czwartek, 16 lutego 2012

Życie bywa nie do zniesienia... BYWA - na szczęście


Dzisiaj mija czternaście lat od dnia, kiedy przyszła na świat nasza Córka. Choć odnalezienie się zajęło nam 3,5 miesiąca, z perspektywy ostatnich wydarzeń, zastanawiam się, czy nie szukamy się cały czas… Od trzech godzin przeglądam sieć w poszukiwaniu mądrych wypowiedzi, artykułów, rad czy refleksji. Myślę, że po tej lekturze nie jestem mądrzejsza, ale z pewnością bardziej refleksyjna. To dobrze. Jest nadzieja, że jednak odnajdę drogę do porozumienia z moim Dzieckiem.
Z trwogą wczytywałam się w statystyki, dotyczące problemów wychowawczych, jakie mają rodzice adopcyjni . Kłamstwa, kradzieże, wagary, złe wyniki w nauce – to te, które są naszym udziałem. Reszta, nie. Oby nigdy. I choć katalog problemów, jakie można napotkać w wychowaniu dzieci jest dużo szerszy, to i tak w ostatnim czasie tych kilka spowodowało, że straciliśmy perspektywę: skończyła nam się mapa. Brzmi to tyleż dramatycznie co patetycznie (czy odwrotnie). Przecież nie wykorzystaliśmy jeszcze wszystkich metod!  Nie wolno nam się poddawać!  Rodzicem się JEST a nie bywa. To wiem, to czuję nawet, ale życie przerasta nasze wyobrażenia.
Lubię marzyć sobie, że za kilkanaście, kilkadziesiąt lat mam przy sobie całą trójkę moich Dzieci, które same mają już założone rodziny, a wszelkie problemy i rafy, które napotkaliśmy wzajem w ich dzieciństwie są już wyłącznie wspomnieniem wydarzeń, które miały szczęśliwe zakończenie.
Od pewnego czasu przedzieram się przez temat macierzyństwa. Macierzyństwa adopcyjnego i biologicznego. Nawet dobrze mi się pisało. Byłam w euforii po własnej terapii. Myślałam, że napiszę książkę, która tchnąć będzie nadzieją dla innych rodziców, innych matek. Teraz wyhamowałam (mam nadzieję, że na chwilę). Czarne chmury problemów wychowawczych zasłoniły mi radosną wizję dzielenia się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. Ale jak zawsze uważam – nic nie dzieje się bez przyczyny. Być może i to doświadczenie jest po COŚ. Być może tym obecnie powinnam się zająć i przebrnąć przez morze trosk, rozterek, bólu i łez żeby moje refleksje były bogate, prawdziwe i użyteczne dla innych, dla których napiszę tę książkę.

Pozdrawiam wszystkich moich Przyjaciół, których zatroskała w ostatnim czasie moja niedyspozycja towarzyska. Wierzę, że teraz rozumiecie, że trudno mi o tym wszystkim mówić. Wolę napisać.

czwartek, 9 lutego 2012

sieci nadal nie ma ALE ZA TO jest cholerny mróz!!!!

Na szczęście są w naszym pięknym kraju miejsca, gdzie jest WIFI bez zabezpieczeń. Siedzę sobie zatem w pięknym przybytku MacDonald's i piję kawę (paskudna!). Ale mogę dzięki temu sprawdzić pocztę i skrobnąć co nieco. Oczywiście moje nadzieje na szybką realizację podłączenia internetu w domu szybko się rozwiały. Internet ma być, ale w bliżej nie określonej przyszłości. Jednak mróz, który zamroził wszystko wokół nieco osłabił moją frustrację. Teraz, gdy pogoda zaczyna być do zniesienia, znowu mnie szlag trafia na myśl, że aby połączyć się ze Światem muszę jechać do znielubionego miasta.
Moi Chłopcy mają dzisiaj bal karnawałowy. Dopijam więc kawę, i zbieram cztery litery, żeby dotrzeć do Dzieciaków i ucharakteryzować odpowiednio: robota i zombie.
Z najstarszą pociechą mam pociech sto. Raczej obecnie to nie pociecha tylko zmartwienie i to przez naprawdę duże Z. Chyba utworzę jakiś odrębny wątek, żeby rozkminiać ten temat. Wiem, że wychowanie nastolatki łatwe nie jest. Ale moja nastolatka daje mi taką szkołę, że momentami zupełnie kończy mi się mapa. Cóż, wychodzi na to, że choć nie czuję się zdziadziała (może powinnam powiedzieć zbabiała), generalnie próchnem raczej nie sypię, to jestem w szoku co wyprawa moje dziecko. Oczywiście robię autorachunek błędów i przegapionych symptomów, ale i tak jest to ślepa uliczka. Mimo, że w domu kolejne dwa urwisy, który mają przed sobą jeszcze okres buntu (nie licząc obecnej przygrywki), to wątpię czy moje doświadczenia z Córką na wiele zdadzą się przy przetrwaniu ich dorastania.
Ale teraz skupiam się na balu, więc dopijam obrzydliwą kawę i lecę.
Aha: od połowy grudnia w domu kolejny domownik, a nawet dwa. Borys i Jeżynka. Borys na stałe, Jeżynka do wiosny :) ale o nich opowiem następnym razem.

wtorek, 24 stycznia 2012

...dziurawa sieć

Jest godzina druga w nocy. Głęboka noc to jedyny czas, kiedy mam jakiekolwiek szanse wejść do internetu. Okropnie mnie to frustruje, ale być może mąk tych już wkrótce nadejdzie koniec. Jeśli słowo fachowca cokolwiek znaczy (a w ciągu swego życia przekonuję się niestety boleśnie, że niezbyt dużo :( ) to być może jeszcze w tym tygodniu będziemy mieć normalny internet. Co prawda radiowe łącze to nie jest szczyt moich marzeń, ale jest to szczyt możliwości technicznych na mojej skądinąd kochanej wsi, ale totalnie zadupionej.
Dużo się dzieje u mnie, dużo chciałabym opowiedzieć w swoich widokach, lecz na drodze ku szczęściu stoi - póki co - brak możliwości technicznych. Zatem niech ta krótka notatka jest znakiem dla moich Przyjaciół, że funkcje życiowe trwają niezmiennie, wena także by była ale póki co na systematyczność nie mam szans.

wtorek, 13 grudnia 2011

Powrót widoków

I to w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa. Od ponad dwóch miesięcy funkcjonuję bez wsparcia swojej Grupy, z którą przeszłam trzymiesięczne, fascynujące doświadczenie.
Dzisiaj otwieram oczy szerzej, często się uśmiecham, nie zwracam szczególnej uwagi na upiorki, które czasem chcą zważyć mi humor.
Rozstaję się z obecnym pracodawcą - jak pisałam na samym początku, podpieranie stołu skrzypcami nie wychodzi na dłuższą metę...

Dzieciaki nie sprawiają większych problemów niż zwykle, pod moim dachem rozkwita młoda kobieta z wszystkimi urokami i mniej urokliwymi stronami tego zjawiska, a synowie są ogromną radością, chociaż chwilami wydaje mi się, że ich odgłowię ;)

Kury się niosą. Teraz już trochę słabiej. Idzie zima, a ja kurzej hodowli cały czas się uczę. Ale pojawiło się kolejne zwierzątko: Czesław. Zdjęcie Czesława wkrótce zamieszczę w kurzej stopie. Czesław jest specjalistą od piania. I robi to na prawdę z sercem. Ciekawe co powiedzą sąsiedzi, jak wiosną zaczną zjeżdżać na działki. Lecz ja już przygotowałam ripostę: jesteśmy na wsi a nie w jakimś Zdroju czy innym Ciechocinku. I tego zamierzam się trzymać.
Czesław został nabyty w drodze kupna dla moich nieśnych dziewczynek ku ich rozrywce ;) Wygląda na to, że nie był to całkiem głupi pomysł, bo dziewczynki są zadowolone - jak mniemam - bo niosą się  jak latem, a miała być katastrofa wieszczona przez Prawdziwych-hodowców-kur.

Nasz remont trwa i potrwa jeszcze dłuuugo. Do tego Głównywykonawca złamał sobie palec w prawej nodze więc chwilowo wszystko jest w zawieszeniu. Ale ducha nie tracę, więcej, ta zwłoka jest nawet inspirująca, bo coraz to nowe rozwiązania przychodzą nam do głowy i tak się nasza budowlana epopeja plecie.

Znowu trochę maluję. Wyszło mi na to, że zima jakoś szczególnie mnie inspiruje choć światło nie takie... Ale ze mnie żadna artystka więc z tym światłem jakoś strasznie nie walczę, zwłaszcza, że nie maluję portretów tylko abstrakcje. Gdy spoglądam w ciągu dnia na to, co malowałam wieczorem mam dzięki temu dodatkowy fun, bowiem kolory wyglądają inaczej niż przy sztucznym oświetleniu. Jak dotąd nie przeżyłam żadnych rozczarowań, więc uważam, że tak jest ok.

Nie pisałam latem nic. Dziś trochę żałuję bo wiele się działo, ale nie byłam w stanie. Był to bardzo bogaty w emocje i rozkminy czas. Czas kiedy pierwszy raz w życiu mogłam skupić się wyłącznie na sobie i być dla siebie i ze sobą. Oczywiście nie wyjeżdżając w żadną głuszę funkcjonowałam siłą faktu w dwóch różnych rzeczywistościach. Od rana do wczesnego popołudnia dla siebie, w miejskiej dżungli, która otaczała mnie jak pozbawiona wyrazu otchłań. Drugą, większą część doby byłam ze swoją Rodziną. Znacznie więcej czasu mogłam im poświęcić niż kiedykolwiek wcześniej. Stałam się uważna. Zresztą termin "uważna" przechodził w tę i z powrotem w moich myślach i oswoił się na tyle, że chyba najtrafniej wyraża przemianę jaka się we mnie dokonała.

Ostatnie miesiące to także morze czytelniczej rozkoszy. Każdą wolną chwilę wykorzystuję na czytanie. Co prawda upośledzenie polegające na niepamiętaniu tytułów, autorów czy szczegółów z tego co przeczytałam znacznie zmniejsza moje zasoby ale już się do tego w swoim życiu przyzwyczaiłam, a po tym lecie - przestałam się tym przejmować! Zresztą przestałam przejmować się wieloma sprawami, które ujrzałam w nowym świetle, w nowej perspektywie i z innego dystansu. Inspiracje płynące z przeróżnych doświadczeń tego roku zakiełkowały planem napisania książki. Chciałam napisać: "książki na temat", ale się zacięłam, bo nie mogę tego określić jednym zdaniem. Nawet zaczęłam pisać, zastanawiam się tylko, w jaki sposób siebie zdyscyplinować. Czy pisać na blogu fragmentami, a potem to skleić w całość, czy napisać całość a potem zastanowić się jak podzielić się tym z innymi. Z dyscypliną bowiem jest u mnie ostatnio różnie. Trochę zaczęłam sobie odpuszczać, folgować. To pewnie naturalna faza, która następuje po tym jak dostrzegamy w sobie czującego człowieka a nie robota, który każdy dzień planuje i realizuje zadania z największą starannością, nie pozwalając sobie na żadną zwłokę, nierzetelność czy usprawiedliwienie by coś sobie odpuścić.

Ostatecznie jestem znowu tutaj. Z WIDOKAMI. I na przyszłość.
Mam kilka pomysłów jak się twórczo i mądrze realizować. Potrzeba mi do tego wytrwałości, pomysłowości i lansu. Z tym ostatnim idzie najciężej, wiele moich ograniczeń powstrzymuje mnie przed autopromocją lecz wiem, że bez tego nic nie zdziałam ani na niwie coachingowej, szkoleniowej ani atystycznej.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Końcowe odliczanie do zakończenia roku szkolnego


To już ostatnia prosta w tym roku szkolnym. Chłopcy bezstresowo podchodzili do nauki przez cały rok i w takim też nastroju oczekują końca nauki w tym roku… hm... Jak mawia Z. nasi synowie nie mają ortodoksyjnego podejścia do nauki. Nasza Córka zaś, w ciągu ostatniego półrocza niesamowicie wydoroślała. O 180 stopni zmieniła swoje podejście do nauki, powyciągała stopnie na tyle na ile da się to zrobić w ostatnim semestrze nauki w szkole podstawowej… Jestem z niej naprawdę dumna, i trochę z siebie też… Wiele osób, z moją Mamą na czele w sposób bardziej lub mniej otwarty poddawało krytyce moje metody wychowawcze. W tej kwestii ich zdaniem, zwłaszcza w kontekście nauki, moja niefrasobliwość „z pewnością doprowadzi do wielkiej katastrofy”. W moim podejściu zaś założyłam, że jestem w dystansie wobec nauki moich Dzieci, obserwując przy tym bacznie co się dzieje i oferując pomoc wtedy, kiedy będą jej potrzebowały. Od początku natomiast założyłam, że w żadnym razie nie będę z nimi odrabiać lekcji. W przypadku Córki, w szóstej klasie zaczęłam się podłamywać, wyrzucając sobie co i raz, że może rzeczywiście byłam w błędzie. Tymczasem, zarówno wynik na egzaminie do gimnazjum, podejście do nauki i poświęcany jej czas, wreszcie imponujące podciągnięcie ocen - ostatecznie potwierdziły, że nie błądziłam. 
Liczę przy tym, że moja metoda - dla której mam pełne poparcie i wsparcie w Z - sprawdzi się także w przypadku Chłopców. Na razie bowiem ich naukowe osiągnięcia stanowią nową pożywkę, dla ciosających mi kołki na głowie.

Tymczasem dwa tygodnie temu pełną parą ruszyły przygotowania do wyjazdu Dzieci na obóz. Oznacza to dren w portfelu, bieganie po sklepach, składnicach harcerskich i innych decathlonach. Pozostały jeszcze tylko drobiazgi: wywijki, getry, nowa rogatywka dla Córki (większa - pewnie głowa urosła od nauki ;) ), sznurek w ilości hurtowej (potrzebny do wszystkiego i do tego, na co dorosły by nie wpadł) oraz skarpetki i majtki (zwłaszcza, że wszystko i tak ląduje w ognisku po powrocie, bo nie sposób tego doprać, więc trzeba kupić dużo i tanio). I to już chyba będzie wszystko.

W związku z wyjazdem, podekscytowani są wszyscy, albowiem:
1/ Chłopcy pierwszy raz jadą gdzieś z nocowaniem bez rodziców,
2/ Córka jest w kadrze i będzie druhną także swoich braci (współczuję obu stronom, ale nie miałam wpływu na tę decyzję),
3/ przez dwa tygodnie będziemy z Z. śpiewać: „wyjechali na wakacje wszyscy mali podopieczni, gdy w domu dzieci nie ma, to jesteśmy niegrzeczni…” :)

Ponadto nasz ogród zmienia się z każdym dniem, zaparłam się bowiem i zbudowałam dla dzieciaków podest pod basen (zdjęcia niebawem), posadziłam nowe roślinki i w ogóle szaleję aranżacyjnie. Wreszcie poczułam satysfakcjonującą lekkość w kreowaniu jego nowego wizerunku. Jak tak dalej pójdzie otrzymam przydomek "strong-men" czy "women" raczej, bo moje przedsięwzięcia ogromnie angażują mnie fizycznie (zwłaszcza, że sama zrobię przecież najlepiej... a do tego jestem okropnie niecierpliwa, więc nie chcę nawet prosić nikogo o pomoc i potem czekać na finał). Co i raz Z. wyrywa mi szpadel z rąk i kończy za mnie cięższe prace, podczas gdy ja odzyskuję siły. Jestem mu za to wdzięczna, mimo, że przegania mnie od siebie, żebmy nie mądrzyła mu się nad głową :) 

Uff to tyle tymczasem.
 
Powyższym raportem, mam nadzieję, że zaspokoiłam ciekawość wszystkich moich blogowych kibiców, jednocześnie usprawiedliwiłam swoje dłuższe milczenie.

sobota, 28 maja 2011

Jedną nogą w gimnazjum :D

Moja Córeczka miała dzisiaj ważny dzień. Ponieważ jej marzeniem jest dostanie się do gimnazjum sportowego, więc egzamin kwietniowy z teorii nie był ostatnim. Dzisiaj miała egzamin pływacki i poszło DOSKONALE!!!!! Puchłam z dumy gdy widziałam autentyczny podziw pomieszany z zaskoczeniem w oczach trenerów przeprowadzających egzamin, którzy poza moją Dziewczynką i jeszcze jednym chłopcem doskonale znali ścigające się o miejsce w szkole dzieciaki. Oczywiście bardzo się denerwowałyśmy, choć jedna przed drugą udawała, że wszystko jest ok :) Ostatecznie ja ogryzłam sobie skórki w obu dłoniach a K. zakładając rozdarła w strzępy swój ukochany czepek. Przybiegła do mnie zrozpaczona, lecz ja od razu stwierdziłam: "to na szczęście" i rzeczywiście, trener użyczył czepka a K. wypadła w wyścigach doskonale!

Tak więc teraz już ostatnia prosta. Wyciąganie ocen, żeby świadectwo wypadło lepiej niż w pierwszym semestrze. Moje najstarsze Dziecko po prostu przeszło fantastyczną metamorfozę!! Jest taka fajna, mądra i coraz bardziej odpowiedzialna. Jedyną skazą na tym obrazku zdawałoby się idealnym są Jej fochy. Ale coraz częściej udaje mi się przejść nad nimi do porządku dziennego. Wymagało to z mojej strony ogromnego wysiłku, bowiem jako osoba prostolinijna i nie chowająca urazy nie rozumiem żadnych fochów. Ja tej metody komunikowania się z otoczeniem nie stosuję za to moja Córka robi to za nas dwie. Ale jeśli będzie to jeden foch na kilka naprawdę fajnych chwil - da się znieść :)
Po egzaminie pojechałyśmy świętować. Pojechałyśmy w pierwszych odruchu oczywiście do Decathlonu celem nabycia nowego czepka... kupiłyśmy dwa :) Poza tym nowy ręcznik z mikrofibry i kostium dwuczęściowy na lato. Ale największym łupem są optyczne okulary pływackie. Nie posiadałam się z radości, gdy wypatrzyłam, że są do dobrania dowolne soczewki i pasek osobno, z których indywidualnie robi się własne okulary. Do tej pory K. musiała pływać "na słuch" ponieważ ma bardzo słaby wzrok. Gdy przymierzała - dobierając najlepsze - okulary nagle rozpromieniła się jak słońce nad Saharą i powiedziała: "o rany, jak dobrze widzę!". Zatem uzbrojona w nowy sprzęt jutro wypróbuje go na basenie.

A jutro moc wydarzeń. Przyjeżdżają Dziadkowie (Rodzice mojego pierwszego męża, którzy są najwspanialszymi Dziadkami pod słońcem także dla moich kolejnych pociech popełnionych nie z ich synem). Spotkamy się na basenie, gdzie wreszcie zobaczą jak ich wnuczka przedzierzga się w prawdziwą syrenkę, delfina i inną żabkę :) Po powrocie do domu zjemy razem obiad, na który zamierzam podać żeberka w sobie rockpol :) Zobaczymy jak się udadzą.

Biorę się więc za z(a)mar(y)nowanie mięsa bo już późno i padam na twarz a marzę baaardzo o pachnącej pościeli...

poniedziałek, 23 maja 2011

To był bajeczny weekend...


To był naprawdę cudny weekend. Zupełnie przeszedł oczekiwania i rozwinął się spontanicznie poza planami. Sobota zaczęła się od śniadania, ale nie byle jakiego. Wreszcie, po zakończonym w czwartek okresie bolesnej dla nas jajecznej karencji, dokonaliśmy inauguracji naszych jaj!!! 
Przez tydzień kury niosły się świetnie ale jajka lądowały w miskach naszych zwierzaków. Z. stwierdził, że to paranoja:  nasze koty i pies jedzą wiejskie jajka, a my wpierniczamy fermowe!. Stwierdziłam jednak – co zyskało przecież aprobatę – że nie mamy zamiaru rodziny faszerować jajkami z antybiotykiem. Swoją drogą zostałam sprowadzona do rzeczywistości przez Z. który stwierdził, że mając na uwadze „uczciwość” producentów wszelkiego sortu, kupując jajka w sklepie czy gdzieś na wsi nawet, i tak nie mamy gwarancji czy w pakiecie nie dostajemy jakiegoś leku, którym drób jest leczony… Hm trudno odmówić logiki takiemu tokowi myślenia.

Wczesnym popołudniem zaś, odwiedzili nas zapowiedziani znajomi. Oczywiście tradycji biesiad grillowych stało się zadość. Gadaliśmy, jedliśmy i piliśmy… Nie wszyscy pamiętają koniec imprezy, a przynajmniej niedetalicznie… Pisząca oraz piękniejsza połowa z pary naszych Gości pozostałyśmy trzeźwe do końca. Wiadomo: wariackie proszki… Mimo to, świetnie się bawiłyśmy, zwłaszcza patrząc na naszych Panów, którzy w rozkoszny sposób potwierdzali prawdę znaną od zawsze: mężczyźni to duzi chłopcy ;) Może nie powinnam być tak uszczypliwa, bo było naprawdę miło, obyło się ze strony płci brzydkiej bez jakichkolwiek szowinistycznych komentarzy pod adresem płci pięknej, lecz to nie musi mnie przecież ograniczać! 
Wieczorem wpadła jeszcze na chwilę moja zaprzyjaźniona weterynarz, przywiozła zamówionego na potrawkę królika (w wersji półproduktu! oczywiście), choć zaglądając do torby miałam poważne wątpliwości czy to nie kot :( (pierwszy raz w życiu widziałam to to bez skórki i innych jednoznacznie króliczych atrybutów), wiejskie mleko na zsiadłe (wiem, wiem mieszczuchom ślinka leci :) a ja się dopiero rozkręcam) oraz coś dla moich najmłodszych podopiecznych czyli pozostałe po obiedzie ugotowane ziemniaczki. To, co kury wyprawiały nazajutrz jak je dostały zasługiwałoby na odrębną opowieść. Ja, patrząc na nie, pomyślałam, że pewnie na ich miejscu powiedziałabym – jak mam w zwyczaju, gdy moim udziałem jest kulinarna rozkosz – OBS!! Co dla niewtajemniczonych spiesznie odszyfrowuję: Orgazm Bez Stosunku ;)

Przed północą, gości (poza planem) i Małżonka swego (jak najbardziej w standardzie) położyłam spać, ogarnęłam biesiadne pobojowisko i udałam się na zasłużony odpoczynek. 
Rano natomiast nie miałam co robić w kuchni!! Śniadanie przygotował gość!! Uwielbiam takich gości!!!! Ja z Żoną gościa zażyłyśmy swoje wariackie proszki (każda swoje oczywiście) i czekałyśmy na ucztę. Była naprawdę udana!! Goście uraczeni jajecznicą z dwóch, pozostałych z poprzedniego dnia jajek, mieli  OBS :)
Gdy Z. mówił, że różnica w smaku, zapachu, nie mówiąc już o kolorze między jajkami od własnej kury i fermowymi jest kolosalna – nie do końca wierzyłam. Zdecydowanie zweryfikowałam swoje stanowisko. Nasze jaja są bezkonkurencyjne!!! Nie wnikam przy tym, czy to dlatego, że codziennie nasze kury karmię, głaszczę i zabawiam różnymi opowieściami ;) czy po prostu dobre jajka tak mają. 

W niedzielne popołudnie pojechałam z Synami na basen, po czym zapakowałam Córkę na pokład i pogrzmiałam do stolicy na spotkanie randkowe mojej latorośli (tak to się już porobiło, a jeszcze niedawno zmieniałam jej pampersy buuuu). Po drodze porwałam Wróżyka i spędziłyśmy urocze popołudnie na Starówce. Zaczęłyśmy od kultowych bułek z pieczarkami. Zawsze, gdy jestem na Starówce, zaliczam bułkę. Dziś już raczej z sentymentu. Jest to bowiem to samo miejsce od trzydziestu lat, gdzie po nastaniu stanu wojennego, zamiast rozpowszechnionych już w naszej ojczyźnie hot-dogów, z powodu braku parówek (choć niektóre budy radziły sobie parówkami z nutrii brrrr obrzydlistwo!) ktoś wpadł na pomysł, by do dziurawej buły napakować pieczarek z cebulką! Wczoraj buła kosztowała już 6 złotych! Ale w końcu za przedmiot kultu trzeba zapłacić. Była cudownie chrupiąca, z dużym współczynnikiem dobroci (czyli całą dziurą wypełnioną bo brzeg pysznym, grzybowym farszem).  Wczoraj – jak za każdym razem – przy pierwszym kęsie zamknęłam oczy i… znów byłam w ósmej klasie, pamiętam jak chodziłam ubrana, jaką miałam torbę i jak wszystko było przede mną…
Po dwudziestominutowej randce, która miała trwać godzinę (ups), moje Dziecię dołączyło do nas i resztę popołudnia spędziłyśmy we trzy! Była kawa, były lody i kultowa różowa oranżada ze szklanej butelki. Musimy to niedługo powtórzyć – tak się umówiłyśmy :) We trzy. Mam wrażenie, że nie będę miała nic przeciwko randkom mojej Córki ;)

To był naprawdę cudowny weekend.
I z całą pogodą z jaką weszłam w ten tydzień pozdrawiam wszystkich życząc tylko miłych chwil.

niedziela, 8 maja 2011

KURNIK JEST!! KURY SĄ!! JAJO JEST!!

Moja radość nie mieści się w statystykach :) Jestem niepomiernie szczęśliwa, że po długich oczekiwaniach, okolicznościach, które zdawały się bez końca utrudniać finalizację mojego epokowego projektu, ostatecznie dziś kurnik został zasiedlony!!

kurnik strzeżony przez Twista, który udaje psa pasterskiego ;)


4.15 pobudka, 5.00 pobranie na pokład samochodu naszej zaprzyjaźnionej weterynarz, 5.20 usytuowanie się na upatrzone po przybyciu pod miejskie targowisko stanowisko i oczekiwanie na otwarcie tegoż o godz. 6.00. Oczywiście powód dla którego kwitłyśmy 40 minut pod zamkniętymi podwojami targowiska są znane, choć do tej pory zgrzytamy zębami. Otóż weterynarz przygotowując mnie niejako na ten dzień wspominała, że o piątej to już nie ma czego szukać na targowisku. Cóż, okazało się, że to zupełnie bezprzedmiotowe obawy były. Nic to nie szkodzi. Kury są. Wybrane zostały z pietyzmem, każdej pod ogon specjalistka wprawnym okiem zajrzała i ostatecznie choć miało być sześć - jest siedem :) Dwie białe, dwie czerwone, dwie pstrokate i jedna czarno-czerwona. Są śliczne w swojej brzydocie. A co najważniejsze na tyle oswoiły nowe lokum, że już po dwóch godzinach jedna z nich złożyła piękne, pełnowymiarowe jajo!!!!! Nasze kury wpierdzielają takie ilości wszystkiego co dostaną, że jak tak dalej pójdzie to się okaże, że już nie są nieśne ale mięsne ;) Ale wszystkiego nauczę się, mam nadzieję, że na niezbyt wielu błędach :) Tymczasem cała rodzina odstawiła w kąt telewizor i jak zaczarowana wpatruje się w naszych nowych podopiecznych :) Do tego fantastycznym studium przypadku - zwłaszcza dla mnie jako socjologa ;) - jest formułująca się w naszym stadku hierarchia. W przypadku kur (być może i innych ptaków także, lecz na razie mam kury i do tego się ograniczę) nazywa się to hierarchią dziobania. Patrzę więc sobie i zdumiewa mnie jak takie głupiutkie istoty tak szybko organizują swoją społeczność.
Przez cały tydzień zbierałam się, żeby dokończyć post nt. boskiego absolutnie ubiegłego weekendu, kiedy to pojechałam do W i urządziłyśmy sobie we trzy (na miejscu oczekiwała trzecia z nas do pełnego kompletu) prywatne SPA. Ponieważ zostałam poproszona o udokumentowanie tego fantastycznego dnia więc zamieszczam to, co zdążyłam wówczas napisać :) :

Wiedziona własną potrzebą oraz wsparta namową Jadwini muszę podzielić się wrażeniami z niedzielnego szaleństwa :) Dla porządku tylko podsumuję, że choć długi weekend zaskoczył iście jesienną aurą okazał się i tak bardzo udany. Kurnik praktycznie jest już wykończony (zabrakło tylko zszywek do staplera aby dokończyć mocowanie siatki na wolierze - ale to już naprawdę detale) to niedzielę spędziłam naprawdę rozkosznie!!
Deszcz nastroił moich Domowników pidżamowo, mnie natomiast rozpierała energia. Otrzymawszy przy śniadaniu dyspensę od Z. na resztę dnia (to jest zwolnienie z rodzinno-małżeńskich zobowiązań ;) ) zadzwoniłam do Adzi posługując się utartym już kryptonimem: "zrobisz mi kakałko?" (wiem, że "kakao" się nie odmienia, natomiast "kakałko" wypowiadane brzmi zdecydowanie mniej pokracznie niż napisane). W odpowiedzi usłyszałam gromki odgłos akceptacji, połączenie wycia, pisku, wrzasku i chichotu (ci, którzy znają Adzię wiedzą na co ją stać :) ) Kryptonim kakaowy jest zakamuflowaną formą pytania: czy jesteś w domu? czy mogę wpaść? czy nie masz innych planów? itd. Jak widać pojęcie jest bardzo pojemne, a w końcu życie należy sobie ułatwiać, więc kakałko załatwia wszystkie te i wiele innych pytań kurtuazyjnych w momencie, kiedy chcę się Jadwini zwalić na głowę."
 W dalszej części miał pojawić się opis jak to masowałyśmy się, woskowałam dziewczynom uszka i synkowi Adzi. Potem zjedliśmy w piątkę pyszny obiad i zrobiłyśmy we trzy to, co tygrysy po obiedzie lubią najbardziej: położyłyśmy się we trzy na łóżku, Adzia uzbrojona w pilota - bez większego powodzenia by usatysfakcjonować wszystkich - przebiegała po kanałach TV. Wkrótce potem ruszyło mnie sumienie, że zostawiłam familię opuszczoną w to piękne choć bardzo deszczowe popołudnie więc z żalem acz konsekwentnie wycałowałam wszystkich i ruszyłam w drogę do domu.