystkiego. Znajomi pytali: dlaczego nie piszesz nic na blogu? co się dzieje? itp. A ja naprawdę nie miałam ochoty pisać o niczym, co w porównaniu z "sajgonem", który mieliśmy w domu było tylko bzdetami.
Ale zrobiliśmy nowe otwarcie i z nowymi nadziejami zaczynamy.


Właśnie dostałam telefon ze szkoły córki. Nie pojawiła się w szkole!
Puszczam ten rozpoczęty i niedokończony post na blog. Na razie nie mam już ochoty pisać niczego o wakacjach. Wiem, że to zrozumiecie.

czwartek, 21 czerwca 2012

Rozkminy kibica ;)

Trochę powietrze ze mnie zeszło - co widać w blogowej absencji. Cóż, nie bez wpływu była nasza porażka na mistrzostwach w PN. Choć miło było patrzeć na całkiem dobrze grającą polską drużynę, to nie wystarczyło by przejść do ćwierćfinału. Od razu uspokajam: nic się nie zmieniło, nadal jestem okazjonalną kibicką, niemniej bardzo gorliwą ;) Dość popatrzeć na setki tysięcy rodaków fantastycznie dopingujących NASZYCH, przecież nie wszyscy oni to "rasowi" kibice, śledzący wszystkie piłkarskie potyczki. Ale w sportowych igrzyskach to właśnie jest piękne. Przyznam, że choć smutno, bo już nie gramy o medale, to noszę w sobie rodzaj dumy, że tak pięknie podejmujemy gości. Radością napawają mnie relacje obcych korespondentów, których komentarze przepełnione są entuzjazmem ale i zdziwieniem, zupełnie tak, jakby nasz kraj był dotąd nieodkrytym lądem! A i w tym jest sporo prawdy... Pamiętam, gdy kilka lat temu, znajoma opowiadała o gościu - koledze swego syna, który przyjechał do Polski w ramach szkolnej, polsko-francuskiej wymiany - który najpierw zaniemówił a potem dopytywał z niedowierzaniem, gdzie się znajduje, po wizycie w CH Arkadia. Powiedział przy tym, że relacje z Polski jakie zdarzało mu się słyszeć, widzieć lub czytać w ojczyźnie, często są opatrywane zdjęciami w rodzaju zarośnięty chłop, wąsata baba z chrustem, oboje siedzący na wozie drabiniastym ciągnionym przez chudą szkapę drogą wyłożoną kocimi łbami!! Cóż, nasz szczęście przyszedł czas weryfikacji tych fałszywych obrazów.

Drugą poważną przyczyną mojego czasowego wycofania, to kolejna fala "orki na ugorze" czyli niekończący się serial wychowawczy. Ręce momentami opadają, płakać się chce, ale serce matki jak widać jest nie do zarąbania (użyję tego eufemizmu). A toż to prolog dopiero! Chłopcy za dwa tygodnie kończą dziesięć lat. Pora więc przygotować się na sztukę w co najmniej paru aktach. Uff.

A na samochodzie powiewa biało-czerwona i już!

środa, 6 czerwca 2012

...rozkwit wkoło...

Jest pięknie, wreszcie słońce rozpieszcza, to co może kwitnie pięknie. W niedzielę poczucie obowiązku, żeby wreszcie dokończyć herbaciany zestaw dla mojej Przyjaciółki zmusiło mnie do wzięcia pędzla do ręki a dalej już rozkwitło.






Pomijając walory artystyczne moich poczynań, ja czuję się w rozkwicie :D





Do tego jeszcze ten ukwiecony krzak, który postanowiłam uwiecznić:




a więcej umieścić więcej na Cyfrowym Oku. Myślę, że nie tylko słońce, ale także perspektywa właśnie rozpoczynającego się długiego weekendu napawa mnie takim entuzjazmem. Do tego dzisiaj są przecież imieniny miesiąca :D

Choć nie jestem wielką fanką futbolu, a mówiąc szczerze kibic ożywa we mnie w chwilach chwały polskiej Reprezentacji w Jakimkolwieksporcie, lub właśnie podczas mistrzostw Europy czy Mundialu - to i mnie udzieliła się futbolowa euforia.



Wywiesiłam na tarasie biało-czerwoną a nawet umieściłam na samochodzie - co według Z. uchroniło go dzisiaj przed zapłaceniem mandatu ;) :"o widzę, że na mecz się Pan wybiera" - zauważył legitymujący policjant.

Słowem jest pięknie...

środa, 30 maja 2012

spieszę z wyjaśnieniami

Po parodniowej przerwie w publikacji moich pseudomądrości blogowych, zawsze, ale to zawsze, czuję się winna. Od razu postanawiam się tłumaczyć dlaczego mnie nie było, co robiłam itd. To chore przekonanie zakorzenione już w dzieciństwie, choć ogranicza mnie okropnie i z czego zdaję sobie sprawę, cudnie kwitnie w mojej podświadomości. Zatem aby wybrnąć jakoś z uśmiechem i przymrużonym  okiem powiem tylko, że: "działo się". I wiernych Podczytywaczy pragnę poinformować, że działo się, lecz nie na łazienkowym froncie. Front robót remontowo-budowlanych idzie swoim tempem, Z. w magiczny sposób, mimo rozpierduchy w samym sercu domu, pod koniec weekendu tak wszystko uprząta, że zupełnie normalnie da się żyć w ciągu tygodnia. Cały miniony tydzień był jakiś zwariowanie zajęty. Nic spektakularnego co prawda się nie zdarzyło, świat nie skłonił mnie do snucia filozoficznych rozważań, lecz kalendarz miałam zapełniony niemal do godziny. Za to już od ostatniego weekendu cała moja uwaga, energia, rozum i serce zajmował wtorek, który był wyjątkowo obciążony zarówno czasowo jak emocjonalnie. Na godzinę jedenastą umówiona była geodeta - biegła sądowa, która miała dokonywać swych czynności mierniczo-badawczych w terenie. Jej wizyta z kolei związana była z wizytą moich Rodziców, którzy jako właściciele posesji i domu, w którym mieszkamy chcąc czy nie chcąc wciągnięci są w koszmarny gruntowy spór z sąsiadami, który trwa już sezon II. (Jak dobry serial, prawda?). Ponieważ mój"Tatuś" nie należy do osób, w towarzystwie których czujemy się miło i swobodnie, więc perspektywa spędzenia z nim kilku godzin, napawała mnie, Z. i moją Mamę lekkim niepokojem (pozostańmy przy tym eufemizmie). Ostatecznie Tata nie dopiekł, jak potrafi (pierwsze zaskoczenie tego dnia ;)).  Za to Pani Geodeta... Początkowo daleka od otwartej komunikacji, głucha na wnioski o dokonanie dodatkowych pomiarów we wskazanych przez nas miejscach, została przeze mnie poinformowana , że"wobec tego niech zrobi jak uważa", bo i tak temat wadliwych pomiarów terenu jest obecnie przedmiotem badania przez policję gospodarczą. Wówczas biegła sądowa odzyskała jasność myślenia i udała się we wskazane miejsca, pochyliła głowę nad okazanymi przez nas mapami i zobowiązała się włączyć do swej opinii wszystkie wnioski i dokonane pomiary. Oczywiście sprawa znowu wróci do sądu, bowiem kolejna próba polubownego załatwienia sporu o granicę naszej posesji zakończyła się fiaskiem. Dość powiedzieć - aby nie zanudzać - że nasi sąsiedzi, którzy są pozbawionymi kultury, wyobraźni i moralnych zasad kreaturami oczekiwali, że połowę spornego obszaru rodzice im oddadzą tak, po prostu a za drugą zapłacą piętnastokrotnie wyższą kwotę niż cena, która wynika z realiów tego terenu. Propozycja dodatkowo kuriozalna, bowiem moi rodzice przed ponad dwiema dekadami już raz za ten teren zapłacili! Jak obrazowo pani geodeta temat przedstawiła, obie strony mają prawo uważać, że mają rację, bowiem przed wieloma laty "zostały popełnione błędy pomiarowe". I już!!. Przed nami więc kolejne wizyty w sądzie, który - w co wierzę - przyzna rację Rodzicom i uzna, że dokonało się zasiedzenie. Jak już geodeci pojechali, Rodzice zapakowali się do samochodu i ruszyli do siebie, ja w pośpiechu zbierałam się na Spotkanie Optymistyczne, które późnym popołudniem organizowałam w stolicy. To co przygotowałam sobie do ubrania okazało się o jeden w porywach dwa numery za małe (zaskoczenie numer dwa), więc gorączkowo szukałam czegoś innego. Jak już znalazłam się w samochodzie, stwierdziłam, że na pewno zdążę. Lecz tutaj kolejna niespodzianka (czytaj: zaskoczenie numer trzy): wszystkie możliwe i zupełnie nieprawdopodobne miejsca na mojej drodze były zakorkowane, więc wpadłam do biura z wywieszonym ozorem. Nie miałam już czasu na przygotowanie się i powtórzenie prezentacji, bo po pięciu minutach, zaczęli schodzić się Uczestnicy (ci nadgorliwie punktualni ;)). W takich momentach jak ten wczoraj, gdy czeka mnie jakieś wystąpienie a ja nie mam czasu na przygotowania, zawsze przypomina mi się jeden egzamin muzyczny, kiedy wpadłam zdyszana w chwili, gdy już po raz drugi (!! a to była sprawa krytyczna w mojej szkole) wyczytywano moje nazwisko. Zdyszana, z nierozgrzanymi dłońmi zagrałam swój najlepszy w życiu i najwyżej oceniony egzamin. Wczoraj też było dobrze :D

W drodze powrotnej musiałam odebrać Córkę od jej koleżanki i pędzić do domu, w którym już czekał na mnie Z. z którym z kolei mieliśmy pojechać do radnej złożyć podpis pod petycją. Zafiksowana na błyskawiczny powrót do domu nie zwróciłam uwagi na licznik kilometrów więc w drodze skończył mi się gaz (zaskoczenie numer cztery). Musiałam odbić z obwodnicy i zatankować. Ostatecznie dotarłam do domu nadspodziewanie szybko (zaskoczenie numer pięć) i ruszyliśmy z misją społeczną. Po powrocie do domu, gdy na zegarze dochodziła północ, ruchem sunącym dotarłam do sypialni i w mgnieniu oka zasnęłam z uśmiechem na ustach i optymizmem w sercu, mimo zwariowanego dnia i masy zaskoczeń ;)


niedziela, 20 maja 2012

widoki na nowe łazienki zza chmury wszędobylskiego pyłu

Weekend jest piękny, słoneczny, wokół zielono, kwiatki kwitną a wnętrze naszego domku pokrywa się coraz grubszą warstwą remontowego pyłu...

Wczorajsze zagonienie dzieci do odkurzania okazało się działaniem wyłącznie dla sportu - dzisiaj śladu już po tym nie ma. Ale za to ma być nowa łazienka! I to docelowo nie jedna :) Na pierwszy ogień idzie łazienka Chłopaków, ale to jeszcze trochę potrwa. Jak uporamy się z tym wyzwaniem, czeka nas rozebranie podłogi w dotychczasowej łazience, która po powiększeniu będzie damską łazienką. Ale ta operacja zaplanowana jest na resztę lata. Słowem  nasza epopeja remontowa jak Moda na Sukces ma imponującą ilość odcinków. Czasem żałuję, że nie prowadziłam bloga jak zaczynaliśmy nasz remont ponad sześć lat temu. Wprowadziliśmy się bowiem do domku letniskowego moich Rodziców i zakochaliśmy się w nim  po uszy. Zanim przyszła pierwsza zima musieliśmy przekopać linię wodociągową poniżej głębokości zamarzania, bowiem w marcu 2006 roku, gdy wprowadziliśmy się tutaj, wody w kranach niet. Wszystko w cholerę zamarzło. Pierwsze lato zatem przebiegło nam pracowicie (zresztą jak każde kolejne :) ). Trawa czy kwiatki były marzeniem. Na szczęście działka zadrzewiona wcześniej przez moich Rodziców nie przypominała klepiska. Po pierwszej zimie, już było wiadomo, że kolejnym etapem remontu będzie ocieplenie domu. Nasza chałupka nie była zdolna akumulować ciepła i zaraz po wygaśnięciu pieca, mróz wnikał przez nieocieplone ściany i nieszczelne okna. Po powrocie z Warszawy, w domu mieliśmy nawet i 8 stopni. Na szczęście już po pół godzinie do godziny, dawało się funkcjonować w miarę normalnie. I tak ostatnie sześć lat upływa nam na przeróbkach, remontach, udoskonaleniach. Choć nie da się zaprzeczyć, że jest dość uciążliwe i wyczerpujące fizycznie (przede wszystkim Z., który wszystko absolutnie (!) robi sam) to satysfakcję mamy ogromną i duma nas rozpiera. Jednak gdy jest etap szczególnie brudny, tak jak teraz,  moja natura najlepiej czująca się w porządku - cierpi. Staram się jednak nie widzieć tego co jest ciemną stroną remontu, bo nagroda zawsze jest ponad doświadczone niedogodności.  Gdy przypomnę sobie na przykład co się działo w domu gdy przebijaliśmy się do starej piwniczki na węgiel, przez 25 centymetrowe ściany fundamentu po to, żeby zorganizować tam pralnię (tutaj trochę zdjęć), która dzisiaj cieszy oko i zazdroszczą mi jej przyjaciółki ;) to wiem, że było warto :)

Natomiast dzisiaj moja Rodzina aktywna jest wielce, dzieciaki nosi na podwórko, co i raz wpadają na bardziej idiotyczne pomysły (ostatnio grały żwirem w palanta, za przeproszeniem, celując w nasz samochód...), Z. robi kilometry na trasie piętro - warsztat, a wszystko to odbywa się "po moich plecach", wszak na tranzycie właśnie byłam uprzejma zorganizować swoje odosobnienie, miejsce skupienia i twórczego odludzia. Wszystko dziś szlag wziął!
Niczego nie jestem w stanie koncepcyjnie ogarnąć. Wyszłam więc ze swojej norki, żeby uwiecznić to, co  obecny weekend dla mnie przyniósł.
W domu:

tu będzie wejście do łazienki chłopaków (dużych i małych :) )

kawałek Z. w łazience kobitek

po prawej widać dotychczasową łazienkę, która po połączeniu z dobudowaną częścią będzie damskim przybytkiem rokoszy kąpielowych

otóż i miejsce, gdzie stanie wanna - na którą już nie mogę się doczekać... nie powiem ile ;)


podpory wpierają wstawioną belkę stalową, dzięki której nie będzie pośrodku łazienki słupa konstrukcyjnego

obecny prysznic

kibelek, wokół którego teraz złożony został cały łazienkowy dobytek

zakurzona szafka z umywalką :( jak Z. skończy weekendowe budowy, będę mogła ogarnąć to, co z łazienki zostało na razie
I w ogrodzie:








więcej dzisiejszych widoczków na Cyfrowym oku